Zdzisław Antolski

 

WSPOMNIENIE O JANUSZU GŁOWACKIM

 

antolski zdzislaw    19 sierpnia 2017 r. przeczytałem na portalach informacyjnych, że zmarł Janusz Głowacki, pisarz. Już w liceum im. Stefana Żeromskiego, zachęcony przez panią profesor Helenę Wolny, regularnie czytałem wszystkie wychodzące w Polsce literackie czasopisma, przede wszystkim tygodniki: „Życie Literackie”, „Kulturę”, „Współczesność” (ta ostatnia wkrótce, po lekturze przeze mnie kilku numerów, przestała się ukazywać). Z tygodnikami literackimi miałem do czynienia już w szkole podstawowej, a mianowicie w bibliotece szkolnej w Pełczyskach leżały całe roczniki pism „Nowa Kultura” i „Życie Literackie”. Ktoś z nauczycieli tej szkoły, w zapadłej miejscowości, był takim światłym polonistą, że je prenumerował i zbierał. Nie mam pojęcia, kto, poprzednim kierownikiem był pan Tadeusz Bartosik, później pracował w Nieprowicach i Złotej.

Jacek Bocheński - ŻYCIE

 

Jacek BocheńskiKoniec odtwarzania. Rusza blog na żywo. Co się odtworzyło, to się odtworzyło, co nie, to nie. Latają mi jeszcze w pamięci oderwane zdania zapisane na dysku, który się tajemniczo wyzerował. Lata na przykład takie zdanie o profesorze: gdyby zrezygnował z wyjazdu i chciał powierzyć odczytanie swojej laudacji innej osobie w jego imieniu, nie musiałby nawet prosić córki o zastępstwo. Zupełnie odpowiednim zastępcą mógł być jakiś kolega-profesor, który na Galę do Katowic jechał.

Krystyna Habrat

 

KANIKUŁA  I SPRAWY WAŻNE

 

 Znowu upał. Trudno oddychać.

 I tak dzień za dniem. Już nie cieszy piękna, słoneczna pogoda.  Lecz wystarczy schować się gdzieś w cieniu drzew i można rozkosznie radować się życiem.

  Tylko nic się nie chce. Ani coś robić. Ani czytać. Chyba za gorąco na podejmowanie działań. A jednak podczas urlopu, gdy część z nas pozostawała w ogrodzie, bujając się leniwie na huśtawce, dziarska młódź z rozwichrzonymi czuprynami, a niekiedy w wieku zaawansowanym, bo bez czupryny,  wychodziła co rano z plecakami w góry. Jedni z linami do wspinaczki, inni na treningi. Powracali wieczorem i z wielkim apetytem pałaszowali łazanki lub  ryż z jabłkami na późną kolację.

Jacek Bocheński - Skajp

 

Jacek BocheńskiKomentuje Dorota na Facebooku, ale nie epizod Tadeusza Nowakowskiego z Frӓulein . Komentuje swoją rozmowę z ojcem w moim ujęciu. „Tylko chuchnięcie w słuchawkę się nie zgadza: myśmy rozmawiali przez coś w rodzaju skajpa, a więc nie tylko słysząc, ale i widząc się codziennie. I przesyłaliśmy sobie całuski chuchnięciem w ekran komputera".

Oczywiście, nie trzymali nic przy uchu. Mówiły do nich laptopy. Słuchawka to anachronizm. Jeszcze jedno pomieszanie czasów, które muszę skorygować. A czytelników bardzo proszę o współpracę. Musimy skorygować, chciałem powiedzieć, ja i czytelnicy, opis i pamięć wieczornej rozmowy ojca z córką. Inne wymiary, inna sytuacja obojga w przestrzeni, inna w ogóle obecność. Inne ciepło i przede wszystkim widok. Kto nigdy nie widział profesora, ma teraz okazję zobaczyć, co widzi Dorota na ekranie. Starszy człowiek z brodą. To widzi każdy już na pierwszy rzut oka, ale nawet Dorota, dla której ta broda musi być dobrą znajomą, patrzy na nią przez sekundę jak na niespodziankę. Broda ma związek z oczami profesora. Są inteligentne i figlarne, trochę jak ta broda. Ktoś mi już dawno powiedział: profesor Pisarek to profesor Filutek. Profesora Filutka wymyślił i rysował przez wiele lat humorysta Zbigniew Lengren w „Przekroju".

 

Krystyna Habrat 

 

PAMIĘTAJMY O WRAŻLIWYCH!

 

Zbieram się i zbieram, aby po raz kolejny napisać o ludziach wrażliwych. O tych, którzy są, jak się to mówi, solą ziemi, bo z takich wywodzi się najwięcej artystów, poetów, prozaików ale i idealistów oraz ... Tu urywam, bo każdy sobie dopowie, ile każdy wrażliwy obywatel wnosi do naszej kultury i życia społecznego.

Rzecz tylko w stopniu wrażliwości. Niektórzy są tak wysoce uwrażliwieni, że aż trudno im żyć. Czytam akurat (z przerwami) blisko tysiąc stron liczącą i prawie 2-kilogramową (1.880 g) księgę "1001 książek które musisz przeczytać" Petera Boxalla, a tam często jakiś autor zapada w końcu na chorobę psychiczną. Nie będę wymieniać tych, o który powszechnie się wie ani o tych mniej znanych. Przypomnę tylko, że geniusz artystyczny, literacki, naukowy opiera się na wzmożonej wrażliwości. Ta nadwrażliwość pozwala na znajdywanie pomysłów twórczych i rozwiązań zadaniowych częściej i to tam, gdzie przeciętni obywatele tego nie dostrzegają. Ale równocześnie nadwrażliwość graniczy czasem z psychozą. Dlatego tyle ostatnio wyznań znanych osób o ich depresji czy chorobie dwubiegunowej.

Jacek Bocheński - Odmienności


Jacek BocheńskiŚmierć z odtworzenia nie jest już taka jak ta, która przychodzi, kiedy przychodzi. Jest poprzedzona sobą. Ale tylko taka poprzedzona sobą może być w odtworzeniu prawdziwa, każda inna byłaby fałszem. Chcę w blogu uniknąć falsyfikatu.

Otóż w tamtym czasie autentycznym, nie odtworzonym, profesor Pisarek żył i pisał laudację. Były jeszcze trzy dni, kiedy oddychając, myśląc, kaszląc i nie dosypiając poświęcał się mnie. Ja tymczasem skupiałem się na pielęgnowaniu siebie, a właściwie na ostrożności w posługiwaniu się zagipsowaną ręką. Bo nie jest tak, żeby dłoni w gipsie nie można było do niczego użyć. Nie można nią zapiąć guzika ani chwycić łyżki czy widelca, ale da się wsunąć taką dłoń do rękawa, wciągnąć z pomocą drugiej koszulę przez głowę i da się nawet zrobić jajecznicę, i ustawić talerz przed sobą jak lis przed bocianem, i jeszcze potem nacisnąć klamkę i pchnąć drzwi. I wyjść z domu. To wszystko można. Częściowo to robiłem.

 

Piotr Wojciechowski

 

MORAWY ŚRODKOWE I ŚWIAT

 

wojciechowski Upojenie niemożnością ogarnięcia. Tak, powtarzam – upojenie niemożnością ogarnięcia, a co więcej – zachwyt nad nadmiarem połączony z zachwytem nad samą możliwością takiego zachwycania się, którego nie dotyka żadna wątpliwość, żaden sceptyczny uśmieszek. Przez kilka dni żyłem takimi uczuciami. Wrocławscy przyjaciele z lat dawnych zaprosili mnie na kameralny wypad na Środkowe Morawy. Po zeszłorocznej wspólnej wyprawie nad Bug ruszyliśmy w tym samym składzie. Woził nas elektronik zajmujący się antropologią i teorią ewolucji, na tylnym siedzeniu matematyk zajmujący się socjologią nauki i teorią negocjacji – ja, jako ten trzeci – obok kierowcy. Był zresztą i czwarty – Teodor Parnicki przemawiający głosami swojej powieści „I u możnych dziwny”. Książkę musiałem mieć jakąś ze sobą, bo do Wrocławia miałem dojechać pociągiem, także pociągiem wracać – jakże więc bez lektury. Wybór był trafny. Ta powieść Parnickiego jest światem przełomu szesnastego i siedemnastego wieku, światem fikcyjnym, a więc odsłaniającym podszewkę epoki. Parnicki interpretuje w niej domniemany sens historii prześwitujący przez zasłony chaosu i absurdu. Mam tu czas kontrreformacji, czas rozkwitu zakonu jezuitów opowiedziany przez jezuitów stworzonych przez Parnickiego. Listy, dialogi, intryga, która każe czytelnikowi iść przez ciemność po linie trzymanej z jednej strony przez sienkiewiczowskiego Jana Onufrego Zagłobę, a z drugiej przez schizmatyckiego patriarchę Konstantynopola. Już sama ta powieść dawała mi poczucie nadmiaru nie do ogarnięcia – dziesiątki ukrytych za inicjałami postaci, a każda zaprzecza swojej tożsamości, albo w beznadziejnym trudzie próbuje tę tożsamość odnaleźć. Świat misji jezuickich od Ameryki po Japonię, jezuici wśród kozaków dońskich szarpiących posiadłości tureckie nad Bosforem, jezuici konkurujący z kapucynami i posługujący się w tym celu Trzema Muszkieterami Aleksandra Dumasa. To wszystko w wielowarstwowej, chybotliwej konstrukcji kwestionującej literaturę, odsłaniającej granice literackości.