Leszek Żuliński

 

Proezja

 

         Poezja się prozaizuje.

         Być może wraca do źródeł. Przecież Iliada i Odyseja miały epicki timbr. Dopiero potem te wszystkie jutrzenki różanopalce wdzierać zaczęły się w jej język i uczyły, że może on się różnić od języka potocznego, także od języka traktatu czy eposu. Liryzacja języka postępowała szybko i już starożytność odkryła jej uroki. Potem, przez wiele wieków, liryka głównie pomnażała swe genotypy. Powstawały jej nowe gatunki, a niektóre, jak np. sonet, zaczęły się mienić wieloma odmianami. Wiadomo jednak, że „szablon” każdego gatunku opierał się na dwóch fundamentach: rymie i rytmie. Także na określonej wersyfikacji (np. stroficzność), melodyce (np. stopy akcentowe), dyktacie treści (np. elegia kontra madrygał, hymn kontra fraszka, epitalamium kontra epitafium czy rapsod) itp. Wszystko, dosłownie wszystko, od układu rymów po średniówkę dodawało liryce nowe odmiany i brzmienie. Mówiło się dawnymi czasami: „mowa wiązana”.

         W końcu przyszedł ten moment, kiedy okazało się, że można ją „rozwiązać”. Ale tu nie chodzi tylko o wiersz biały, także o wiersz „nieregularny”, czyli rezygnujący z pojęcia „metrum”, niesylabotoniczny i oddany w dyspozycję dowolnego zapisu wersyfikacyjnego.

         Oznaki wyraźnego synkretyzmu zaczęły pojawiać się dość dawno temu; znamy przecież przykłady starożytnego eposu, ale w Romantyzmie pojawiły się utwory Scotta czy Byrona, które zyskały miano „powieści poetyckiej”. W naszej literaturze popełnili takowe dzieła Mickiewicz, Słowacki, Malczewski, Goszczyński... Wciąż jednak te utwory przynależą bardziej do liryki niż epiki. Wielkim nimb osiągnęły też epopeje narodowe. „Epickość liryki” tym samym torowała sobie miejsce w literaturze. Chodziło tu jednak gównie o szczególną „narrację utworów”, która nadal pozostawała mową wiązaną, skodyfikowaną wersyfikacyjnie. Także graficznie – bo wiersz tradycyjny to szczególny rodzaj zapisu. Wiersz od prozy można odróżnić przecież bez czytania, wystarczy „rzucić okiem”. I ta akurat cecha pozostała niezmienna do dziś (choć liczne są też przykłady zapisywania wiersza w metrum prozatorskim; wtedy „substancja językowa” decyduje, z jakim utworem mamy do czynienia).

         W którymś momencie zrodziło się pojęcie „wiersza wolnego”. Czym on się specyfikuje? Cytuję – żeby już nie grzebać w uczonych księgach – za Wikipedią (naszą nową „matką mądrości”): długość wersów nie jest jednakowa, intonacja wierszowa zamiast składniowej (stąd często stosowana przerzutnia), fazy intonacyjne pokrywają się ze składniowymi, często rezygnacja z podziału na strofy (wiersze wolne często są wierszami stychicznymi), nie jest też wymogiem stosowanie rymów (stąd też są to najczęściej wiersze bezrymowe)...”.

         Do tej ostatniej uwagi dodam od siebie, że rym odchodzi już na dobre do lamusa. Jest najwyraźniejszym symptomem tradycjonalizmu, z którym kolejne „roczniki wstępujące” nie chcą się utożsamiać. Często napisanie wiersza rymowanego uchodzi nawet za „obciach”. Ta tendencja narasta.

         Ostatnim bastionem wiersza rymowanego był modernizm. U nas po Młodej Polsce wierni mu jeszcze byli Skamandryci i szeroko pojmowani postskamandryci. Naturalna wielopokoleniowość poezji powodowała koegzystencję wiersza regularnego i nieregularnego, a szala tego ostatniego zaczęła się przechylać na jego korzyść mniej więcej na przełomie lat 50-tych i 60-tych XX wieku. Bardzo przekonującym przykładem byli przedstawiciele pierwszej i drugiej awangardy przedwojennej, chociażby Przyboś, ale także Różewicz. To w zasadzie nie my, ale pokolenie naszych ojców urodzonych i często debiutujących przed wojną wprowadziło do poezji polskiej wiersz nieregularny. Do pewnego czasu istniało jednak „przyzwolenie” na oba te rodzaje dykcji poetyckiej. Np. Przyboś (rocznik 1901) był promotorem debiutu Tadeusza Urgacza (rocznik 1926) w krakowskim „Odrodzeniu”, ale to Urgacz do końca życia pozostał wierny wierszowi sylabotonicznemu i rymowanemu. Po wojnie zaczęły debiutować młodsze roczniki, z którymi jednak kojarzy się już tylko „wiersz nowoczesny”, ale „tradycjonaliści” bezkonfliktowo koegzystowali z „nowatorami” (takimi np. jak Bursa czy Poświatowska).

         Moim zdaniem pojawienie się szerokiej rzeszy autorów „nowego wiersza” przypisać należy Orientacji Poetyckiej „Hybrydy”. To po niej miary wiersza tradycyjnego zaczęły w sposób widoczny się kurczyć. Gąsiorowski, Górzański, Justynowicz, Kawiński, Miłobędzka, Różański, Waśkiewicz, Żernicki i grupa rozsypanych po Polsce kilkudziesięciu innych poetów wprowadziła „nowy paradygmat” liryki. Obok nich mieliśmy tak osobliwych twórców, jak Białoszewski czy Karpowicz, czy tak nieszablonowych, jak Dróżdż czy Partum. I „neoklasyków” w rodzaju Herberta, którzy jednak też nie byli tradycjonalistami. A nestorzy tacy, jak Miłosz czy Różewicz pisali coraz nowsze swoje utwory, niepodobne do tych z okresu ich młodości.

         Poezja zaczęła brzmieć inaczej.

         Do tego etapu królowała jedna perła czyniąca poezję liryką. To była Metafora. Waliły się metra, konstrukcje i narracje wiersza, ale metafora była nadal Królową Języka. Zmieniały się „modele i formuły” (określenie Andrzeja K. Waśkiewicza), ale one nie uśmiercały liryzmu, cokolwiek byśmy pod tym określeniem rozumieli.

         Jak jednak wiadomo rok 1968 był asumptem do kolejnej zmiany dykcji i „ideologii”. Powstała krakowska grupa „Teraz” (Barańczak, Karasek, Kornhauser, Kronhold, Krynicki, Zagajewski i inni), która wniosła program „mówienia wprost”. Jej spór z Orientacją był ewidentny: zanegowali ci poeci „estetyczny walor poezjowania” na rzecz modelu „interwencyjnego”. To był gorący okres polityczny, konstytuowała się opozycja literacka i nowofalowcy zaczęli pisać wiersze-barykady, „poezję odmowy”, poezję krytyki i buntu. Dlatego po raz kolejny poezja Wielkiej Metafory została zanegowana „mówieniem wprost”. Poezja „egzystencjalna” – „poezją polityczną”. Myślę, że to był kolejny krok w stronę poezji, o której mam tu pisać. Acz należy wspomnieć, że w późniejszych latach wielu poetów krakowskiej grupy (zwłaszcza Krynicki i Zagajewski) powróciło od spraw doraźnych do uniwersalnych. Mieli oni zresztą adwersarzy w gdańskiej grupie „Wspólność” (Selim Chazbijewicz, Anna Czekanowicz, Andrzej Grzyb, Zbigniew Joachimiak, Jerzy H. Kamrowski, Bożena Ptak, Władysław Zawistowski, Waldemar J. Ziemnicki). Inny ważny poeta tamtego okresu z Gdańska to Antoni Pawlak, ale jemu jakby było bliżej do „Nowej Fali” niż do „Nowej Prywatności”, bo tak nazywał się program grupy „Wspólność”, która bardziej sprzyjała ideałom Orientacji niż „Nowej Fali”. Tak więc toczyła się dosyć bogata „dyskusja na wiersze i programy”, czyli o czym i jakim językiem ma mówić poezja lat 70-tych.

         Po co ten długi wstęp i meandry moje na temat ewolucji języka? Bo to, co powyżej, udaje się jeszcze opisać w kategoriach programów pokoleniowych i języków, które ewoluowały jako akceptacja lub zanegowanie poprzednich.

*

         Nowa, kolejna zmiana warty zaczęła dorastać do pisania i druku w latach 80-tych. Nią emocje językowe czy polityczne już tak bardzo nie władały, raczej starała się zrozumieć chaos aksjologiczny i kulturowy, jaki zapanował po transformacji. Najpierw była kpina i bunt post-hippiesowki, ale szybko refleksja egzystencjalna zaczęła w tej nowej, kolejnej poezji dominować.

         Teraz, z perspektywy trzech minionych dekad, zadajmy sobie pytanie, co się stało w nowej poezji? Poezji rodzącej się w końcu w nowej, zmienionej ustrojowo i geopolitycznie Polsce.

         Otóż w ostatnich dwóch dekadach (1990-2010) nastąpił wyraźny zanik grup programowych. Grup nieustannie jest wiele, ale mają one raczej charakter towarzyski, „socjotechniczny”, a nie ideowy. Dla przykładu: poznańska poetka, Łucja Dudzińska, powołała do życia grupę „Na krechę”, która skupia około 70 autorów porozrzucanych po całej Polsce. Geografia tego środowiska jest więc porównywalna do niegdysiejszej Orientacji, lecz jego program nie istnieje. Każdy pisze, jak chce. Podobne „loże” skupiają się wokół konkretnych a licznych internetowych witryn poetyckich.

         Ideowa analiza dorobku ich autorów wydaje się na razie niemożliwa. Ale możliwy jest ogląd języka poetyckiego. I tu znajdziemy wszystko – większy lub mniejszy tradycjonalizm, większy lub mniejszy awangardyzm. Skala „liryzmu” też jest różna – od ewidentnie rzucającego się w oczy po szczątkowy.

         I dopiero teraz chcę nawiązać do tytułu tego szkicu, do „proezji”.

         Otóż coraz częściej czytamy wiersze pozbawione tych „klimatów” i tych „liryzmów”, które wiersz czyniły „poetyckim”. Niby nic nowego, jeśli chociażby przypomnimy sobie wiersz Andrzeja Bursy pt. Pantofelek:

       Dzieci są milsze od dorosłych

       zwierzęta są milsze od dzieci

       mówisz że rozumując w ten sposób

       muszę dojść do twierdzenia

       że najmilszy jest mi pierwotniak pantofelek

       no to co

       milszy mi jest pantofelek

       od ciebie ty skurwysynie.

         To przecież wiersz w zasadzie pozbawiony całkowicie tropów poetyckich. Wiersz oparty wyłącznie na koncepcie. Znakomicie możemy go sobie wyobrazić jako fragment prozatorskiego dialogu w jakiejś powieści.

         Bursa jednak nie znał teorii „mówienia wprost”, pisał nawet tak unisone utwory, jak Luiza, młodzi poeci natomiast, jeśli nawet też tej teorii nie znają, to dobrze osłuchani są z tą techniką przekazu.

         Poeci bardziej świadomi tego, o czym tu piszę, świadomie odrzucają „poetyckość”. Nie znajdziemy w ich wierszach metafory ani innych figur retorycznych przynależnych poezji. Jest komunikat, czasami „fabuła”, jest – oczywiście – przesłanie, ale nie ma w coraz większej liczbie wierszy tej aury językowej, która lirykę specyfikowała. Nie ma tego „zdziwienia się” słowem ani zaskoczenia skojarzeniami, które olśniewały nas swą „okrężną” wymową i ekspresją wiersza.

         Innymi słowy – powtarzam – poezja się prozaizuje.

         Po pierwsze, niemal powszechnie zmienił się „zapis” wiersza. Powtarzam: zanika nie tylko rym, ale też stroficzność, sylabotonizm i gatunkowe specyfikacje. Zmniejszają się różnice między językiem komunikacji codziennej i powszechnej a osobnym językiem poezji. Atrofii ulega „poetyckie sacrum języka”, jego „nadzwyczajność” i liczne „obszary semantyczne”, jakie stwarzał na „jednorazowy użytek”. Już nie mówiąc o „pisaniu obrazem”, o całej tej imaginacji i wizyjności poetyckiej, symbolice czy „mgiełce metafizycznej”. Tym samym z powodu dosłowności proezji – być może – zanikają możliwości interpretacji czytelniczej. Wiersz sprozaizowany jest – siłą rzeczy – bardziej dosłowny i w mniejszym stopniu pozostaje „dziełem otwartym”.

         Tu konieczne jest zastrzeżenie: o prozodii wiersza nie decyduje forma jego zapisu. Rezygnacja z tradycyjnej wersyfikacji nie powoduje, że wiersz traci swą przynależność do rodzaju liryki. Dla przykładu utwór Małgorzaty Lebdy pt. Tafla (z tomiku Granice lasu):

         jeśli wspominam o tafli to przychodzą mi do głowy jej długie ciemne

         włosy i gładkie pokryte piegami plecy a także krzyżowanie się świateł

         poranka odbijających się od wszystkich wyobrażeń i igieł asparagusa                                                                                                  jeszcze

         nie potrafię pisać o jej chorobie o zanikaniu roślin jeszcze odwracam

         wzrok szukając wyjścia z tego chłodu

         W takim „sprozaizowanym bloku” jest ten wiersz napisany i – moim zdaniem w prozę się nie zmienia, pozostając wierszem.

         Inny przykład: oto wiersz młodej poetki, Barbary Klickiej pt. Warunek: Nuć mnie i kołysz. Dwie struny – zakładki na lędźwie i znak zapytania. Noc na oddziale, / kiedy – przyznaję – byłeś jedyną nitką, cienką skórką, na której trzyma się strup. // Myślałam, że odjęło mi nogi: dwa serca, dwie wyraźne radości, że w pojemnikach na / końcach węży, które ze mnie rosły, zbieram się. Morfino – nie miałam z tobą przyjemności. // Mówię o przyznawaniu. Przyznaję – tamto krzesło trwale zmienia znaki. Kładłam się, / chociaż wciąż leżałam i wtedy kładłeś się ze mną jak w pachnące sanie. A teraz powiedz: // co to za szczęście, które potrzebuje / noża w plecach i wyschniętej rzeki?

         Proszę zauważyć: materia językowa tego wiersza, jej paraboliczność, metaforyczność i obrazowość, mieszczą się w „normach”, z jakimi jesteśmy już osłuchani. Ale fraza zapisu „udaje prozę”. I taki model zapisu spotkamy coraz częściej; dawne metra przestają obowiązywać, wiersz może swoją formą zbliżać się do prozy. Pozostaje wierszem, lecz dawnymi czasy żaden autor nie szukałby, nie stosowałby takiego zapisu, czyli aż tak szerokiej frazy.

         A teraz inny wiersz (bez tytułu) autorstwa Agaty Suchockiej, który cytuję w formie oryginalnej:

                   pierogi jedli wszyscy

                   dyskretnie ocierając tłuszcz z kącików ust

                   wcześniej także zgadzali się ze sobą

                   był sprawiedliwy

                   był prawy

                   był wspaniały

 

                   zapomnieli że czasem nie oddawał długów

                   że lubił sobie popić i grzmotnąć żonę

                   (ale nie za mocno – tak na odlew)

                   że miał kochankę na boku i darł się na dzieci

                   gdy weszły przed ekran telewizora

                   (a on akurat oglądał mecz)

 

                   nie zapomnimy cię Stefan!

                   krzyczeli znad talerzy

                   ale jedyne co będą pamiętać gdy wytrzeźwieją

                   to fakt że na stypie

                   pierogi jedli wszyscy

         Wiersz ten, jak łatwo zauważyć, to „relacja ze stypy”. Absolutnie prozatorska! Nie znajdziemy tu żadnych tropów poetyckich. I ani śladu „liryzowania”. Nawet najmniejszej metafory! Fakt, że ten utwór jest wierszem wynika wyłącznie ze specyficznej wersyfikacji. Tak więc wersyfikacja poetycka przestała być rezerwowana dla poezji. Otworzyła się na każdą „narrację literacką”. Można takie zjawiska uznać za swoisty neosynkretyzm.

         Zdarza się coraz częściej, że mamy na tym polu do czynienia z utworami o wiele bardziej znaczącymi literacko i intelektualnie. Oto fragment sławnego Faetona (wydanego w roku 1988, wznowionego przez Instytut Mikołowski w roku 2006) Witolda Wirpszy. Poematu, który ma konstrukcję rozbitą na wersy, tu cytowaną przeze mnie w zapisie linearnym, zaznaczającym jednak cezury międzywersowe: 1. Przypadek pierwszy: płonie / Miasto; okalająca je natomiast / Puszcza zamienia się w lód. / 2. Rzeczywiste centrum miasta / Znajduje się zawsze tam, gdzie / Rozpoczął się i skąd rozprzestrzenił / Się pożar, i to niezależnie od / Układu ludnościowego, geometrycznego, / Gospodarczego lub innego. / 3. Okalająca miasto puszcza nie / Ma samoistnego centrum; jest / Bowiem kolistym pasmem wokół / Miasta, ograniczonym od wnętrza, / Nieograniczonym od zewnątrz. / Teoretycznie centrum takiej puszczy / Jest brak puszczy, tj. coś innego / Niż puszcza: a więc procesy / Zachodzące w puszczy nigdy nie / Rozpoczynają się w centrum i / Obojętne, gdzie się rozpoczynają. / Mogą rozpocząć się wszędzie, a / Także jednocześnie wszędzie.

         U Wirpszy znajdziemy sporo takiej dykcji. Pisywał prozę, ale z biegiem lat także jego poezja była pisana coraz częściej takim językiem, jaki obrazuje powyższy cytat. Język ten śmiało można określić jako skrajnie sprozaizowany. Można by także taki model poezji nazwać „eseistycznym”. Wcześniej zdarzało się to w traktatach, jednak one starały się pozostawać „poetyckimi”. Z biegiem lat to staranie przestawało obowiązywać.

         Z drugiej strony wszelki rygor „mowy wiązanej” rozpadł się raz na zawsze. Widziałem taki eksperyment. Na „lekcji poetyckiej” w liceum uczennica wybrała z tomiku Mirki Szychowiak pt. człap story pierwszy wers jednego z wierszy i kolejne wersy dodawała z wierszy następnych. Ułożyła się z tego zabiegu ciekawa kompilacja, powstał mianowicie następujący tekst:

                   Pytasz mnie w liście, jak trzeba pisać wiersze.

                   Analfabetyzm przestał mnie krępować, odkąd widzę,

                   Mówię. Jednak to nie ja.

                   Kiedyś przychodzi taki moment, niektórzy mówią

                   Jestem pewien – pokazujesz palcem, nazywasz.

                   Od szyi w dół robię się bez wyrazu.

                   To był największy pies na świecie.

                   I znowu u mnie stan wyjątkowy, no, niedobrze.

                   Ostatniej nocy byłam martwą szamanką.

                   Mówiłam sobie: żyj ostrożniej...

         Ten eksperyment to spora ciekawostka. Wnikliwy czytelnik znajdzie tu niespójności i niekonsekwencje różnego typu, ale mniej wnikliwy potraktować może ten „utwór” jako oryginalny. Jego prozodia, jeśli „mętnawa”, to jednak mieści się w konwencji poezji współczesnej. Bo w ogóle im więcej prozy, tym więcej dowolności niż w wierszu tradycyjnym. „Przejrzystość semantyczna” może być mniej rygorystycznie oczekiwana czy traktowana. W skrajnych przypadkach mówimy: bełkot, w mniej skrajnych: dopuszczalna struktura językowa. To jest kolejna cecha proezji – jej dowolność w doborze słów, znaczeń, szyfrów i przesłań. Jej cecha „dzieła otwartego” aż do granic nie skrępowanych wyrazistą logiką przesłania.

         I przykład ostatni. Poniżej fragment tomiku Beaty P. Klary pt. De-klaracje (2012):

W filmie Prawie jak żywe – My fake baby można zobaczyć kobiety,

dla których lalki są sensem życia. Nikt nie dał im wcześniej takiego

zadowolenia. Gdyby żyły w średniowieczu, musiałyby się ukrywać,

bo spalono by je na stosie. Tulenie lalek to rytuał białych                                                                                                               czarownic.

 

W święta przed muzeum ustawia się kolejka. Sięga aż na ulicę. Nie

tylko turyści i goście. Większość stanowią tutejsze kobiety. Wiele

spośród nich przychodzi wielokrotnie, by być bliżej prawdziwego

piękna. Zebrane reborny są jak hostia świątyni.

Modlą się do nich. Do twarzy przypominających dzieci noszone

w łonach. Teraz łona są puste i wózki też. Zostały tylko odrodzone.

         Notabene w następnym tomiku Beaty P. Klary, zatytułowanym Misterium solitera (czekającym na wydanie, gdy to piszę), mamy do czynienia z podobną techniką narracji. Można, czytając taki zapis, odnieść wrażenie, że jest to np. fragment jakiegoś reportażu prasowego. Ale nie jest. Obie te książki nie pozostawiają wątpliwości, że są książkami poetyckimi. Jednak taka wersyfikacja, jak powyższa, byłaby nietypowa dla typowej prozy. Zbyt często także natrafiamy na język, który nosi „cechy liryczne”, ale można się spierać, na ile to „liryzm” wystarczający. Jedno jest pewne: swoiste metrum zapisu, oszczędność środków tradycyjnej ekspresji, spore „odmetaforyzowanie” przekazu to zabiegi, które między taką poezją a tradycyjną stawiają wiele znaków zapytania. Ale jednak sporu nie ma: wszystkie powyższe przykłady są definiowalne jako książki poetyckie. Wniosek jest jeden: zmienia się w poezji frekwencyjność obowiązujących do niedawna tropów poetyckich. Taka poezja, jak powyższa, „stoi okrakiem” między nową a starą dykcją i technikami zapisu. Powtarzam po raz kolejny: w dobie szalejącego synkretyzmu przestaje to dziwić. W czasach post-klasycznych upadły kryteria genotypów literackich. Wszystko jest poezja, jak chciał pewien znany poeta...

         Niechaj nam tych pięć przykładów wystarczy. Można by ich znaleźć już setki. W różnych wariantach i synkretycznych natężeniach. W gruncie rzeczy nie ma w tym żadnej sensacji. Skoro istnieje od dawna „proza poetycka”, to dlaczego nie może istnieć „poezja prozatorska”? W ogóle nie byłoby powodu o tym pisać, gdyby nie fakt, że zjawisko się nasila i wymyślony przeze mnie termin „proezja” ma szansę przejść do słownika terminów literackich.

         Dodam tylko banał: nic nie bierze się z niczego. Nadeszła epoka totalnego awangardyzmu. Nowa odsłona walki romantyzmu z klasycyzmem. Poszukiwanie nowego paradygmatu. Tradycyjny „liryzm” nie pasuje zaś do nowej rzeczywistości – pragmatycznej, stechnicyzowanej, zdemitologizowanej, coraz bardziej „komunikatywnej” i postrzeganej „dosłownie”.

         Czy poezja przestanie być poezją? To nam nie grozi. No, może nam tak, ale nie naszym dzieciom, wychowanym w „biocenozie nowego języka”, który dla nich będzie czymś oczywistym i od którego zaczną uciekać, jeśli zechcą być nowatorami własnego Nowego Czasu i własnego Nowego Głosu. Ta ewolucja nie ma końca! Bywa tylko mniej lub bardziej rewolucyjna w różnych okresach.

Pin It