Stanisław Grabowski

 

 

PRACY ZOSTAŁO NIEWIELE…

 

Filip Wrocławski
Filip Wrocławski

 

         Moje liceum obchodzi w tym roku 160 rocznicę powstania. Oczywiście, nie dorównuje takim gigantom, jak np. krakowski Nowodworek, czy płocka Małachowianka, aleć takim wiekiem niezbyt wiele szkół średnich w naszym kraju może się poszczycić. Z tej okazji Dyrekcja Zespołu Szkół m.in. zaprosiła swoich abiturientów do napisania wspomnień. P. Marii Dreszler, długoletniej polonistce Liceum Ogólnokształcącego im. Cypriana Kamila Norwida (w latach 1932–1948 patronem szkoły był biskup Władysław Bandurski), wielce zasłużonej w krzewieniu języka polskiego, kultury, tudzież literatury wśród, oględnie mówiąc, nie zawsze podatnych na naukę, jakże mógłbym odmówić?

            O powstaniu liceum, jego początkach, uczniach i pedagogach z nim związanych pisałem wielokrotnie, np. w mojej monografii Z dziejów Kurzętnika i okolic, dlatego nie chciałbym się powtarzać. Zachęcam ciekawych, by do niej zajrzeć. Wiedzę o szkole porządkuje też monografia Andrzeja Koreckiego pt. Zarys dziejów Liceum Ogólnokształcącego w Nowym Mieście Lubawskim 1858 –2008, choć data na okładce jest myląca. Liceum rozpoczęło swój żywot w niedalekim od Nowego Miasta Kurzętniku, eksmiasteczku z tradycjami. Ale ad rem.

            Szkoło, szkoło, gdy cię wspominam… To niewiele pamiętam. Do matury podchodziłem 54 lata temu. Nie do wiary. A jednak. Co zapamiętałem z licealnych czasów, to przede wszystkim uczniów, zwłaszcza tych starszych, moim zdaniem wtedy wręcz charyzmatycznych: Agatę Rzepkę, Jankę Truszczyńską, Irkę Lubowiecką (moją sąsiadkę), Ulę Jastrzębską… To były przepiękne dziewczyny (kobietki, kobiety), utalentowane, pełne pasji i ciekawości świata, z charakterem. Super fajni byli też chłopcy: Rysiek Bryła, Henio Falkowski, Andrzej Zająkała, Romek Kołakowski (Romku, pamiętam o Tobie!)… Rzec można, że przyjaźniłem się ze Stefanem Hejką, właścicielem kajaka i „dekawki”. Dobrze znałem Józia Malinowskiego nazywanego „Dżozifem”, miłośnika jazzu; Jurka Perschke, który zadziwiał wieloma talentami, w tym towarzyskim… Jurek Umiński zapraszał mnie na swoje doświadczenia chemiczne. Z Robertem Czarneckim chodziliśmy na seanse filmowe do kina „Harmonia”. I po seansach krążyliśmy nowomiejskimi uliczkami, dyskutując na ich temat. Aż nie chce mi się wierzyć, jak iskrzyło między nami, gdy omawialiśmy np. film Nóź w wodzie Polańskiego. Robert wyliczał, przejęty, jego walory, a ja się z nim troszkę droczyłem, byłem przeciw. Czytywał namiętnie tygodnik „Film”, tym pismem, po lekturze, dzielił się ze mną. Ja zresztą w latach 1960–64 (później także) byłem stałym czytelnikiem nie tylko „Filmu”, ale także „Morza”, „Tygodnika Morskiego”, „Ty i Ja”, „Współczesności”, „Kultury” („Nowej Kultury”), „Tygodnika Kulturalnego”, „Życia literackiego”, „Poezji”, „Twórczości”, „Dialogu”, „Polityki”… Trudno, nie wymienię wszystkich tytułów.  

            Ponadto pochłaniałem książki, tak, to jest właściwe słowo: „pochłaniałem”. To one jakoś mnie osłaniały przed tzw. prozą życia, jego ówczesną szarością, tak dziś myślę. Poza książkami (zamawiałem je listownie np. w Wydawnictwie Morskim, ówczesny fan morza i wszystkiego, co się z nim wiązało) niczego innego nie miałem na własność. Wiem, było siermiężnie, trudno było coś w sklepach kupić, ale moi rówieśnicy coś tam jednak posiadali, zwłaszcza kiedy byli jedynakami. A ja byłem najstarszy z czwórki rodzeństwa. I wręcz nie wypadało mi o cokolwiek się w domu dopominać, choćby w nagrodę za naukę, która nie sprawiała mi trudności, chociaż nie poświęcałem jej zbyt wiele uwagi. O takich jak ja mówiono „zdolny, ale leniwy”. Profesor Zakrzewski (w późniejszych latach często Go odwiedzałem w jego domu) tak mi mówił: „Staszku, wiesz dlaczego ci ze wsi musieli cię przegonić? Bo nie chcieli całe życie wygarniać gnoju spod krowich ogonów!”. Niewiele sobie z tego robiłem. Wymyśliłem jeszcze w podstawówce, idealista, że nie będę robił kariery urzędniczej, ani żadnej innej. Nie będę też gonił za dobrami doczesnymi (bo to „marność nad marnościami”). Poświęcę się całkowicie literaturze. To jedyna rzecz, która mnie naprawdę interesuje, intryguje, inspiruje, a na dodatek chciałem nie tylko czytać, ale i pisać, czyli orać piórem! Kto się wtedy spodziewał, że od wielu lat będzie wspomagał nas komputer! Pisanie było moim tzw. „skrytym marzeniem”, specjalnie się z nim nie obnosiłem, choć w zeszytach gryzmoliłem zawzięcie od 1958 roku. W dorosłym życiu nie okazało się to takie proste. Jeśli ma się rodzinę na utrzymaniu i dom, dużo czasu trzeba poświęcić prozaicznej pracy, prozaicznym zajęciom. I tak myślę, że najbardziej twórcze lata oddałem dziennikarstwu, mniej zajmując się pisarstwem sensu stricto. Wiem, to się mści.

            Ale odszedłem od tematu. Wracam na grunt szkoły. Jeśli chodzi o fakty to pamiętam niewiele, ale jeśli przypiszę je do nazwisk, to w głowie mam aż natłok od tego co, przeżyłem w Liceum nr 16 (było wówczas bez nazwy, o przedwojennej nie wspominano nam). Romek Gurski, na dużych przerwach, namawiał mnie do wstąpienia do ZMS („obserwujemy kolegę’”), jednak nie godziłem się. Obserwowałem z satysfakcją, jak mój kumpel z podwórka, Genio Wrzosek, szybko staje się jednym z czołowych sportowców szkoły. Gdy byłem w dziesiątej klasie w szkole pojawił się nowy uczeń, o ksywie „Jimmy”, koszykarz, relegowano go z liceum w Kętrzynie, imponował nam dogłębną znajomością życia, namawiał na piwo i papierosy, ale znalazł mało chętnych, choć jego barwne opowieści robiły wrażenie. O kolegach z mojej klasy napisałem długi poemat. Kto dociekliwy odnajdzie go. Nie będę się więc powtarzał.

            Jeśli chodzi o nauczycieli, to mieliśmy wielkie szczęście, że wielu z nich było pedagogami z prawdziwego zdarzenia, że przed 1939 rokiem kończyli studia, ukształtował ich tamten czas, czas wręcz Judymów i Siłaczek. W końcu powszechna i obowiązkowa szkoła istnieje w Polsce dopiero od 1918 roku! Zresztą, długo po wojnie ci z nowych naborów nie byli gorsi, cechowała ich pasja, chęć nauczania, korzystali często z niekonwencjonalnych środków, by nalać oliwy do „zakutych łbów”. Wymieniać wszystkich? Poprzestanę na dyrektorze i matematyku, profesorze Janie Chmielewskim. Gdy bywam w Nowym Mieście pamiętam, żeby zapalić znicz na jego grobie, podobnie jak gen. Waraksiewiczowi, czy Basi Jobs. Nie odpuszczał mi, choć doceniał moje humanistyczne zainteresowania. Nie zapomnę, jak meldowałem się rano, za kwadrans ósma, w jego gabinecie, na biurku czekało na mnie zadanie do rozwiązania. Z początku nie szło mi. Ale jego konsekwencja zaczęła mi imponować. Chcąc nie chcąc zabrałem się za matematykę! Aż profesor orzekł, że moja wiedza na trójkę wystarczy!

            A jak nie pamiętać naszej pani od polskiego, pani prof. Elżbiety Kozak. Miałem szczęście. Począwszy od szkoły podstawowej wszystkie panie od polskiego „zauważały” mnie, doceniały, zachęcały, podsuwały lektury. Starałem się więc sprostać ich zamierzeniom. Także panie z biblioteki umiały zachęcić mnie do lektur, i to tych coraz poważniejszych, skoro jako uczeń 10 klasy czytałem Dostojewskiego, Remarque’a, Conrada (Korzeniowskiego), Steinbecka, Caldwella, Hemingway’a, Faulknera… Wymienić wszystkich nie sposób. A polska literatura: Iredyński, Grochowiak, Iwaszkiewicz, Gałczyński, Tuwim… Mam to zapisane w przechowanych do dziś dzienniczkach lektur. Po latach mogę się przyznać, że dla relaksu czytywałem także bardzo dużo „kryminałów”, a to dzięki koledze Witkowi Lendzionowi, któremu owe „kryminały” pożyczał zaprzyjaźniony sędzia.

            Pani Profesor od polskiego, poza wszystkim, prowadziła kółko literacko-dramatyczne (kilka razy obdarowała mnie jakimiś drobnymi rólkami). Zachęcała do pisania opowiadań. To ona wymyśliła także szkolną gazetkę „Eurekę”, którą zapełniałem swoimi tekstami. To prekursorka późniejszych licealnych pism. Ciekawe, czy gdzieś się zachował jej komplet! Pisałem tyle, że ośmieliłem się w końcu wysłać moje teksty do prawdziwego pisma. I tak debiutowałem w „Tygodniku Morskim”, w 1962 roku. Gdyby nie dwa opublikowane tam wiersze (wierszyki) z pewnością byłbym kimś innym. Ale na moje nieszczęście redaktor naczelny tego pisma p. Stanisław Dauksza je wydrukował. Kilka lat później takim redaktorem wytrwale poszukującym nowych autorów okazał się niezapomniany red. Stanisław Aleksandrzak, który zaprosił mnie do współpracy z „Płomyczkiem”, z Naszą Księgarnią”. A to znaczyło, że moja pisanina zaczynała nabierać rumieńców, że znaleźli się ludzie, którzy stwierdzili, że mam coś do powiedzenia własnymi słowami. Ale znowu odszedłem od tematu.

            No dobrze, nie będę kokietował. Wytrząsam z pamięci: udział „z ramienia liceum” w jubileuszu miasta (byłem werblistą), w działalności 18 Drużyny Wodnej im. księcia Józefa Poniatowskiego (gdy mój przyjaciel Boguś Urbański został jej drużynowym, zrobił mnie przybocznym), w obozach harcerskich nad jeziorem Partęczyńskim; w obozie PW w Szczytnie, gdzie z Heniem Trzeciakiem na niedzielne msze chodziliśmy do kościoła ewangelicko-augusburskiego; w obozie żeglarskim w Giżycku (wspólnie z Bodziem Urbańskim zdobywaliśmy tam pierwszy stopień żeglarski i poznaliśmy fantastycznych młodych ludzi, w tym 2 studentów warszawskiej PWST, jeden z nich to Karol Suszka, postać niezwykła, od 1970 roku aktor, reżyser a później dyrektor Sceny Polskiej w Czeskim Cieszynie); w wieczorkach tanecznych; pracy w szkolnym ogródku; w kółkach zainteresowań (opiekunem jednego z nich był prof. Andrzej Barzyk, postać renesansowa), w wycieczkach np. do Warszawy; podczas lekcji religii wyprawy z ks. Sobotą do lasu, nad rzekę… Rozmowy z nim z wątkami filozoficznymi i przyrodniczymi były bardzo budujące... Oddzielne miejsce należy oddać pracy społecznej w szkole, bo nie tylko grabiliśmy liście w parku. Regularnie jeździliśmy całą klasą np. do Szkółki Zadrzewieniowej w Nawrze, którą kierował p. Zygfryd Noga. Zawsze serdecznie nas witał. Wielu moich kolegów „dorabiało” sobie w szkółce podczas wakacji. Poza nauką dużo się w szkole działo. Był to ponadto wśród licealistów czas gorących dyskusji i wyborów, często sporów ideowych, które potrafiły poróżnić nawet zaprzysięgłych przyjaciół. Lubiłem zachodzić do szkolnego internatu przy Rynek 4, i tam przysłuchiwać się pogaduszkom kolegów, wiele razy „nie godzić się” z argumentami np. Ignasia S., to się nazywa „dolewaniem oliwy do ognia”, ale byłem młody, złośliwy, zbuntowany, nie dbałem o konwenanse.

            Czy pamiętałem o moim liceum, pisałem o nim? Ależ wielokrotnie. Kto zajrzy do moich wierszy na pewno znajdzie tam kilkanaście z nich związanych ze szkołą. W tomie poetyckim Łyżka (2016) cztery utwory poświęciłem Norwidowi z taką dedykacją „4 powyższe wiersze dedykuję Uczniom mojego Liceum nr 16 im. Cypriana Kamila Norwida w Nowym Mieście Lubawskim”. Książkę wysłałem do dyrekcji Zespołu Szkół im. C.K. Norwida, ale nikt mi nie odpisał, stąd nie wiem, czy dotarła. Swego czasu całą kolumnę w „Gazecie Nowomiejskiej” zajęła biografia mojego autorstwa jednego z przedwojennych licealistów, absolwenta z 1932 roku, Teofila Grzymowicza, w 1937 roku przyjął święcenia kapłańskie. Ostatnią jego parafią było Sulejewo. Stamtąd trafił do KL Dachau (nr obozowy 260061), rozstrzelany został w 1942 roku.

            Z kolei w „Polsce Zbrojnej” (dzięki pomocy m.in. mojej nauczycielki historii ze Szkoły Podstawowej p. Agnieszki Błaszkowskiej, z d. Spanilly), zamieściłem reportaż o innym całkowicie zapomnianym absolwencie gimnazjum z 1936 roku, mieszkającym w Tyliczkach Bronisławie Tabidze. Był Gruzinem z pochodzenia, synem ppłk Aleksandra Tabidze, oficera kontraktowego w OK. II Lublin. Po maturze Bronisław zaczął naukę w Szkole Podchorążych Sanitarnych w Warszawie. Nazwiska ojca i syna odnajdujemy na… kozielskiej liście.

            W moim Kalendarzu nowomiejskim 1995 także nie brakuje odniesień do szkoły, do uczniów, czy też nauczycieli. Tam m.in. tekst o ppor. Henryku Siudzińskim, absolwencie nowomiejskiego gimnazjum, który w 1938 roku ukończył Szkołę Podchorążych Kawalerii w Grudziądzu. Zginął 10 września 1939 roku w ataku na Walewice, jako dowódca 3 plutonu 1 szwadronu 17 Pułku Ułanów Wielkopolskich, pośmiertnie odznaczony Virtuti Militari (w licealnym holu na tablicy, długo była całkowicie inna o Nim informacja).

            O dziejach liceum, jego uczniach, w tym tej „siódemki”, która poszła do powstania styczniowego, także sporo w moich dwóch monografiach: Z dziejów Kurzętnika i okolic i W cieniu bratiańskiego zamku. Wspomogłem też radą i pamięcią prof. Leopolda Zakrzewskiego, kiedy pisał swoje Zwierzenia belfra, ale może dość tej chwalby („Mamo, chwalą nas…”).

            Chciałoby się na koniec powtórzyć za Miłoszem: „[…] czas idzie, śmierć goni, staram się jeszcze ziemiom mego dzieciństwa wznieść mały pomniczek” (z listu noblisty do Ireny i Tadeusza Byrskich) i stąd mam nadzieję, że mój literacki powrót do przeszłości, właśnie do lat dziecinnych i młodzieńczych, który opisuję w tomie Złota rybka, uda mi się zakończyć. Pracy zostało już niewiele…

___________________________________

STANISŁAW GRABOWSKI, ur. 17 maja 1946 w Nowym Mieście Lubawskim, matura w 1964, absolwent 2-letniego Podyplomowego Studium Dziennikarstwa i Edytorstwa UW, poeta, prozaik, dramaturg, krytyk literacki (współpracownik m.in. „Nowych Książek”), publicysta, autor ok. 60 książek z różnych dziedzin, laureat licznych konkursów literackich (np. sześciokrotnie na sztukę teatralną dla dzieci), także scenarzysta i reżyser dziesiątków filmów i programów dokumentalnych przygotowywanych dla TVP, np. Janusz Korczak (film przypisywany uparcie innemu Stanisławowi Grabowskiemu, 1929–2000), Dlaczego biegłem? (film o Janie Mulaku); Andre Aušfic kher sybaro (film o zagładzie obozu cygańskiego w Auschwitz w nocy z 1 na 2 sierpnia 1944);W pieśni wrócim znów (o „Jędrusiach”); Syn niepodległej pieśni; Epizod, czyli na probostwie w Wyszkowie; Najdumniejsza z pieśni; Zdarzyło się w Sopoćkiniach; Dzwony cerkwi; Pod tatarskim buńczukiem; Serca zostały w Ojczyźnie… Może na tym poprzestaniemy. Jest też autorem pięciu filmów dokumentalnych o grudziądzkim 18 Pułku Ułanów Pomorskich, pułku jego Ojca. Temu pułkowi poświęcił też książki (Krojanty 1939, W kłusie i po grudzie t.1, 18 Pułk Ułanów Pomorskich. Na straży Pomorza 1919–1939) oraz tomiki poetyckie Krojanty, Tej szarży śpiew). Grabowski to też autor monografii książkowych (Na przyszły pożytek, X. Jan Twardowski, Poeta na Ursynowie, Świat podparty gęsim piórem), antologii: Anioł z Bojany, Wrzesień heroiczny. Wydał też monografie: W cieniu bratiańskiego zamku, Z dziejów Kurzętnika i okolic, także broszurę Zamek w Kurzętniku, Kalendarz nowomiejski 1995. Jego teksty znajdują się w podręcznikach szkolnych dla klas I –VI nieprzerwanie od 1980 roku (w swoim czasie redagował unikalne pismo „Poezja i Dziecko”). Był m.in. prezesem i redaktorem naczelnym Ludowej Spółdzielni Wydawniczej, jest członkiem wielu stowarzyszeń, w tym ZLP i ZAiKS; obecnie prezes Zarządu Fundacji Arkona im. J. Zielińskiego, redaktor naczelny pisma „Las Kabacki”, sekretarz Kapituły Nagrody Literackiej im. ks. Jana Twardowskiego.

 

Pin It