Jan Adam Borzęcki

 

Julia

 

masluszczak jesienna zaduma
Franciszek Maśluszczak
Jeszcze niedawno myślałem, że coś takiego może wyroić się jedynie w wyobraźni pisarza lub reżysera, którzy szukając kolejnego tematu wymyślają podobne historie, kierując się gustem mało ambitnego czytelnika lub widza. Szczerze mówiąc ani nie lubiłem takiej lektury, a tym bardziej jej nie ceniłem. Podobnie jak fantastyki, którą uznawałem za domenę znudzonych ziemską egzystencją, czego nigdy nie mogłem zrozumieć, bo dla mnie życie zawsze było i jest źródłem nieustannej ciekawości. Tym bardziej fascynującej, że sprawdzalnej wszystkimi zmysłami, a przede wszystkim samym sobą. Tym ciekawszego, że mimo pozorów powtarzalności, jego prawidła pozostają nieodgadnione, a jeśli nawet kiedyś w ferworze zbyt śmiałej młodości wydawało się, że udało nam się je rozszyfrować, z czasem zmuszeni jesteśmy przyznać się do korekty przekonań, czyli – mówiąc bez ogródek – zazwyczaj do totalnej porażki. Nagle pojmujemy, że zakres naszej pewności ogranicza się jedynie do faktu urodzenia i śmierci, chociaż w drugim przypadku czas, miejsce i scenografia wciąż pozostają hipotezą. Rozumując w ten sposób łatwo dojść do wniosku, że nasz własny życiorys to materiał na książkę lub filmowy scenariusz.

Aby nie przedłużać powiem, że chodzi o zafascynowanie kobietą, co samo w sobie mogłoby być miłe, gdyby nie fakt, że przydarzyła się mężczyźnie po pięćdziesiątce, a obiekt jego sercowej słabości z pewnością miał nie więcej, niż lat 25. To zresztą jedynie domysł, bo sadząc po wyglądzie, mógł mieć nawet kilka lat mniej.

Zdarzyło się to pewnego lata, pamiętnego próbą samobójczą mojej żony, która zmęczona postępującą chorobą i depresją spowodowaną tragiczną śmiercią naszego syna, postanowiła pożegnać ziemski raj i połknęła końską dawkę leku. Mój wcześniejszy powrót do domu zapobiegł tragedii, chociaż żona do dziś ma do mnie pretensje, że nie pozwoliłem jej odejść, a ja nie wiedzieć czemu, nie umiem się przed nią usprawiedliwić. W tej sytuacji trudno dziwić się, że ja także byłem bliski psychicznego dna, a w pozycji mniej więcej pionowej trzymało jedynie poczucie obowiązku wobec żony i trzech naszych kotów, które znaczyły dla mnie nie mniej, niż ona. Gdyby nie to uczucie, być może sam zdecydowałbym się na samobójstwo, a przez jakiś czas przed snem zastanawiałem się nawet nad sposobem rozstania się z życiem i szczegółowo roztrząsałem za i przeciw skorzystania z pętli, broni palnej, skoku z okna lub z mostu do Wisły. Brałem także pod uwagę spowodowanie wypadku drogowego, ale w taki sposób, abym to ja stał jego jedyną ofiarą. Na przykład mógłbym wjechać swoim samochodem pod potężnego tira, który zgniótłby mnie tak skutecznie, że trudno byłoby mnie wyciągnąć spod sprasowanych blach. Widziałem drogę poplamioną krwią i moje ciało wciśnięte w fotel tak mocno, że prawie mnie nie było widać.  Być może te przedsenne wizje okazywały się skutecznymi seansami terapeutycznymi, bo na jawie takich skłonności raczej nie przejawiałem. Rozważania te przypomniały mi się, kiedy przewrotny los o mało co nie spełnił wcześniejszych planów. Powodem porzucenia katastroficznych zamiarów był prozaiczny brak czasu, bo kiedy po niemal całodniowym i północnym siedzeniu przy łóżku nieprzytomnej żony, wychodząc ze szpitala także miałem znacznie ograniczoną świadomość. Kilkakrotnie zdarzyło się, że po otwarciu samochodu siadłem za kierownicą i zasypiałem zanim jeszcze zdążyłem zapalić silnik. Budziłem się kiedy na wschodzie różowiło się  niebo, a po ulicach krążyć zaczynały samochody rozwożące towar do sklepów. Zastanawiałem się nawet, czy opłaci mi się wracać do domu, ale przypomniałem sobie o konieczności nakarmienia naszych kotów, chociaż przede wszystkim łaknąłem kontaktu z tymi cudownymi czworonogami i utwierdzenia ich w poczuciu nadwątlonego bezpieczeństwa. Mający szczęście przystawać z tymi zwierzętami wiedzą o czym mówię, bo znają to spłoszone spojrzenie, nerwowe drżenie ogona, nagłą niepewność i podejrzliwość nawet wobec siebie. Patrząc zadają pytania i cierpliwie czekają na odpowiedź w postaci czułej pieszczoty, spokojnego słowa oraz napełnienia miseczki, z której i tak nie będą jeść, ale której zawartość dodaje  pewności, że wszystko jest jak było.

To zdarzyło się głęboką nocą, kiedy po powrocie ze szpitala, nakarmieniu kotów i kąpieli, zacząłem krzątać się po domu, przygotowując się do porannej karuzeli. Ponieważ było gorąco, chodziłem nago, co zresztą latem zdarza mi się bardzo często, bo właśnie nocą nagrzane, betonowe ściany bloku oddają ciepło, skutkiem czego wnętrze mieszkania zamienia się w łaźnię. A ponieważ nie znoszę, jak coś mnie opasuje, ściska, ogranicza i lepi się do ciała, jak tylko mogę, ściągam odzienie i paraduję nago. Sytuację komplikuje nieco fakt, iż mimo mieszkania na trzecim piętrze, wnętrze mego mieszkania zapewne widzą sąsiedzi z bloku naprzeciwko, ale na wszelki wypadek zakładałem, że dzieląca bloki odległość nie pozwala na oglądanie szczegółów anatomicznych. Poza tym wychodzę z założenia, że we własnym mieszkaniu mogę robić co mi się żywnie podoba, a zresztą nikogo nie zmuszam do oglądania moich wdzięków i jak im się nie podoba, niech poszuka innego Obrazu. Nigdy nie byłem pruderyjny, a ludzką nagość uznawałem i uznaję za wartość estetyczną wysokiej próby. Zresztą każdą, nie ograniczając się do modelowych kształtów będących aktualnym, modnym ideałem proporcji. Jako mężczyzna wolałem oczywiście nagość damską, ale męska bynajmniej mnie nie gorszyła.

Chodziłem więc po mieszkaniu odrabiając sprzątaniowe zaległości, przygotowując do następnego dnia i napawając obecnością kotów, które stęsknione za pieszczotą i rozmową, owijały się wokół moich nóg, wskakiwały na stół przymilnie patrząc mi w oczy, a nawet macaniem łapką sprawdzając moją fizyczną obecność. Mieszkanie było pełne mruczenia, a gadatliwa Kicia raz po raz zaczepiała mnie domagając się słownej reakcji. Wiedziała, że kocham nasze rozmowy i z pewnością jej odpowiem. Tyle tylko, że z Kicią nie dało się rozmawiać niejako przy okazji wykonywania innych zajęć, bowiem Kicia domagała się wyłączności. Siadała naprzeciw, patrzyła prosto w oczy i zmieniając modulację głosu coś mi opowiadała, składała sprawozdanie z przebiegu minionego dnia, zgłaszała pretensję o moją całodzienną nieobecność, zadawała pytania na temat nurtujących ją spraw. Miała w sobie coś z zatroskanej gospodyni, na głowie której pozostawiono cały dom wraz z dbałością nie tylko o kocią rodzinę. Domagała się więc cierpliwego wysłuchania, pochwały i podziękowania. Słuchając jej żałowałem, że nie mogę jej zrozumieć, odpowiedzieć w jej miukliwym języku, którego człowiek mieniący się koroną natury jakoś zgłębić nie potrafi. Po chwili dołączał do niej, mniej gadatliwy, chociaż bardziej otwarty, z sercem na łapce Wańka, który wszystko co miał do powiedzenia, zawierał w swoich szczerych, pełnych oddania i miłości bursztynowych oczach.  Witaliśmy się pocierając nosami, a potem on wspinał się na tylne łapki, aby całą powierzchnią grzbietu otrzeć się o moje nogi. Później siadał obok Kici i milcząco uczestniczył w rozmowie, co rusz przenosząc wzrok z kotki na mnie i ze mnie na kotkę. Obok siadała maleńka, czarna Tunia, której biała pierś, takie same skarpetki i białe długie wąsy nadawały wygląd, wieczorowo odzianej, eleganckiej damy, które to wrażenie pogłębiała jej delikatność, dyskrecja i emocjonalna nienachalność, kryjąca głęboką miłość, przywiązanie i gotowość niesienia wszelkiej pociechy. Nie zabiegała o pierwszeństwo, a raczej spokojnie czekała na swoją kolej, jakby wiedząc, że doceniając jej powściągliwość, nagrodzę ją dłuższymi pieszczotami i szeptanymi do uszka czułościami. A wtedy w jej okrąglutkich, wyraźnych, koloru lipowego miodu oczkach pojawiała się lekka mgiełka rozmarzenia.

Kiedy wszystkie koty siedziały już naprzeciw mnie, rozgadana Kicia milkła jakby udzielając mi głosu, przychodziła kolej na mnie. Przepraszałem je za długą nieobecność, tłumaczyłem jej przyczynę, opowiadałem o zdarzeniach całego dnia, niepokojach, nadziejach oraz planach na jutro. A one patrzyły mi głęboko w oczy, sprawiając wrażenie, że zrozumiały i nie uroniły ani jednego słowa. A kiedy kończyłem perorę, zaczynały wieczorne mycie, a kiedy rozścieliłem pościel, kładły się każde na swoim miejscu bacząc, aby pozostawić mi miejsce.  Śpiący z Anną Wania, pod jej nieobecność kładł się po lewej stronie poduszki i przytulając się prosił o pieszczotę, a kiedy głaskałem go, zaczynał swój koncert mruczenia. A robił to tak głośno i intensywnie, że tym mruczeniem wypełniał się cały pokój, a nadmiar rozrzedzał i humanizował zaokienną ciemność. Kicia zajmowała miejsce po drugiej stronie poduszki i zwinąwszy się w kłębek, po chwili mruczenia spokojnie zasypiała. Tunia spała w dole materaca, po prawej stronie, mocno przytulając się do moich nóg i od czasu do czasu poruszając łapkami, jakby chciała wymościć nam przytulniejsze lokum.

Jeśli moim kotom poświęcam tyle miejsca, to dlatego, aby podkreślić ich ważność w naszym życiu. To są pełnoprawni członkowie rodziny, wcale nie mniej ważni od ludzkiej reszty, a bywa nawet, że ważniejsi. Tylko żyjący z tymi mądrymi istotami znają ich zalety oraz umiejętność rozszyfrowania psychologii człowieka i dostosowania się do jego nastroju. Wycisza ich mądry spokój, zaraża umiejętność maskowania emocjonalnego rozedrgania, na co najlepszym sposobem jest głaskanie ich miękkiej sierści. Odbita i ich spokojnych oczach rzeczywistość nie wydaje się już tak złowroga i niepokojąca, a dzielenie się spokojnym dygotaniem mruczącego ciała okazuje się mieć moc dobrej hipnozy. Toteż robię wszystko, aby moje koty uznały mnie za przedstawiciela swego gatunku.

Po nakarmieniu stada i codziennej rozmowie ze wszystkimi razem i każdym z osobna, zapaliłem fajkę i stanąłem w otwartym oknie. W oddali, jak świetlna drabina do nieba majaczyła jasna wieża katedry, w małe, jasne kwadraciki układały się górne okna staromiejskich kamieniczek, a wszystko to oświetlone blaskiem pełni Księżyca, tego nocnego jubilera potrafiącego posrebrzyć i uszlachetnić nawet zwyczajną ruinę. Lśniły zamazane łuną świateł gwiazdy, księżyc dobrodusznie pozwalał zasłaniać się cienkim strzępkom chmur, a wszystkie okna leżącego naprzeciwko bloku były ciemne…

To zdarzyło się kilka minut po zgaszeniu światła. Jeszcze nie zdążyłem przyłożyć głowy do poduszki, kiedy zadzwonił telefon. Pomyślałem, że dzwonią ze szpitala; że może pogorszył się stan Anny, a może nawet stało się coś jeszcze gorszego. Nogi zrobiły się miękkie, chaos w głowie, a ze zdenerwowania nie mogłem otworzyć ust. Tymczasem usłyszałem młody kobiecy głos:

- Halo, jestem sąsiadką z bloku naprzeciwko i chciałam poprosić, aby pan znowu zapalił światło i nagi stanął w oknie. Kiedy pan chodził po mieszkaniu, z przyjemnością patrzyłam na pańską nagość. Wygląda pan tak męsko, że mogłabym tak patrzeć całą noc…

 Wyłączyła się zanim zdążyłem cokolwiek rzec.

Prawdę mówiąc zamurowało mnie i chyba nie odezwałem się. A potem leżąc w ciemności, zastanawiałem się, jak zareagować. Poderwała mnie ciekawość. Stojąc przy oknie lustrowałem sąsiedni blok w nadziei, że uda mi się zidentyfikować amatorkę mojej nagości, a przynajmniej zlokalizować jej okno, ale w żadnym okiennym kwadracie nie udało mi się dostrzec zarysu postaci. Wszędzie było jednakowo ciemno i tylko tam, gdzie dochodził blask ulicznych latarń, na szybach błyskały świetlne impresje.  Nie dając za wygraną, sięgnąłem po lornetkę i przeskakując od okna do okna lustrowałem ciemne kwadraty. Stałem tak z pół godziny patrząc w okna z nadzieją, że wielbicielka mojej nagości da mi jakiś znak, który pozwoli mi ją zlokalizować. Może zapali na chwilę światło, błyśnie latarką lub choćby zapali zapałkę? A może przynajmniej otworzy okno, dając znak innym załamaniem księżycowego światła? Ale ponieważ nic takiego się nie zdarzyło, postanowiłem zapalić światło licząc, że ją tym sprowokuję. Zapaliłem więc górne oświetlenie i stanąłem tak, aby być jak najlepiej widocznym. Przez chwilę wydawało mi się, że w oknie naprzeciwko ktoś na moment odsłonił połę zasłony, ale to mogło być tylko przewidzenie wywołane refleksem świateł przejeżdżającego samochodu. Chcąc wywołać jakąś reakcję, stałem tak z piętnaście minut, jak ekshibicjonista wystawiając się na widok nieznanej wielbicielki, ale bez żadnego odzewu. Zgasiłem więc światło i wróciłem do łóżka, ale podekscytowany długo nie mogłem zasnąć. Znając z widzenia mieszkanki sąsiedniego bloku, starałem się dociec, którą stać byłoby na taką fantazję, ale żadna nie pasowała. Najlepiej byłoby, gdyby to była Julia, jak nazwałem młodą kobietę z naprzeciwka, z którą od jakiegoś czasu łączyła mnie jakaś irracjonalna sympatia. Nie wiedząc jak ma na imię, na własny użytek ochrzciłem ją Julią, bo kojarzyła mi się z balkonem, a z kolei ten z szekspirowską tragedią. Ale w tym przypadku nie było niczego złowróżbnego, a jedynym związkiem przyczynowym był fakt, iż najczęściej widywałem ją właśnie na balkonie. Ponieważ odległość zakłócała ostrość widzenia twarzy, przez pewien czas delektowałem się jej kształtami. Miała zgrabnie wykrojone biodra, długą apetyczną szyję, a przede wszystkim pięknie wymodelowane piersi. Chociaż nie widziałem ich z bliska, a tym bardziej nagich, byłem pewien ich nienagannego kształtu, jędrności i aksamitnej gładkości. I chociaż zdawałem sobie sprawę, z możliwości pomyłki, bo aby ukryć ewentualne braki, wystarczy założenie dobrze dopasowanego stanika, zawierzyłem własnej intuicji i wiedzy. Procentowały lata doświadczenia w obmacywaniu wzrokiem, dopasowywaniu dłoni na odległość, co w wielu przypadkach stawało się wstępem do praktycznego sprawdzania wyobraźni, zaglądania w dekolt, dyskretnego i obcesowego podglądania oraz prowokowania sytuacji umożliwiających zobaczenie lub dotknięcie tych najbardziej upragnionych damskich nierówności. Bywało że przy jakiejś okazji zaczepiałem wzrokiem o jakiś biust i już nie mogłem oderwać oczu, a moja uwaga wciąż zajęta były wyobrażaniem sobie ich nagości. Rejestrowałem każde poruszenie piersi, każdy wdech i wydech, czekałem na zmianę pozycji właścicielki, aby obejrzeć je pod innym kątem. Ten widok absorbował mnie tak bardzo, że wszystko inne przestawało się liczyć, nie słyszałem słów, nie pamiętam z kim się witałem i co odpowiadałem na pytania. To był dziwny trans odsuwający wszystko na bok lub wręcz niwelujący wszelkie ważności i godności, a kobiece piersi wydawały się górami oddzielającymi mnie od rzeczywistości stając się celem samym w sobie, żywiołem burzącym wszelki porządek i budującym go na nowo, ale już wedle własnych reguł. Pół biedy jeśli do takiego zauroczenia dochodziło podczas imprezy z udziałem wielu ludzi, bo wtedy łatwiej je było ukryć, ale jeśli cos takiego przydarzało się podczas kameralnego spotkania, sytuacja stawała się mało komfortowa. Tym bardziej, że chociaż bardzo starałem się  nad sobą zapanować, mój wzrok nie zawsze chciał mnie słuchać. Moi znajomi przypadłość tę przyjmowali spokojnie, a nawet dobrodusznie z niej pokpiwali, panie nawet specjalnie odsłaniały górną część piersi, ale w obcym towarzystwie zaszywałem się w kącie i starałem się omijać wzrokiem damskie powaby.  Z takiego transu wydobywałem się długo i opornie, a w szczególnych przypadkach zdarzało się, że  jeszcze wiele dni i nocy przed oczami stawał mi obraz, napinającego odzież, półkolistego, uwypuklonego wyobraźnią kształtu, biorącego mnie w jasyr i będącego wartością zdecydowanie nadrzędną. Bo jeśli mam być szczery, kobiece piersi traktowałem poważniej niż krocze, z którym dogadać się (?) jest zazwyczaj dużo łatwiej. W twierdzeniu tym upewniło mnie kilka znajomych pań, które twierdziły, iż łatwiej zdobyć łaskawość międzynożnej zawartości, niż piersi, bo ta pierwsza reaguje na bodźce nawet dość prymitywne, otwierając się nawet wbrew woli, a piersi są znacznie bardziej wymagające. Cipa  – Katarzyna lubiła mocne słowa – to zwyczajny plebs, a piersi to przy niej błękitnokrwista arystokracja. One nie zaakceptują byle palanta, co to tylko potrafi je chamsko ugniatać i podgryzać sutki. Piersi – tu palcem głaskała górną część biustu – to jak klawiatura fortepianu, albo struny skrzypiec, ale problem w tym, że trudno trafić na wirtuoza. Co prawda często zdarzają się panowie umiejący zaspokoić niższą część ciała, ale kiedy biorą się za górne rejestry, zazwyczaj nie mogę się opanować i daję po łapach. Może dwa razy zdarzyło się, że faceci potrafili grać na obu instrumentach, ale widocznie moja klawiatura im nie pasowała, bo żaden nie został.

Był to głos ważny, bo mająca nieco ponad czterdziestkę Katarzyna była dwa razy rozwiedziona, a swojej klawiatury raczej nie żałowała.

Wracajmy jednak do Julii, która stoi na balkonie i dyskretnie patrzy w moje okno.

Nasz dziwny związek zaczął się od momentu, kiedy zauważyła, że jej się przyglądam. Była wtedy młodą mężatką, żoną mężczyzny o raczej atrakcyjnej powierzchowności, który gdyby nie pewna nadwaga byłby wręcz przystojny. Ale choć wyglądał na miłego i otwartego faceta, wydawało mi się, że do siebie nie pasują. Im dłużej trwała nasza wzrokowa znajomość, tym bardziej upewniałem się, że Julia nie jest z nim szczęśliwa. Pewnie pochlebię sobie, ale ktoś dysponujący pewną wrażliwością łatwo rozszyfruje znaki świadczące o wzajemnym stosunku dwojga osób, a te w przypadku Julii i jej partnera świadczyły raczej o życiu obok siebie. Dość powiedzieć, że w jego obecności nigdy nie była rozluźniona, uśmiechnięta i pewna siebie, a raczej wyglądała na spiętą, skurczoną w sobie i trzymającą się na wodzy. Idąc z nim gubiła cielesną elastyczność, lekkość kroku, luzacka niezborność wzroku, a jej piękne piersi jakby zapadały się w klatkę piersiową. Oczywiście może to być jedynie moje mylne wyobrażenie, ale późniejsza, wieloletnia obserwacja wrażenie to pogłębiało i dziś jestem wręcz pewien, że ta para nie jest ze sobą szczęśliwa. I to tak dalece, że wcale nie byłbym zdziwiony, gdybym dowiedział się o rozwodzie.

 Jeśli chodzi o mój związek z Julią, powiem tylko, że na początku było to takie sobie popatrywanie przy okazji stania w oknie, co zdarzało się nader często, bo jeśli co jakiś czas nie widzę przestrzeni, zaczynam się niepokoić i robi mi się duszno. Co prawda nie zasięgałem rady specjalisty, ale wydaje się, że może to być objaw  lżejszej odmiany klaustrofobii chociaż trudno wykluczyć też, że to zwyczajna nerwica. Bo prawda jest taka, że nigdy nie lubiłem ciasnych pomieszczeń. Co prawda nie wychowałem się w pałacu, ale ciasnotę wiejskiej izby niwelowała bliska obecność przestrzeni. Wystarczył krok, a już było się na rozległym podwórku, a potem jeszcze kilka i otwierał się szeroki, widny krajobraz z rozległymi polami i Górami Świętokrzyskimi na zachodzie. A jeśli jeszcze weźmie się pod uwagę, iż wieś rozłożona była na łagodnym południowym stoku, wydawało się, że horyzont oddala się tak nieskończenie, że rejestrację jego kresu uniemożliwia jedynie ostrość wzroku.

Dość szybko zauważyłem, że kiedy stawałem w oknie Julia zawsze znajdowała pretekst, aby wyjść na balkon i pozostać na nim dłuższą chwilę. Tyle tylko, że jeśli ja przyglądałem się jej jawnie i bez skrępowania, ona udawała, że mnie nie widzi, a jej wyjście na balkon ma konkretny powód. Najczęściej rozwieszała pranie, podlewała kwiatki lub rozmawiała przez telefon. Niezależnie co robiła, jej ruchy były miękkie, zmysłowe i kontrastujące z jej czujną twarzą, Bywało że już za chwilę pojawiała się w innej kreacji lub w innym uczesaniu, jakby dając mi możliwość oglądania jej w różnych odsłonach. I chociaż pozornie nie zwracała na mnie uwagi, przecie z wyraźnie czułem wysyłany pod moim adresem życzliwy przekaz. Częstotliwość takich sytuacji upewniła mnie o jej przychylności, a w przynajmniej o tym, że moje zainteresowanie jej pochlebia. A ponieważ lubiłem sprawiać kobietom przyjemność, z całą premedytacją zacząłem okazywać jej podziw, czego reakcją było jeszcze częstsze wychodzenie na balkon, a bywało nawet śmiałem spojrzenie w moją stronę. Poza tym zdarzały się spotkania na ulicy, podczas  których ona wypinając pierś i zwielokrotniając ruchomość bioder  skromnie opuszczała wzrok, a ja patrzyłem na nią z nieukrywanym podziwem omiatając spojrzeniem oczy, usta, ramiona, piersi, biodra i nogi. I nie wiem, jak to się dzieje, ale z jej zachowania wynika, że ona to wszystko czuje. Zupełnie jakbym jej dotykał, że wywołuje to u niej jakiś wręcz erotyczny dreszcz. Byłbym nieszczery, gdybym nie przyznał, że nie czułem czegoś podobnego, a w każdym razie podniecało mnie samo wyobrażenie sobie efektów działania mojego wzroku, a może też telepatycznego przekazu mojego podziwu oraz moich skrytych intencji. Jeśli jednak na początku dotyczyły niemal wyłącznie erotyki, moje zainteresowanie Julią   dość szybko przekształciło się w coś znacznie głębszego. Dość szybko zauważyłem bowiem, że wytworzyła się między nami jakaś dziwna więź skutkująca telepatycznym porozumieniem. Objawiało się to jakimś rodzajem telepatii powodującej, że kiedy wychodziła na balkon lub w jakimś celu pojawiała się na ulicy, jakaś dziwna siła ciągnęła mnie do okna. Przy czym ta wewnętrzna sugestia była tak silna, że wręcz nie mogłem się jej oprzeć. Wydaje się zresztą, że taka telepatia dotknęła nas oboje, bowiem ile razy stawałem w oknie, za chwilę pojawia się ona i znowu powtarzał się ten stały teatr pozorów z dyskretnymi spojrzeniami, udawaną nonszalancją i ustawianiem się tak, aby wypaść jak najkorzystniej. I właśnie ta zagadka telepatycznego porozumienia stała się przedmiotem mojego zainteresowania, a zarazem najmocniejszym klejem naszego dziwnego związku, który z czasem przerodził się w zastanawiającą zażyłość. To nie miało nic wspólnego z erotycznymi pragnieniami ani miłością i było raczej emocjonalnym przywiązaniem oraz pragnieniem wzajemnej obecności. Bo nagle staliśmy się sobie potrzebni, a nasza wzajemna filantropia sama w sobie okazała się jedną z najcenniejszych wartości. Bardzo chciałem aby dla niej moja adoracyjna stałość wzmacniała jej kobiecą pewność siebie, stała się wygładzającym twarz kosmetykiem, skutecznym eliksirem młodości i odwagą przed kolejnym dniem; aby nie była jedynie urodzinowym prezentem, lecz całorocznym środkiem dopingującym, ochotą by oczarować mnie czymś nowym, zaskoczyć strojem, fryzurą lub rozbłyskiem oczu. Wyobrażałem sobie, że dzięki mnie patrząc w lustro czuję się  godna podziwu; że kiedy nawet partner powie jej coś przykrego, moja adoracja skutecznie zamortyzuje każdą obelgę. Wystarczy bowiem, że podejdzie do okna, popatrzy w moje, wyłowi za firanką mój cień i przekona się, że jestem i czekam, a jej widok jest dla mnie zawsze pożądany i miły. I to upewni ją, że moje zainteresowanie musi wynikać z podziwu dla jej urody, tajemniczości, a może jakiejś niezwykłości z której sama nie zdaje sobie sprawy. Ale skoro tak długo to na mnie działa, musi być coś naprawdę intrygującego. Że z pewnością mi się podoba, że jej pragnę fizycznie, a może nawet w niej się kocham? W tym wypadku nie gra roli, że jestem od niej dwa razy starszy, bo co innego poderwać napalonego młodziana, który z góry wiadomo czego chce, a co innego starszego, statecznego mężczyznę, który mając w życiu wiele kobiet potrafi ocenić i wybrać to co uzna za najlepsze. Poza tym jeśli ktoś taki nie stara się nachalnie dobierać do kobiety, olśnić ją majątkiem, kusić błyskotkami i atrakcyjnym, orientalnym wyjazdem lecz decyduje się na adorację z daleka, musi chyba dostrzegać w niej coś więcej, niż tylko ciało. Może jest niemodnie romantyczny, co przecież także ma swój urok. Szczególnie w czasach cielesnej obcesowości, braku skrupułów i przeceny uczucia. A chyba najbardziej pociąga ją całkowita bezinteresowność mojego afektu, bo skoro przez okres kilku lat o nic jej nie prosiłem i nie proszę, zapewne wystarcza mi jej widok oraz świadomość, że jest i że jutro znowu pokaże się na balkonie.  

Dla mnie ważne było, iż mimo wieku i siwych włosów i pomarszczonej twarzy wciąż jeszcze jestem w stanie zainteresować młodą, atrakcyjną kobietę; że nie zamieniając z nią ani słowa  potrafię wywołać w niej ciepłe uczucie czegoś więcej, niż tylko zwyczajnej, ludzkiej życzliwości.

Chociaż prawdą jest, iż wszystko zaczęło się od zafascynowania jej ciałem. Lubiłem patrzeć na jej zgrabnie wymodelowane biodra i talię, długą, zmysłową szyję – chyba świadomie czesała się w kok – i magnetyzujące, sprężyste piersi. Lubiłem wyobrażać sobie, że widzę ją nagą i gotową do oddania mi się. Taką jaką wiele razy widziałem we snach, wyciskającą ze mnie nadmiar namiętności. Pamiętam jak bardzo chciałem dotykać jej skóry, którą widziałem z bliska podczas letniego spaceru. Szła przede mną, a ja patrzyłem na jej tańczące biodra, gładkie, sprężyste uda i miałem wielką ochotę pogładzić jej ciało. Jej skóra wydawała mi się aksamitna i delikatna jak spodnia część liścia iwy lub końskie chrapy. A nawiasem mówiąc, zawsze podziwiałem skórę młodej kobiety, jej wyjątkową gładkość i kolor, który w malarskiej palecie powinien nosić właśnie taką nazwę – kolor skóry młodej kobiety. Tak jak jest czerń, biel, ugr lub ultramaryna, powinien być także kolor skóry młodej kobiety. Ale jeśli mam być szczery, moja analiza dotyczyła spraw znacznie bardziej intymnych. I tak idąc za nią i rejestrując zmysłowy ruch jej ud wyobrażałem sobie jak wygląda jej krocze. Z doświadczenia wiedziałem bowiem, że wbrew powszechnemu poglądowi ten damski detal potrafi znacznie się  różnić. W przypadku Julii wyobraziłem sobie, że jej dolina ma podłużny kształt liścia wierzby, a konkretnie iwy, której spód pokryty jest miękkim, aksamitnym meszkiem będącym dla mnie synonimem maksymalnej delikatności. Bo z pewnością nie mogła mieć krocza podobnego kształtem do ziarna kawy lub eliptycznej, ciętej od góry bułki, którą z powodu kształtu nazywano babską. Coś takiego nie mogłoby się zmieścić między jej kształtnymi, wysmukłymi, ciasno sklepionymi udami. Biorąc więc pod uwagę budowę anatomiczną, jej słodki organ musiał być w kształcie bardziej subtelny, wysmukły i otwierający się z powściągliwością godną rozwijającego płatki storczyka.

Największy problem miałem z uporaniem się z wyrzutami sumienia, bo zdawałem sobie sprawę, że snując takie mrzonki jestem nie fair wobec Anny. W końcu te moje, związane z Julią fantazje oscylują wokół psychicznej zdrady, a może nawet wypełniają dyspozycje czynu opisanego w VI przykazaniu. Co prawda rozgrzeszałem się argumentem, że to tylko moja bujna wyobraźnia, potrzeba psychicznego rozluźniania i urozmaicenia monotonii codziennej rzeczywistości, a do fizycznej finalizacji tych emocjonalno - erotycznych fantasmagorii nigdy bym się nie posunął. Poza tym – to argument stricte psychologiczny – każdy normalny człowiek skazany jest na jakieś życie wewnętrzne, które zazwyczaj nie mieści się granicach nawet szeroko pojmowanej przyzwoitości. A już szczególnie tej interpretowanej subiektywnie i z uwzględnieniem własnego interesu. Może to śmieszne, ale przez dwie trzecie naszego małżeńskiego stażu wydawało mi się, że znam Annę tak dobrze, że mógłbym przewidzieć niemal każą jej reakcję, że mógłbym w jej zastępstwie skomentować każde wydarzenie, a nawet posłużyć się tym samym gestem. Byłem pewien,  że mamy taki sam gust, tak samo oglądamy rzeczywistość, a ewentualne drobne różnice  zdań wynikają nie z odmiennego rozumienia jej istoty i oceny sytuacji, lecz raczej z różnic temperamentów. Nigdy nie wątpiłem w wierność Anny i nigdy nie przyszło mi do głowy, że mógłby jej podobać się  inny mężczyzn, a nawet że mogłaby go pragnąć. Byłem przekonany, że nasze małżeństwo tak szczelnie oddzieliło nas od czasu sprzed bycia razem, że do wnętrza naszej wzajemności nikt nie może się przedostać i że skazani jesteśmy na wyłączność w każdym wymiarze. Byłem pewien, że między nami nie stoi nikt, bo oboje tak szczelnie wypełniamy nasz dom – pojęcie to traktuje metaforycznie, bo obejmuje cały obszar wspólnego życia – że nikt inny się w nim nie mieści. Oczywiście poza synem, który był jego częścią. Aby wytłumaczyć się z tej naiwności powiem tylko, że wcale nie musiałem się do niej przekonywać. Po okresie podejrzliwej zazdrości zasiała się we mnie dziwna pewność totalnej wzajemności. Wydawało mi się, że tak naprawdę mamy jedne oczy, jedne usta i uszy; że chodzimy tymi samymi drogami, potykamy się o te same przeszkody, w tym samym momencie jesteśmy głodni i senni, o tej samej porze budzimy się. I oczywiście w tych samych momentach chcemy się kochać. Z tego pięknego snu nie obudziły mnie nawet wspomnienia Anny, w których pojawiały się cienie moich poprzedników. I chociaż ona wytarła z mojej pamięci wszystkie swoje poprzedniczki – prawdę mówiąc miałem problemy z przypomnieniem sobie ich imion – zaakceptowałem fakt, iż w drodze do mnie spotykała innych mężczyzn. Złudzeń pozbawiło mnie dopiero zachwianie fizycznej męskości, które fatalnie zbiegło się z odszukaniem przez Annę mojego bezpośredniego poprzednika, powaga z jaką żona traktowała ich korespondencję, złocenie jego postaci w trakcie naszych rozmów, a nawet snucie planów spotkania. Wszystko to podziałało na mnie jak przebudzenie z narkozy. Nagle pojąłem, że wraz z Anną jesteśmy zbiorem posiadającym jedynie cześć wspólnych elementów, ale pozostałe egzystują poza granicą wspólnoty. Że mamy prawo do różnego patrzenia na świat, autonomicznych pragnień i marzeń. Uświadomienie sobie tego faktu było bardzo przykre, a zaakceptowanie długie i bolesne. Najboleśniejsze była jednak uzmysłowienie sobie, że odtąd nic już nie będzie tak, jak było.  Że nie ma już jednego gustu, jednych oczu, ust i uszku, że co prawda idziemy jedną droga, ale niekoniecznie trzymamy się tej samej strony, a jeszcze rzadziej trzymamy się za ręce. A nawet, że zdarza nam się mówić różnymi językami, mieć różne pragnienia, różnie oceniać przeszłość i mieć różne wizje przyszłości.

I nagle poczułem się cholernie samotny.

I właśnie wtedy zjawiła się Julia stając się niejako źródłem świeżej naiwności, która zastąpiła mi tamto utracone złudzenie. Czasem wydaje mi się, że gdyby nie ona, pewnie nie wytrzymałbym ciśnienia samotności i znalazł sobie inna kobietę - rzeczywistą i cielesną, która być może stałaby się kolejnym punktem granicznym. Moje psychiczne zaangażowanie w stosunku do Julii pozwoliło na dystans do wspomnieniowych obsesji Anny i – niechętną – akceptację podwójności. I chociaż trudna przyszłość przyczyniła się do spłycenia dzielącego nas rowu, przecież najbardziej przysłużyła nam się Julia absorbując i kanalizując moje emocje. Dlatego bardzo jestem rad, że ten związek wciąż trwa.

Najdziwniejsze jest jednak, że ten oparty na enigmatycznych podstawach związek okazał się zadziwiająco trwały. Mijały lata, zmienialiśmy się zewnętrznie, ale wciąż byliśmy sobie potrzebni. A może nawet bardziej? Bo nie trzeba było wielkiej przenikliwości, aby zauważyć, że z czasem coraz częściej oczekujemy od siebie pomocy. Na podstawie częstotliwości wychodzenia Julii na balkon z łatwością jestem w stanie odgadnąć aktualny klimat ich związku. Im bardziej napięta atmosfera, tym częściej wychodzi na balkon i patrząc w moje okna oczekuje psychicznego wsparcia. A ja długo stojąc w oknie wpatruje się w nią jak w obraz i telepatycznie usiłuje dodać jej otuchy. Nie wiem na ile jest to pomoc skuteczna, ale wyraźnie wyczuwam płynące od niej życzliwe fluidy. A kiedy przy kolejnym wyjściu na balkon widzę dyskretny uśmiech na jej twarzy, nie mam wątpliwości, ze działam na nią terapeutycznie. Zresztą podobnie jak ona na mnie.

Nawiasem mówiąc nie jest to związek jedynie na odległość, bo raz zdarzyło nam się zamienić kilka słów, chociaż może równie dobrze można byłoby uznać, że rozmowy tej nie było. Stało się to pewnego czerwcowego popołudnia, podczas codziennego spaceru nad Wisłę kiedy jak zwykle przycupnąłem na ostatniej ławce bulwaru i zamknąwszy oczy wystawiłem twarz do słońca, najpierw usłyszałem szum rowerowych opon, a potem jakiś damski głos powiedział do mnie dzień dobry. Kiedy otworzyłem oczy Julia była już w odległości kilkunastu metrów, a potem zatrzymała rower i usiadła na nieodległej ławce pod rozłożystą, płacząca wierzbą. Postanowiłem wykorzystać okazję, podszedłem, usiadłem obok i zagadnąłem. Ale rozmowa się nie kleiła. Zapewne nie dlatego, że nie mieliśmy sobie nic do powiedzenia, ale dlatego, że  nie wiedzieliśmy jak zacząć. Po kilku nieporadnych słowach zapanowało milczenie, najpierw krępujące, a potem wręcz przyjemne.

  Kiedy retrospektywnie analizuję to nasze zdalne, pokrewieństwo, dochodzę do wniosku, że emocjonalnie chyba znacznie bardziej wzbogacały mnie kobiety, których nie miałem łóżkowo, a te z którymi sypiałem dłużej zazwyczaj wręcz nużyły. Być może świadczy to o moim emocjonalnym ubóstwie, ale zazwyczaj dość szybko syciłem się wdziękami, a zbytnia powolność i bierność partnerki sprawiały, że stawałem się kapryśny i nieczuły. Bo jakoś tak się działo, iż najczęściej trafiałem na kobiety nieskomplikowane, prymitywnie słodkie i dysponujące przede wszystkim ciałem. A może zresztą to ja nie potrafiłem wydobyć z nich czegoś więcej poza prozaicznym aktem kopulacji? Być może one były tak samo zdegustowane i wcale im nie zależało na wykazaniu inwencji? Może mój związek z Julią kleiło owo milczące niedopowiedzenie, ów pojemny dystans pokonywany jedynie oczami i wyobraźnią; ten teoretyczny, bo nie sprawdzony doświadczeniem idealizm, może naiwny i utopijny ale dający nadzieje na istnienie bezkolizyjnego wymiaru, w którym wystarczy dobra wola.  Była dla mnie imaginacją, ujściem niespełnionych tęsknot, enigmatycznym, ale niezbędnym dodatkiem poprawiającym smak tej codziennej papki, która przeżuwana od lat wywołuje odruch wymiotny. Była haustem świeżego powietrza, stała się niezbędnym elementem przestrzeni i wspomnieniem  młodzieńczych egzaltacji z nieśmiałym uwodzeniem  spod przymkniętych powiek,  zwracaniem uwagi na swoje dobre strony i pozornie mimowolnym demonstrowaniem zainteresowania obecnością. Kiedy tak stała na tle otwartych balkonowych drzwi, zastygając w profilowej pozie, wydawała się okolonym ramami obrazem młodej kobiety. Była jak milczące Madonny Giotta i Duccia, potwierdzeniem zasady, że świętość i mądrość są zazwyczaj milczące. Było w niej coś z kobiet Modiglianiego oraz coś z rysunkowego portretu Francoise Gilot  Pabla Picasca; coś co sprawiało, że myślałem o niej słuchając „Jeziora łabędziego” Piotra Czajkowskiego i obsadzając nią rolę wrażliwych kobiet z dramatów Antoniego Czechowa.

Niewątpliwie jest mi bardzo potrzebna, a mam wrażenie, że ja jej też. Wydaje się, że ten nasz dziwny związek pomaga nam zachować równowagę psychiczną, dowartościowuje i pozwala na zachowanie wiary w człowieka. Oboje stanowimy pewien tajemniczy element ludzkiej psychiki szukającej dobrej, wiernej, filantropijnej obecności bez której wszystko staje się wątpliwe…

                                                               Jan Adam Borzęcki

Fragment przygotowywanej do druku powieści Mężczyzna który milczy. 

 

Pin It