Stanisław Grabowski

 

VIVAT, CRESCAT, FLÓREAT!

Jubileusz Franciszka Maśluszczaka

 

Franciszek Maśluszczak
Franciszek Maśluszczak

 

                …i ja tam byłem. I wino piłem. A miód spijałem ze słów tych, którzy z okazji Franciszkowego jubileuszu siedemdziesięciolecia zabierali głos. Lał się na serce Franciszka. Należy mu się należy, zasłużył na niego. Siedemdziesiątka to taka liczba, od której zaczynają się schody. Schody do sławy, albo do piekła. Wielkiemu artyście wszystko jedno. Dzieła, które stworzył, nikt już mu nie odbierze. Przebył, dosłownie i w przenośni, swoją Via Dolores. Pozostanie w encyklopediach, czy w Wikipedii. Tylko czas pokaże, czy zmonumentalizuje się czy też docenią go kolejne pokolenia. My współcześni – prosimy o więcej!

           Mistrz Franciszek swoją ogromną wiarą w moc sztuki, nadto swoją młodzieńczą naiwnością (szczerą i bezinteresowną), w jej niesłychanie ważną rolę, zasłużył na pochwały, na piedestał, choć strach mu o tym wspominać. Jednak prawdziwym mistrzom, autorytetom, tym, którzy innym przecierają szlaki, należą się pomniki. Stawiajmy je najwybitniejszym artystom, naukowcom, wynalazcom; nie stawiajmy politykom, gdyż ich przyszłość jest zazwyczaj niepewna, pomysły na życie mają często wtórne lub przyklaskuje im na ogół niewielka grupa klakierów.

            Tylko sztuka ma szansę docierać do wszystkich, czyli trafiać i pod przysłowiowe strzechy. Sztuka u największych zawsze pozostaje niedocieczona, pełna tajemnic, wielowątkowa i metaforyczna, nie poddaje się komercji, uzurpuje sobie wszelakie prawa do wolności. Czyż u jej źródła nie stał na przykład boski Orfeusz (określenie K.K. Baczyńskiego)?

            Dlatego 22 marca br. w warszawskiej Ursynotece-Muzeum przy ul. Barwnej 8, w gronie Jego przyjaciół i miłośników jego sztuki, z satysfakcją obchodziliśmy jubileusz Franciszka Maśluszczaka malarza, rysownika, ilustratora. Była to, poza wszystkim, okazja do chwili refleksji, do próby spojrzenia z łezką na chłopca, któremu zamarzyły się studia na warszawskiej ASP, nie zatrwożyły go ani profesorskie nazwiska, ani nazwiska sławnych absolwentów. Po prostu Franciszek, powtórzmy, od zawsze wierzył, z chłopięcą i niezachwianą wiarą, że podoła akademickim wymaganiom; ba, stworzy swój własny styl, swoimi słowami opowie świat i przekona niedowiarków, że żyć to znaczy tworzyć.

            Zejdźmy z cokołu, z którego niezręcznie przemawiać, i przypomnijmy, że Franciszek Maśluszczak  urodził się 21 stycznia 1948 roku w Kotlicach k. Zamościa. Po ukończeniu Liceum Plastycznego w Zamościu studiował na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Dyplom uzyskał w 1974 roku. Skończywszy akademię, nie zerwał już ze stolicą. Przed prawie 40 laty zamieszkał na nowopowstającym osiedlu w części południowej stołecznego miasta – Ursynowie. Tu, można rzec, okrzepł artystycznie, wrósł w środowisko plastyków, mocno związał swoją twórczość z Dzielnicą, przykładem jakże wymownym Droga Krzyżowa, w kościele Wniebowstąpienia Pańskiego, której jest autorem.

            Maśluszczak to artysta znany i rozpoznawalny, był wielokrotnie nagradzany, m.in. Nagrodą m.st. Warszawy, nie decydujemy się by zaprezentować wszystkie wyróżnienia, jakie otrzymał. To wymaga osobnej publikacji. Także wymienić wystawy zbiorowe i indywidualne, na których prezentował swoje dzieło, przekracza ramy, jakie sobie zakreśliliśmy. W każdym razie można napisać, że był i jest obecny na wszystkich kontynentach. Także jego malarstwo, rysunki i grafika znajduje się w wielu szacownych galeriach i muzeach, zdobi ponadto wiele ważnych instytucji. „Maśluszczaki” obecne są także w licznych kolekcjach prywatnych, ciągle poszukiwane i adorowane. Są dumą ich posiadaczy. Ważne uzupełnienie jego obecności w przestrzeni publicznej to ilustracje do książek zarówno dla dorosłych, jak i dla najmłodszych czytelników. Od dziesiątków lat zaznacza swoją artystyczną obecność w prasie. Jest też bohaterem kilku filmów dokumentalnych, ale, naszym zdaniem, ten najważniejszy film o Artyście jeszcze nie powstał, boć jego sztuka stale się rozwija, a na dodatek twórca ma nam tyle do powiedzenia, i to z wielką gawędziarską swadą, że tylko włączyć magnetofon i słuchać go i słuchać.

            Franciszek Maśluszczak uczestniczy w plenerach malarskich oraz wystawach zbiorowych w kraju i za granicą. Odbywa podróże artystyczne. Posługuje się perfekcyjnie różnymi technikami malarskimi. Długie lata był wykładowcą na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej.

            Dyskretną, ale bardzo ważną częścią jego biografii jest udział w wielu akcjach charytatywnych, konkretna pomoc niesiona potrzebującym. Zawsze gotów jest poświęcić się celom szlachetnym, za co został wielokrotnie uhonorowany. Franciszek Maśluszczak pamięta także o tych z jego środowiska artystycznego, którzy z różnych względów potrzebują materialnej pomocy lub duchowego wsparcia.

            Z pewnością jest tytanem pracy, którego nie zawodzi artystyczna intuicja, talent i smak. Stworzył na wskroś własny świat, własne i oryginalne dzieło sztuki, pod którym mogliby się podpisać najwięksi. Głównym elementem jego kompozycji jest i pozostaje człowiek. Maluje też pejzaże, architekturę i lasy, unika jedynie martwych natur. Popiera instalacje, happeningi i inne eksperymenty artystyczne.

            Jest na warszawskim Ursynowie osobą bodaj najbardziej popularną i szanowaną. Przy całej swej wielkości kimś niezwykle skromnym i serdecznym, ciepłym. Zna go nie tylko świat plastyków, ale i środowisko literackie, teatralne czy muzyczne, wydawnictwa i redakcje. Często bywa obecny na wernisażach czy na spotkaniach autorskich przyjaciół, również w telewizji i w radiu. Jest barwną postacią przeróżnych spotkań towarzyskich. Umie nachylić się nad każdym kogo spotka na swej drodze i wysłuchać go, wspomóc czy pocieszyć jeśli tylko jest taka potrzeba.

            Na pewno Ursynów może się chwalić tym nietuzinkowym artystą nie tylko w kraju, ale i za granicą, to ikona Dzielnicy, jego znakomita wizytówka. Bo wiemy, że „naszym panem malarzem”, jest od dziesiątków lat dla mieszkańców niewielkiej miejscowości na Mazowszu – Cegłowa.

            Należy też koniecznie pamiętać, że jego Muzą i jednocześnie Aniołem Stróżem jest ukochana żona Basia, bez której trudno sobie wyobrazić żywot Artysty tak dynamicznego i wielostronnego jak Franciszek Maśluszczak. A „oczkiem w głowie” oczywiście ukochana wnuczka Julia.

            Wracając do jego twórczości, pochylało się nad nią wielu znakomitych krytyków, znawców sztuki, ale na początek chciałbym przypomnieć fragment z pierwszej książki o artyście, autorstwa Czesława Mirosława Szczepaniaka: „Świat Franciszka Maśluszczaka jest wykluty z półbaśni. Tkwi między jawą a słodkim snem. Jest bardzo liryczny i zadumany nieco. Osnowę życia nicuje snem jak tylko umie. Wie, że życie nachalnie podcina wszystko, co osobiste i skrzydlate. W swej brzydocie zawiera okruchy piękna. Deformuje rzeczywistość, żeby ocalić, to co się znijacza. Bohaterowie Jego rysunków i obrazów są jak dorosłe dzieci. Wcale tego nie ukrywa, że dopokąd żyjemy, to majaczy w nas dzieciństwo i młodość. Franciszek nie gloryfikuje realizmu i fotografii. Jest po stronie ułomności człowieka. Pochwala radość tworzenia. Kocha ten ziemski padół i ludzkie próby odlotów w inne wymiary. Nie estetyzuje życia za wszelką cenę. Jest radosny w smutku. Lubi sobie stroić żarty nie byle jakie. Wie, że na dnie śmiechu jest ludzka łza. Proponuje pewnego rodzaju żart sytuacyjny. Stąd też ludzie w jego płótnach są w ciągłej wędrówce. Trzymają się kijków, laseczek, kosturów, kul, szczudeł. Dźwigają na plecach tobołki albo motykę z końską podkową. Na nogach mają krople rosy i ziarna ziemi. Malarstwo Maśluszczaka jest śliczne i nostalgiczne. Umie myśleć poezją!”.

            Oniryczne i pełne magii malarstwo Maśluszczaka jest wyzwaniem dla wielu, zwłaszcza dla tych, których cieszy kolor, ulegają liryce, kochają szaleńców; Rosjanie nazywają ich jurodiwymi, i jest to wieloznaczne słowo.

            W każdym mieszkaniu, czy biurowym pomieszczeniu, zawieszony obraz czy rysunek autorstwa Franciszka Maśluszczaka, choćby wycięty z gazety lub skopiowany z Internetu, to radość, to struga ciepła, powrót do marzeń, do dzieciństwa, do czasów niewinności, kiedy każda  ł ą k a  była nam  r a j e m,  kiedy nie wiedzieliśmy, iż przyjdzie nam go utracić. Spoglądając jednak na obrazy Franciszka wydaje się, że nie wszystko zostało stracone, że  r a j  istnieje, tylko droga do niego jest dłuższa, wymaga wyrzeczeń. Ale czy możemy z niej zrezygnować, kuśtykając choćby przy kijaszku? Artysta całym swoim dziełem podpowiada nam, że nie wolno tego czynić, że dopóki trwa nasza  w ę d r ó w k a  zawsze jest z nami nadzieja.        

            Od wielu lat, doceniając artyzm Maśluszczaka, zastanawiając się też nad istotą jego sztuki, „popełniłem” kilka tekstów o poetyckim charakterze związanych z artystą. Jeden z nich na dowód załączam:

                       

                        Pędzlem ostrym jak skalpel

                        Nacina nasze ciała,
                        Skórę wywraca na nice.

 

                        Pod światło

                        Bada barwę tej krwi,

                        Co z rany spływa.

 

                        Krew to jest rzeka,

                        Wędruje gdzie chce,

                        Zalewa pola i łąki

 

                        Naszej wyobraźni.

                        I nagle na płótnie

                        Czerwony mak cię powitał.

 

                        Pochwycić go pragniesz,

                        Zmiażdżyć, by wiedzieć,

                        Że nie jest martwy.

 

             

             GŁOSY ● GŁOSY ● GŁOSY ● GŁOSY ● GŁOSY ● GŁOSY ● GŁOSY ● GŁOSY

 

            Rozwiązania kolorystyczne Maśluszczaka, czyli to co w obrazie najważniejsze, są niezwykle bogate i wytworne zarazem. Tej gry drobnych, dźwięcznych plamek barwnych mogą mu pozazdrościć najbieglejsi nawet postimpresjoniści. Lecz sztuka, płynąca z mechanicznego, gdyż wrażeniowego tylko sprzężenia „oko-ręka” Maśluszczakowi nie wystarcza. On chce mówić. I mówi. Również przez właściwą sferze sacrum świetność i świetlistość koloru, lecz nie tylko. Mówi metaforą i symboliką, pozostawiając jednak ostateczną interpretację swych obrazów odbiorcy, gdyż wie, że niektóre znaczenia są zrozumiałe jedynie dla autora, który ze swej strony nie może zapanować nad osobistymi skojarzeniami odbiorców, choć może je ewokować. W pewnym przynajmniej stopniu. Mówi też poprzez strój – jego postaci noszą skrojone dla nich przez artystę i przez niego barwione kostiumy, a wiadomo przecież, iż strój jest od początku swego istnienia wyrazem kultury duchowej oraz informacji o jego właścicielu. A ponadto przenosi człowieka z jednej sytuacji w inną, co sztuki typu „Z chłopa król” i na odwrót nieprzerwanie wykorzystują. Zaś Maśluszczak nie tylko ubiera swe postaci. Również stawia je, czy też – ustawia w określonej scenerii, przenosi z rzeczywistości w światło nie tyle rampy, ile swej sztuki, w swoje teatrum żywych ludzi. Przyjrzyjmy im się bacznie, bo w ich mnogości odnajdziemy gdzieś również siebie. I uśmiechnijmy się do siebie z należną sobie sympatią.

Jerzy Madeyski

            Malarstwo Maśluszczak nie nuży, nie doskwiera jednostajnością czy monotonią powtórzeń […] nie epatuje, ani nie kokietuje, niczego nie narzuca, nie każe się słuchać, ono zwyczajnie uwodzi.

Waldemar Odorowski

            Dramaturgia ufigurowania postaci, bezwyrazowej lub głęboko tajemniczej mimiczności, samotność ludzi i przedmiotów w ich pantomimicznym przesuwaniu się przez kadry obrazów stawiają i nas w tej dziwnej przestrzeni jakichś dances philosophiques et symboliques, których istota może intelektualnie domyślna, intuicyjnie wyczuwalna, pozostaje jednak nadal tajemnicą. Wyraźna ilustracyjność zdaje się domagać tekstów, literackiego dopełnienia tych obrazów, jak w klasycznych opowieściach ksiąg dla ubogich.

Kazimierz Parafianowicz

            Jak wszyscy wiedzą, Maśluszczak to ten malarz spraw i rzeczy wiejskich, co mieszka w bloku na Ursynowie, i widzi stamtąd pól Warszawy, i absolutnie mu to nie zaciera własnego świata wyobraźni, ulokowanego całkiem gdzie indziej. Tak, jak nie wymazały mu wyobraźni regularne studia na Akademii Sztuk Pięknych i praca wykładowcy na Politechnice, i telewizor, i samochód, i komórka. Na to wszystko Franciszek Maśluszczak jest w pełni odporny. I w przeciwieństwie do większości swoich widzów funkcjonuje spokojnie w dwóch rzeczywistościach. I jeszcze trzeba dodać, że odmalowane bloczyska to niewątpliwie lekka kpina z pejzaży Edwarda Dwurnika (szczegół towarzyski), że górka, z której schodzi alter ego, to pewnie ziemia z wykopu pod kolejną mieszkalną szafę (szczegół realistyczny), że chałupka z piernika ma nieproporcjonalnie małe okienka i drzwiczki (szczegół bajeczny), że wszystko razem jest wspaniale zharmonizowane barwnie w farbkowej gamie pierwszych wiosennych roztopów (szczegół koneserski) – wtedy dopiero zbliżyć się można do aury poetyckiej obrazu. Lirycznej i autoironicznej. Dobre pół Polski pochodzi ze wsi i w pierwszym czy drugim pokoleniu zamieszkało w mieście. I nie wie, co o tym sądzić. Czy wstydzić się tej wsi, czy wybrzydzać na miasto. Maśluszczak, chodzący po warszawskich ulicach z głową we wspomnieniach jak w chmurach, uczy patrzeć na ten fenomen socjologiczny z liryzmem i autoironią. Jak można się dziwić, że jest tak lubiany?

Joanna Gondowicz

            Jeden z obrazów Franciszka Maśluszczaka wisi w gabinecie Czesława Miłosza. Poeta wybrał go, bo świat ukazany na płótnie przypominał mu atmosferę kowieńskiej prowincji z lat jego młodości. Podobne odczucia miewają także inni odbiorcy tej sztuki. Otóż wydaje im się – bez względu na to czy urodzili się w Poznaniu, na mazurskiej wsi, czy w Warszawie – że malarz oddał w prosty sposób klimat rzeczywistości znanej im i bliskiej. Może to przez melancholię, która kryje się w kącikach ust i oczu tych zapatrzonych gdzieś twarzy? A może dlatego że artysta portretuje człowieka na tle metaforycznego pejzażu. Pejzaż ów, częściowo odrealniony, pociąga grą kolorów i kształtów. Bliskość tę najintensywniej odczuwa się jednak, gdy ma się przed sobą płótna i rysunki z wizerunkami naszych sąsiadów ubranych niezbyt starannie, pogrążonych w kłótni, bójce, handlujących myślą lub goniących za marzeniem. Artysta pokazuje ich z subtelną ironią i humorem.

Eliza Leszczyńska-Pieniak

            Franciszek Maśluszczak pracuje z „przypomnienia”, a nie z natury. Nie uprawia, a nawet nie lubi sztuki naturalistycznej, odwzorowującej rzeczywistość we wszystkich jej aspektach. Ceni sobie połączenie pracowitości z pewnym luzem. Jak sam mówi – „Kiedyś byłem bardziej pracowity. Warsztat malarza z czasem ulega pewnej modernizacji. Zmienia się ostrość widzenia. Mnie chodzi o dokonanie syntezy okraszonej szczegółem”. […] Nie ma ochoty przemalowywać i poprawiać swych dawniejszych dzieł. To co namalował jest zamkniętą kroniką jego życia i myślenia w danym czasie. Twierdzi, że jego konstrukcję obrazu też pewnie można by uprzestrzennić. Przedkłada miejsca niedookreślone nad konkret. Uważa, że w przyszłości współcześni artyści będą wystawieni wspólnie w jednej sali muzealnej – tak instalatorzy, jak i rzeźbiarze oraz malarze.

Anna Kwiecińska-Utkin

            Wiele tych Maśluszczakowych obrazów ogląda się z uczuciem niewygody, czy ból malowanych postaci jest także bólem naszym? Co się dzieje między tymi barwnymi powierzchniami a oglądającymi? Nie wiem, staram się zrozumieć własne zafascynowanie czymś, co początkowo jawiło mi się takie kolczaste. Kilkanaście płócien, jakiś daleki horyzont zaznaczony niedużymi drzewami, jakieś domki, jakaś dziwna poświata i wydaje nam się, że rozumiemy coś, co było dotąd obce. Przed obrazami Franciszka Maśluszczaka zawodzą pierwsze skojarzenia, jesteśmy gdzieś daleko, w podziemiach bolesnej, najbardziej elementarnej, nieomal biologicznej części naszej jaźni. Dziwna podróż, która budzi chęć ucieczki, ale jednocześnie kusi czymś, czego nie umiem nazwać. […] Jen Cocteau kazał malarzom być szybszym niż piękno; dzieła sztuki niech zmusza piękno do wysiłku, do pościgu za sobą. Franciszek Maśluszczak wspaniale dokonuje tego w swych magicznych obrazach. Kiedy nieśmiało wychylam się ku ich nierzeczywistemu światu – początkowo bardzo nieśmiało, pełen niepokoju, dzisiaj z większą uległością – zjawiskowość tych płócien wydaje mi się mniej urojona. Wystarczy tylko uchylić malowanej zasłony, by odkryć nieświadome, by znaleźć się po drugiej stronie, nie świata, czasu lub rzeczywistości, po drugiej stronie nas samych, naszego skłębionego wnętrza. Kiedy w milczeniu przypatruję się tym obrazom, czuję lekkie dotknięcie, jakby ktoś ocierał się o mnie spojrzeniem lub dotykał niewidzialną dłonią.

Rajmund Kalicki

            Franciszek Maśluszczak […] maluje sen, myśli, beznadzieję, a nawet różnicę poglądów. Nie waha się również malować wiary, twierdząc w jednym z wywiadów, że jest ona konkretna, czyli do namalowania. Aniołowie istnieją – udowadnia – ponieważ da się je namalować. Jego malarstwo to zatem swoista teologia, tyle że pisana linią, kształtem i kolorem. Dlatego może świat, w którym Franciszek Maśluszczak umieszcza człowieka, jest nie tylko ludzki, ale i Boży. Jest to świat namalowany w barwach pastelowych, ciepłych, łagodnych, pełny miłości i nadziei, choć nie pozbawiony trosk i absurdów. Kiedyś, zapytany o początki swoich inspiracji, wskazał mamę. Dopytywany, czy to ona kupiła pierwsze farby i sztalugi, odpowiedział, że wprowadzała go w świat malarski, gotując raczej konfitury i zagniatając ciasto. I to jest tajemnica sztuki Franciszka Maśluszczaka. Niektórzy widzą w niej wiele barw Chagalla, inni ciepło i prostotę Nikifora, ale jest on przede wszystkim Franciszkiem z Zamojszczyzny, opisującym z prostotą, wnikliwością, wielką życzliwością i z urodą świat ludzkich spraw.

ks. prof. Jarosław Stoś

            W ruchach powolny, jakby chodził mrocznymi korytarzami w powietrzu. Dla nas przezroczystym. Dla niego zatłumionym, zamieszkanym przez wiele postaci, które go otaczają. W świecie który maluje, my poruszamy się łatwo. Jak wśród jego obrazów. Krajobrazów. Ludzi. Miast. Tak wiele widać, na pobieżny rzut oka, obserwatora tej sztuki: oto maśluszczaki. Znany styl. Dziwny. Kolorowy. Bajkowy. Nadrealny. Ale tam… w tle na pozór sielskich miasteczek i miast, cóż tam widać pod skórą koloru, czy nie dramat skrywany pod twarzą postaci, w oczach szeroko zamkniętych i otwartych do wnętrza… Czy to nie ból, nie samotność, nie bezradność… wobec tak wielu pytań i bezrozumnych i bezdusznych spraw tego świata? A ten drugi świat. Jest? A ten Bóg istnieje? I skąd tyle cierpienia w świecie, stworzonym z miłości?

Andrzej Pacuła

            Obrazy Franciszka Maśluszczaka odbieram jak kolorowe bajki dla dorosłych. Przestrzeń i to co ją zapełnia: ludzie i architektura są jak zaczarowane, wieloznaczne, okryte tajemnicą, nierealne, ale wyraziste. Brak im jakiejkolwiek dosłowności. Twórczość Maśluszczaka jest rozpoznawalna dzięki swojej niepowtarzalnej stylistyce […] Maśluszczak pokazuje pojedynczych ludzi i przedstawia jakieś ich myśli, jakieś cechy ludzkie. Albo przedstawia ludzi w pewnej zbiorowości. Na jego pracach widać miasto, którego fragmenty pochodzą z różnych miejsc. To nie jest architektura sfotografowana, lecz dobrane fragmenty architektoniczne dostrzeżone w różnych miejscach.

Andrzej Rogiński

            To prałat Wojdat, w chwili natchnienia, nakłonił Ciebie do wykonania Ursynowskiej Drogi Krzyżowej. Wykonałeś – szczęśliwcze – to zamówienie zdumiewająco. Chrystus jeszcze raz wędrujący ze swoim krzyżem przez nasz ursynowski krajobraz… jest twoim arcydziełem, to twoje Opus Magnum. Stojąc po wielokroć przed twoim cyklem w kościele Wniebowstąpienia Pańskiego, wiem, że wykroczyłeś poza malarstwo. Zostałeś kolejnym ewangelistą, mistrzem narracji, a tym samym wszedłeś mimowolnie na moje pole… opowiadacza obrazami. Czy wiesz, że przeniosłeś się do krainy… Kinematografu. Stałeś się „pełną gębą” filmowcem. Od tej pory wszystkie namalowane przez Ciebie obrazy  traktuję jako akcje równoległe, jako kolejne wątki tego Twojego najlepszego filmu. Witam cię zatem, jako „odźwierny”, w krainie Kinematografu. Rób filmy… Czekam na nie, wszak jesteś młody, zdążysz. Film to forma wypowiedzi człowieka XXI wieku. A ty masz tak wiele do opowiedzenia…

Józef Gębski

 

Pin It