Na taki benefis trzeba sobie zapracować

 

           Osiemdziesiąt pięć lat życia i czterdzieści pracy twórczej. Nie każdy człowiek tego dożyje i nie każdemu dane jest tyle lat tworzyć; z młodzieńczym zapałem i ciekawością świata. Mowa o Danieli Długosz-Pency, poetce z Prudnika. Dr nauk humanistycznych, która w zachodnie strony przywędrowała z Włoszczowy na chwilę i pozostała na zawsze? Choć tego nie mogę być pewny, może na setne urodziny przeprowadzi się w cieplejsze regiony Europy, bo świat dla Danieli nie jest obcy. Bywała w Azji, a kraje europejskie to już prawie u nas.

           Autorka dziesięciu książek poetyckich. Redaktor kilkunastu antologii, współpracownik czasopism. Całe życie w ruchu i całe życie z ludźmi. Od młodzieży ogólniaka po studium nauczycielskie. Matka chrzestna grupy poetów, których nazwiska coś znaczą na poetyckiej mapie Polski.

           Benefis dr Danieli Długosz-Pency animator kultury, pedagoga przebiegał pod znakiem jej najnowszego tomu wierszy Tylko zdumienie – marzą mi się poezje zebrane poetki, a może już prace idą w tym kierunku? Spotkanie z autorką prowadzili: koleżanka po piórze i wychowanka Zofia Kulig z Klubu Ludzi Piszących  i dyrektor Prudnickiego Ośrodka Kultury  Ryszard Grajek, z humorem i aurą dostojeństwa.

           Sala pękała w szwach. Trzeba było otwierać kolejne segmenty, by pomieścić publiczność. Takiej frekwencji nie pamiętali najstarsi pracownicy placówki. Z władz lokalnych byli wszyscy. Dopisały media wojewódzkie, środowiska artystyczne i nauczycielskie. Ale co warte wytłuścić czcionką, dwaj uczniowie z lat 60-tych ze szkoły w Staszowie – Zdzisław Skowron i Stanisław Ratusznik. Uczciwie muszę powiedzieć, że pani profesor na tle uczniów wyglądała dużo młodziej od wychowanków.

           Nie zabrakło słów uznania w wystąpieniach krytyków literatury. Dokonano podsumowania dorobku literackiego Danieli Długosz-Pency. Przedstawiono jej życiorys. A wisienką na torcie było odsłonięcie tablicy pamiątkowej „Sala kameralna im. dr Danieli Długosz-Pency”. Jubilatce zakręciła się łza w oku. Kwiaty zajęły pół sceny. Był toast i ogromny tort.

           

 

Jerzy Stasiewicz

Pin It