Jacek Walczak

 

Karnawał 68

 

Filip Wrocławski
Filip Wrocławski

 

  Na trzecie już spotkanie z Ewą Tomek przyszedł wcześniej. Na rogu Piotrkowskiej i Więckowskiego sterczały kopce śnieżnego błotka o nieokreślonym kolorze. Ostatnio napadało sporo śniegu, ale samochody i tramwaje przerobiły wszystko w niemiłą bryje. Do siedemnastej zostało jeszcze trochę czasu i Tomek wszedł do Delikatesów obok. A tam zupełnie inny świat. Ogromna palma w drewnianej donicy na środku. Przyjemny, ciepły zapach cytryn i kawy. Na półkach też jakby bardziej kolorowo niż w innych PSS-ach. Miło tu, przytulnie i Tomkowi cieplej zrobiło się nawet od środka. Wspomniał tamta sobotę. Wszystko udało się znakomicie, ale przede wszystkim poznał Ewę. Piękną dziewczynę o śniadej cerze i długich czarnych włosach. Tomek ma pogodny charakter i specyficzne poczucie humoru, ale przy Ewie ciągle jest spięty, onieśmielony. Dałby dużo za pomyślność tej znajomości i aby nie popsuć czegoś, a Ewa na wszystko odpowiada przekornie, często zaczepnie.

Ewa mieszka niedaleko, przy Zachodniej, zatem powinna niebawem nadejść. Że tez karnawał zawsze musi być zimą. Ile można spacerować Piotrkowską w górę i w dół. Pewnie pozostanie znowu kino. Na szczęście tym razem w Polonii grają „Człowieka z Rio” z Belmondem. Film był już wyświetlany w zeszłym roku, ale jakże miło przenieść się w kolorowy, fantastyczny świat. Znaleźć się w ciepłych krajach, gdzie palmy przy plaży. Zupełna abstrakcja.

Dobrze, że Ewa przyszła punktualnie. Udało się kupić bilety i zdążyć nawet przed kroniką. Szybko minął przyjemny czas i seans skończył się przed dwudziestą. Zapaliły się światła i widzowie mrużąc oczy wstawali trzaskając fotelami. Na zewnątrz nie padało, ale było dotkliwie zimno.

- Gdzie teraz?

Tego pytania Tomek oczekiwał z niepokojem. Możliwości w Łodzi niewiele, zwłaszcza przy pustawych, studenckich kieszeniach.

- Może do klubu pod „Siódemki” ? - zaproponował w desperacji.

- Świetnie, ale jak tam chcesz się dostać? Masz jakąś legitymacje?

-Akurat nie mam, ale moja w tym głowa jak to zrobić.

Wyszli z Polonii przez bramę na Piotrkowską, potem w prawo w kierunku klubu. Podekscytowany Tomek nie od razu zauważył niemały tłumek młodych ludzi u wylotu pasażu przed „Siódemkami”. Gdy podeszli bliżej, wyraźnie było słychać krzyki i nie dało się przejść dalej.

-Zobacz Ewo, coś tam się dzieje.

-Ty nic nie słyszałeś co się dzieje w Polsce po zdjęciu „Dziadów” Dejmka?

Tomek zaczął coś kojarzyć. Parę dni temu miała być w radiu audycja o Beatlesach, ale sekretarz Gomułka jak zwykle przedłużył przemówienie. Nie dało się słuchać jak nudził.

- Coś słyszałem, podobno Gomułce nawet Jasienica się naraził.

-To coś więcej i gorszego – Ewa zamyśliła się nagle

- Co się stało? Nie przejmuj się, a pod „Siódemki” pójdziemy innym razem.

- Nie, nic – Ewa ciągle milczała.

Postali jeszcze chwilę przy pasażu. Od Zielonej zaczęły nadjeżdżać milicyjne suki.

- Idziemy stąd – Ewa wzięła Tomka i okrężną drogą poszli w kierunku Andrzeja. W milczeniu dotarli do „Tureckiej”. Przez całą drogę Tomek próbował rozszyfrować myśli dziewczyny. Tuż przed kawiarnią zatrzymali się.

-Zapraszam Cie na kawę i wuzetkę.

Chciałby zaproponować Egri Bikaver, ale tego skromna kasa już nie mogła tego wytrzymać. Minęło sporo czasu zanim kelnerka postawiła przed nimi talerzyki z wuzetkami i dymiące szklanki kawy „po turecku”. W sobotę w kawiarni było dużo ludzi w różnym wieku, a nad wszystkimi unosił się niebieski obłok papierosowego dymu. Ewa ciągle nie odzywała się.

-Co się stało Ewo, czy powiedziałem coś przykrego?

-Nie, bardzo chciałam spędzić z Tobą przyjemnie czas, ale nie chce mieszać Cię w moje sprawy.

Tomek zdrętwiał. Pewnie chce ze mną zerwać. Może ma innego chłopaka.

-Myślę, że powinnaś powiedzieć mi wszystko. Inaczej niedomówienia uczynią same zło.

-To nie chodzi o to, co między nami. Może kiedyś Ci wszystko opowiem. Teraz chcę już iść do domu.

Tomek zapłacił za rachunek, wzięli ubrania z szatni i znowu w milczeniu wrócili Piotrkowską do Andrzeja. Na przestanku przy Kościuszki niedługo czekali na tramwaj. Nadjechała jedenastka

-Kiedy się zobaczymy?

-Bądź o piątej w środę tam gdzie zawsze – Ewa wskoczyła do tramwaju.

Tomek jeszcze długo stał na przystanku. W „Balatonie”, w barze na dole było już po sprzątaniu i  pusto. Natomiast na górze dancing trwał w najlepsze. Zespół grał akurat „Żółte kalendarze”. Na chodniku, pod ponurym światłem latarni stała odrapana Syrenka z otwarta klapą. Pewnie właściciel próbował uruchomić uparty silnik, Po drugiej stronie Andrzeja jakiś pijaczek usiłował się przemieszczać angażując do pomocy brudne mury kamienicy. Otaczające obrazki były tak odległe dla Tomka, jak słoneczne plaże w Rio.

 

Minęło kilka tygodni od sobotniego wieczoru. Spotykali się rzadziej. Chyba nie tylko więcej nauki to powodowało. Nadszedł maj. Zrobiło się ciepło i zielono. Waldek, wspólny przyjaciel Ewy i Tomka zaprosił na swoje imieniny. Ewa ostatnio bardzo się zmieniła. Tomek oczekiwał takiej okazji z nadzieją, że tym razem coś się odmieni. Jak zwykle początek imprezy był nieco drętwy. Jak zwykle ten sam zestaw płyt Czerwonych Gitar, Trubadurów, Beatlesów i czegoś tam jeszcze. Na początek był szampan za zdrowie solenizanta, a potem czerwone wino. Niektórzy tańczyli parami, a gości było więcej niż miejsca. Wreszcie zabawa rozkręciła się na dobre. Ktoś prowokacyjnie zgasił światło. Ciemności rozjaśniała tylko mała lampka gramofonu Bambino. Kolejny raz, wspaniałym Yesterday, kończyła się płyta Beatlesów. Ewa przysiadła na kolanach Tomka przytulając policzek do jego twarzy. Poczuł jaj łzy na policzku. Znowu nie wiedział jak zareagować, a tak było miło do tej pory.

-Tomku, kiedyś obiecywałam Ci powiedzieć o wszystkim, co mnie gryzie.

-Nareszcie, bo mam coraz głupsze myśli.

-Za kilka dni wyjeżdżam z Polski.

-Fantastycznie, każdy by chciał pojechać na fajne wakacje. Poza tym możesz być pewna, że będę  na Ciebie czekał.

-Nie przerywaj, bo to nie na wakacje, a historia długa i smutna. Wiesz, że mój tato jest, a raczej był, dziennikarzem w łódzkiej gazecie. Nigdy nie interesowałam się bliżej tym, co robi. Było spokojnie i powodziło nam się nawet nieźle. Od pewnego czasu ojciec jest wzywany do pewnego smutnego urzędu. Wczoraj był tam ostatni raz i przyniósł do domu dokumenty na wyjazd dla całej rodziny.

-Czy to znaczy, że poważnie nabroił.

-Właśnie nie, przeciwnie, można nawet powiedzieć o pewnych sukcesach zawodowych i innych. Gorliwi panowie doszukali się przyczyn w bardziej odległej historii mojej rodziny. Moi dziadkowie przyjechali do Łodzi z Warszawy jeszcze przed pierwszą wojną. Tu była ciągle jeszcze „ziemia obiecana”. Dziadek otworzył zakład krawiecki przy Zgierskiej. Prowadził go przez wiele lat. Interes nie był aż tak kokosowy, ale starczało na bezpieczne życie i wykształcenie czterech synów i córki. Z rodzeństwa tylko ojciec został w Łodzi. Siostra i bracia przenieśli się do Warszawy, bo tam mieszkała reszta rodziny. W czasie wojny ślad po nich urwał się w Getcie. Ojciec został w Łodzi, bo ożenił się mamą, która jest Ukrainką z okolic Lwowa. Mama nie chciała się przenieść do Warszawy. Wojnę rodzicom udało się przetrwać na wsi. Potem wrócili do Łodzi i tato zaczął pracować jako dziennikarz. Wkrótce ja się urodziłam, a potem przyszedł na świat mój brat. Tragiczne losy najbliższych mojego taty pozostały w przeszłości, a nam wydawało się, że będzie spokojnie. Aż do tego roku. Pamiętasz, właśnie w marcu zaczęło się źle dziać. Od wczoraj już wiemy, że musimy wyjechać. Ale jak, dokąd? Zupełnie sobie tego nie wyobrażam. Początkowo chcieli nas wysłać do Izraela, ale tam nikogo nie mamy. Skończyło się na tym, że jedziemy do Danii. Podobno tam chętnie przyjmują takich, jak my. Za kilka dni musimy wyjechać i już chyba nigdy tu nie wrócimy. Teraz już wiesz, co się ze mną działo przez ostatnie miesiące i nie...

-Zaraz, to Ty jesteś Żydówką?

-Jestem Polką, ale wczoraj ja tez zapytałam tatę kim my jesteśmy. Odpowiedział jednym słowem, Lodzermedsze

-Pierwszy raz słyszę to słowo.

 

 

 

Pin It