Jan Stanisław Smalewski

 

Pół na pół

 

Jan StępieńMalowałem kiedyś obrazy. Oglądając moje dzieła, ktoś z fachowców powiedział, że jestem pacykarz. Wiedziałem, że nie jestem profesjonalistą, uważałem się za amatora posiadającego takie właśnie hobby. Ale pacykarz? Sprawdziłem w słowniku, by upewnić się, że to określenie mnie obraża.

            Tandeciarz, szmirus, bazgracz… No nie?! – Pseudoartysta… Czy takim chcę pozostać? Nie chciałem. Chociaż przecież dotknięty palcem jakiejś tam muzy miałem swoje wizje artystyczne, chciałem je realizować, żyć w kolorowym świecie baśniowego malarstwa.

Krystyna Habrat

 

TĘSKNOTA  ZA KSIĄŻKAMI  Z  DZIECIŃSTWA

 

Krystyna Habrat  Dziś w TV znowu film o Patagonii. Oglądałam już fragment z flamingami, ale co najważniejsze wraz z nim powróciły mi wspomnienia z ulubionej w dzieciństwie książki Juliusza Verne'a: "Dzieci kapitana Granta", bo właśnie w Patagonii działa się akcja I tomu.

   Jak ja ją lubiłam! Przeżywałam bardzo poszukiwania, zaginionego w katastrofie statku, kapitana, prowadzone wzdłuż 37 równoleżnika, co podpowiadał list znaleziony w butelce, którą połknęła ryba. Szukali najpierw w Ameryce południowej, potem w Australii i wreszcie w Nowej Zelandii. Jakież ci poszukiwacze mieli przygody! To olbrzymi ptak porwał chłopca w górę, to wpadli w  ręce opryszków udających zacnych przewodników, to trafili do ludożerców i byli o krok od śmierci. Zresztą nie raz. I kiedy już ciarki przechodziły mi po plecach z lęku, czy się tym razem wywiną, wydarzało się coś, co wyrywało ich z   opresji. Czasem nawet  wiecznie roztargniony, niepraktyczny,  profesor geografii, Paganel, ratował ich dzięki swojej ogromnej wiedzy z geografii i nauk pokrewnych. A ileż ten  nader poważny uczony wnosił humoru! Właśnie poprzez kontrast jego sztywnej powagi ze śmiesznością wydarzeń, jakie powodował przez  roztargnienie.

Jacek Bocheński

 

Piwo

 

Jacek BocheńskiPolska. Wieś jest komórką macierzystą Polski. My wszyscy z tej komórki, koniec końców lub raczej początek początków. Usiadłem ze wszystkimi nami-Polakami tam, gdzie siadają we wsi mężczyźni po pracy i powrocie z miasta. Bo pracują przeważnie w mieście, we wsi mieszkają. W mieście nachodzili się po rusztowaniach i dachach. W dół lepiej nie patrzeć. Ci, którzy wyjątkowo pracują na wsi, dorywczo tylko, nawozili się ciągnikami i nawrzucali widłami siana. Z pola do przyczepy, z przyczepy do dmuchawy. Upierdolił się człowiek, kurwa. Ale szuka się takich. Robota jest. Ludzi do roboty, kurwa, nie ma.

Krystyna Habrat

 

WYMUSZONY PACIERZ

 

Krystyna Habrat Byłam raz przypadkowym świadkiem przykrej sceny. Wchodząc do sekretariatu pewnej szkoły, spotkałam znaną mi, starą nauczycielkę. Właśnie przeczytała na drzwiach imię i nazwisko sekretarki i bardzo się ucieszyła. Opowiedziała, że uczyła kiedyś jej dzieci i ta pani była bardzo miła.

  - Ona mi pomoże! szepnęła, otwierając drzwi.

  Weszłam za nią, bo też miałam sprawę i szybko tego pożałowałam. Sekretarka, co miała być tak miła, a znałam ją z innych okazji, że prawie taka była, choć bez przesady, tym razem okazała się chłodna. Roześmianą na powitanie nauczycielkę nie objęła ramionami, nawet   się nie uśmiechnęła. Nie kazała starej osobie usiąść. Owszem, wstała na jej widok i teraz patrzyła na przybyłą z góry.

Jacek Bocheński

 

Misja

 

Jacek BocheńskiRozglądam się za Duchem Bieluchem. To ten podarunek od Justyny, kredowy talizman, który spełni życzenie, ale tylko jedno. Taka była umowa z nim, zawarta wśród różnych słownych lub milczących porozumień i obietnic, gdy żegnaliśmy się z Justyną na Dworcu Autobusowym w Lublinie. Gdzie jest Duch Bieluch? Będę go potrzebował. Przez rok był tu zawsze naprzeciw mnie, przypięty, jak alpinista do haka w ścianie skalnej, do kluczyka małej biblioteczki w pokoju, gdzie pracuję. Dzień w dzień patrzyliśmy sobie w oczy, obaj z pewnym napięciem. On, powiernik Justyny, w oczekiwaniu jakiegoś mojego, być może, ambarasującego życzenia. Ja skupiony nad komputerem i biegiem zdarzeń, które same z siebie, w sposób naturalny nastąpią, albo może to tylko nad pełznięciem moich pustych słów po ekranie komputera, bo zdarzenia, prawdę mówiąc, nie nastąpiły.

Krzysztof Kwasiżur

 

Uprawa, czyli Donkiszoteria Stosowana – cz. 8

 

don kichot kwasizur black white Wiedzieliście, że słynny obraz "Dama z gronostajem" osiągnął wartość 300 mln euro? Może i obiło się to temu, czy owemu o uszy jako ciekawostka.
A wiecie co ją różni od "Damy z łasiczką"? Zwierzę na ramieniu?


No właśnie. Jest w dobrym tonie wiedzieć to i owo o sztuce, po to na przykład żeby nie zrobić z siebie kompletnego głupca w towarzystwie, ale nie wymaga się dziś od statystycznego Kowalskiego wiedzy dogłębnej. Inaczej niż sto lat temu, kiedy przedstawiciele inteligencji wiedzieli z jakiego utworu pochodzi cytat: "Achilla śpiewaj, Muzo, gniew obfity w szkody...", kto wykuł Dyskobola, czy  napisał "Damę Kameliową".
Można by się pokusić o analizę tematu: Jak taka powierzchowna wiedzą ma się do obniżenia poziomu poezji, ale nie trzeba wykonać wielkiej pracy umysłowej żeby stwierdzić/ że istnieje zależność. Artysta elokwentny, oczytany będzie potrafił stworzyć dzieła wielowymiarowe, trafiające do odbiorcy na kilku płaszczyznach  i poruszające kilka wątków. Nie sprawi mu to większego trudu, bo porusza się  w obrębie kilku sztuk i jest z nimi za pan brat. Nie mam tu na myśli jedynie kolaży, a wszelkie twory artystyczne, łączące wiele zdobyczy kultury wysokiej. Niech tu za przykład posłuży poeta z Drezdenka - ks. Jerzy Hajduga, który przy prezentacji swej twórczości wspomagał się fotografią Marii Kuczary. Ta współpraca obojgu wyszła na dobre. Podobnie funkcjonują dobre (zaznaczam – dobre!) montaże słowno-muzyczne. Na własnej skórze sprawdziłem; dobra muzyka nie wadzi wierszowi, nie przeszkadza w jego odbiorze, wręcz przeciwnie.

Jacek Bocheński

 

Przyjaźń

 

Jacek Bocheński Czy mogę być pana przyjacielem? - zapytał mnie przy stole trzynastoletni Aleks przekrzykując grupę chłopców i dziewczynek. Siedział wśród nich i jadł obiad. Rodzice, którzy dzieci nie biją, zafundowali im w celach wychowawczych dziesięciodniowe warsztaty teatralne na wsi pod kierunkiem doświadczonej instruktorki. Ona też ich nie bije, ale odbiera wszystkim smartfony i telefony komórkowe, po czym przez dziesięć dni pracuje z grupą nad przedstawieniem. Ostatniego dnia grają i wyjeżdżają ze wsi.