Teresa Rudowicz

 

Kalisz literacki (2)

 

 

            „Noce i dnie” Marii Dąbrowskiej to saga rodzinna. Autorka opisała w niej swoich rodziców, rodzeństwo, bliskich i dalszych krewnych, wreszcie służbę i chłopów folwarcznych. Opisanie wszystkich powieściowych postaci złożyłoby się na pokaźnych rozmiarów książkę, wymienię więc tylko te osoby, które są bohaterami mniej więcej pierwszoplanowymi.

Zacznę od Bogumiła Niechcica, nie bez powodu. To postać, którą sama autorka zdaje się darzyć szczególnymi względami. Już początkowa charakterystyka Bogumiła usposabia do niego przyjaźnie i jakoś tak swojsko: „Wszystko od stóp do głowy było w nim sympatyczne. Patrząc na jego twarz spoglądało się niby w czysty przestronny dziedziniec wiodący do bezpiecznego domu. Wystarczyło go ujrzeć, aby być dobrze usposobionym nie tylko do jego osoby, lecz w ogóle do życia”.

Pod postacią Bogumiła Niechcica kryje się ojciec pisarki, Józef Szumski.

Zebranie informacji o pochodzeniu ojca sprawiło Dąbrowskiej trochę trudności. On sam niechętnie wspominał młodość. Pisarka czerpała więc wiedzę o rodzinie ojca z opowieści swojej matki i brata Józefa – Franciszka Szumskiego.

Józef Szumski urodził się 11 kwietnia 1844r w Zielonej k. Kuczborka. Był drugim dzieckiem Teofila Szumskiego i Florentyny z Sułkowskich Szumskiej. Uczęszczał do szkoły w Żurominie, a następnie do gimnazjum w Mławie.

Fakty dotyczące udziału Józefa Szumskiego w powstaniu styczniowym przytoczone na kartach „Nocy i dni” są prawdą, jak również to, że w potyczce pod Kuczborkiem został ranny bagnetem w pierś. Ślad po ranie nosił do końca życia.

W powieści Bogumił Niechcic opowiada swoje dzieje Ksawuni Woynarowskiej: „Cóż stąd, że byłem w powstaniu? Wiesz ile wtedy miałem lat? Piętnaście. Majątek nam zabrali, ojca wywieźli, matka wyjechała za nim. Ja zostałem u jednych bogatych krewnych (...) Przyszło mi do głowy iść do wojska. Myślałem, że mnie powiodą gdzieś ku Syberii, w te strony, gdzie był mój ojciec. A mnie tymczasem kazali służyć w Warszawie. Zacząłem z nudy hulać. Przyszło raz do awantury z moim dowódcą, z którym się spotkałem w ordynarnej tancbudzie. Wyrżnąłem wtedy tego majora wazą ponczu w łeb. Groził mi sąd wojenny, tak, że zaraz, prosto z tej sali przyjaciele powieźli mnie saniami w świat. Dostałem się za granicę, a tam tak jakoś wszystko poszło, żem popadł w nędzę, w poniewierkę. W Kotbus budowałem nasyp kolejowy, we Frankfurcie nad Menem sprzedawałem pieczone kasztany. Byłem tragarzem i górnikiem, pracowałem u fotografa i fryzjera, trwało to lata, lata... Wreszcie spotkałem raz damę. Poznała moje losy i tak mnie jakoś zaklęła, bym się dobywał z dna. Napisała list do jednego właściciela różnych majątków swojego krewnego. U tego krewnego zacząwszy prawie od parobka, doszedłem do stanowiska zarządcy wielkiego folwarku. Tam nauczyłem się wszystkiego, co umiem. To było w Czechach, a stamtąd dostałem się w poznańskie. I na koniec po latach tak się złożyło, że można było wrócić”.

Kiedy wybuchło powstanie, Józef Szumski miał lat 19, sam zgłosił się do walki. Brał udział w bitwach w okolicach Mławy, dostał się też do niewoli pruskiej. Po ogłoszeniu amnestii powrócił do kraju. Wkrótce też, już jako poborowy żołnierz, wstąpił do Aleksandryjskiego Pułku Huzarów. Spokojny żywot nie był mu jednak pisany. Znieważony przez rosyjskiego oficera w afekcie dopuścił się rękoczynu. Aby uniknąć sądu, z pomocą przyjaciół opuszcza Królestwo i ucieka w głąb Niemiec. Przebywa w różnych miejscach i chwyta się różnych zajęć. W poznańskim był rzeczywiście w majątku rodziny Jackowskich w Bielicach.

Po latach tułaczki powrócił do Kuczborka i objął funkcję zarządcy majątku Kisielnickich. Tu poznał swoją przyszłą żonę Ludomirę Gałczyńską, która przyjeżdżała w te strony na wakacje do krewnych – Rzymowskich.

Ludomira Gałczyńska, pierwowzór Barbary Niechcicowej, urodziła się 11 listopada 1856 roku w Gawronach pod Łęczycą. Była najmłodszym dzieckiem Feliksa i Józefy z Majewskich Gałczyńskich. Rodzice Ludomiry często zmieniali miejsca zamieszkania: Gawrony, Lorenki pod Zgierzem, Piotrków.

Kiedy 31 maja 1861 roku rażony piorunem ginie Feliks Gałczyński, Józefa, z pięciorgiem dzieci postanawia przenieść się do Kalisza. Ewa Korzeniewska tak pisze o tym fakcie: „Maria Dąbrowska w «Dziennikach» z dnia 09 grudnia 1925 roku pisała: «Po śmierci dziadka i stracie wszystkich folwarków babcia mieszkała w Piotrkowie, ale tam były tylko cztery klasy, więc dla kształcenia dzieci przeniosła się do Kalisza. Tam mieszkała z córkami na Chmielniku, na poddaszu, jeden pokój z przepierzeniem. Nędza»”.

Ludomira Gałczyńska i Józef Szumski zawarli związek małżeński w lutym 1884 roku w Warszawie.

Po śmierci dwóch synów, Adama i Janka, 6 listopada 1889 roku przychodzi na świat kolejne dziecko Szumskich – córka Maria. Metryka chrztu sporządzona przez księdza Augustyna Gajkowskiego ówczesnego proboszcza w Tykadłowie, brzmi: „Działo się we wsi Tykadłów 7 kwietnia 1890 roku o godzinie dziewiątej po południu. Stawił się osobiście Józef Szumski lat 45 i przedstawił dziecię płci żeńskiej urodzone we wsi Russew 6 listopada 1889 r. o godzinie 8 rano z prawowitej małżonki Ludomiry z Gałczyńskich lat 33. Dziecku nadano imiona Maria, Kazimiera, a rodzicami chrzestnymi byli Kazimierz Waliszewski, mieszkający w Paryżu, i Marianna Gałczyńska mieszkająca w Kaliszu”.

W roku 1891 rodzina Szumskich powiększa się o kolejną córkę, Helenę, w 1894 na świat przychodzi Jadwiga, w 1895 Stanisław, a w 1896 Bogumił.

Spokojny żywot w Russowie w roku 1911 przerywa sprzedaż majątku za plecami Józefa Szumskiego.

Szumscy przenoszą się do Poklękowa, ale jeszcze w tym samym roku podejmują decyzję o sprzedaży majątku. Nowym nabywcą majątku zostaje Józef Durajczyk. Pogarsza się również stan zdrowia Szumskiego.

Ostatnim miejscem wspólnego pobytu Ludomiry i Józefa Szumskich były Wojsławice pod Błaszkami. Tu właśnie w lutym 1912 roku umiera Józef Szumski. Zostaje pochowany na cmentarzu w Chlewie.

Maria Dąbrowska w uzupełnieniu do „Dzienników” (Kalisz 1923) pisała: „Pewnego dnia pojechaliśmy do wsi Chlewo, naszej przed wojną parafii, gdzie pochowany był mój ojciec. Cmentarza nie poznałam. Był niegdyś pełny starych drzew i krzewów dzikiej róży. Nowy proboszcz kazał wyciąć wszystkie drzewa na jakąś parafialną budowlę. Biedota w okresie wojny porozbierała płoty. Mogiła ojca, dawniej osłonięta pięknymi akacjami, znajdowała się teraz na smutnym pustkowiu. Nic już na to nie mogliśmy poradzić. Posadziliśmy dookoła kamienia przywiezione rośliny, opłaciliśmy w parafii reperacje ogrodzenia i opiekę nad tą mogiłą. Staliśmy długo nad szarym granitem, postanowiliśmy, że jak warunki nasze na to pozwolą, da się nową płytę i doda się w napisie «Powstaniec z 1863 roku»”. Nie wykonaliśmy jednak nigdy, niestety, owego postanowienia”.

Po śmierci Józefa Szumskiego Ludomira sprzedała majątek i przeniosła się do Kalisza. Zamieszkała w domu przy ulicy Wrocławskiej, gdzie przebywała do wybuchu pierwszej wojny. Maria Dąbrowska przyjechała wówczas do matki. Po straszliwym bombardowaniu i pożarze miasta zdecydowały się na ucieczkę do Warszawy. Fakt ten, autorka „Nocy i dni” odnotowała w opowiadaniu „Rzemiennym dyszlem” wchodzącym w skład zbioru „Pisma rozproszone”.

„Noce i dnie” są jedyną powieścią w dorobku pisarskim Marii Dąbrowskiej, w której zawarta jest tak duża ilość faktów biograficznych dotyczących rodziny pisarki, szczególnie ze strony matki.

Ewa Korzeniewska w książce pt. „Maria Dąbrowska. Kronika życia”, pisze: „Maria Dąbrowska obdarzyła członków swojej rodziny raptularzykami z prośbą o zapisywanie materiałów i przeżyć – były to «materiały literackie» wykorzystywane w twórczości”.

Brat Ludomiry Szumskiej, Włodzimierz Gałczyński, na stałe mieszkający w Rosji, przed śmiercią, w roku 1899, napisał „Genealogię mojej rodziny”. Ten dokumencik stał się źródłem wiedzy Marii Dąbrowskiej o rodzinie matki.

Włodzimierz Gałczyński stał się pierwowzorem Juliana Ostrzeńskiego z Petersburga, a wspomniana wyżej genealogia występuje na kartach powieści: „Gdy pani Barbara wyjmowała z półki książkę, na podłogę wypadł z poza niej zeszyt w ceratowej okładce. Podniosła go i zobaczyła, że był to pamiętnik Juliana Ostrzeńskiego. (...) Pismo było bardzo wyraźne, prawie kaligraficzne i zaczynało się w następujące słowa: «Kreślę ten pobieżny rys genealogiczny naszej rodziny dla wiadomości dzieci Daniela Ostrzeńskiego, Teresy Kociełłowej i Barbary Niechciciowej»”.

         W roku 1925 Maria Dąbrowska zwróciła się do matki z prośbą, aby „wiernie i szczegółowo spisała wspomnienia z czasów swojej młodości”. Matka sięgnęła pamięcią aż do 1868 r. i spisała dzieje swojej młodości do czasu zamieszkania w Russowie, tzn. do końca 1888 r. Pamiętniczek ten ma 32 strony, na odwrocie jego okładki Maria Dąbrowska napisała „To jest źródło «Nocy i dni». Spisany dla mnie w 1925 r. Pamiętniczek mojej matki”.

Cennym źródłem wiedzy o matce były też listy Ludomiry Szumskiej (w większości pisane w Warszawie, gdzie Ludomira pobierała nauki kroju i szycia w magazynie mód J. Kuchnke) do siostry Julii i jej dwóch córek, Stelli i Marii.

W „Dziennikach” Marii Dąbrowskiej, pod datą 25 maja 1918 r., jest też następujący zapis: „Marysia daje mi do przeczytania listy z młodości Mamusi, pisane w latach 1881-84 do jej matki, a mamusinej siostry, Julii z Gałczyńskich Leszczyńskiej. Boże, gdzie się podziała ta moc poezji, to odnajdywanie piękna wszędzie i we wszystkim, to patrzenie na życie pod kątem kpin, wesołości i entuzjazmu. Jakim zachwycającym stworzeniem była moja matka. Czytałam te listy płacząc”.

Marianna i Bronisław Gałczyńscy są pierwowzorami Michaliny i Daniela Ostrzeńskich. On jest nauczycielem przyrody i geografii w Kaliskiej Szkole Realnej. Jak każdy naukowiec nie potrafi przepychać się przez życie i zapewnić odpowiednich warunków materialnych żonie i pięciu synom. Dlatego Marianna musi wziąć sprawy w swoje ręce. Czynna, aktywna, przedsiębiorcza, znana z szerokiej działalności społecznej. Dba również o interesy swojej rodziny. Otwiera w Kaliszu sklep pod nazwą Bazar Szkolny, który wkrótce stanie się bezkonkurencyjny w mieście. Zajmuje się również przewożeniem przez granicę działaczy politycznych. Jej siostra, Emilia Bohowiczowa (powieściowa Stefania Holszańska), to spiritus movens życia kulturalnego w mieście. Gałczyńscy i Bohowiczowie to kulturalna elita dziewiętnastowiecznego Kalisza. To właśnie dom Gałczyńskich gromadził wybitnych przedstawicieli inteligencji kaliskiej.

Urodzona w 1857 roku Marianna była wielką działaczką Towarzystwa Dobroczynności, brała udział w kwestach, organizowała i reżyserowała przedstawienia amatorskie. Niejednokrotnie też, narażając własną rodzinę, przewoziła przez granicę działaczy politycznych. Jednym z nich był Wacław Sieroszewski. Fakt ten jest odnotowany w „Nocach i dniach”.

W czasie pierwszej wojny, po ucieczce z bombardowanego Kalisza, znalazła się w Finlandii, później w Petersburgu, nadal prowadząc działalność społeczną. Zmarła w 1930 roku w Piasecznie i tam została pochowana.

Bronisław Gałczyński, powieściowy Daniel Ostrzeński, urodzony w 1846 roku, był najstarszym bratem Ludomiry Szumskiej. Uczył przyrody i geografii w kaliskich szkołach. Organizował i reżyserował przedstawienia teatru amatorskiego, był także autorem podręcznika do geografii dla klasy III w języku rosyjskim oraz inicjatorem cyklu odczytów popularnonaukowych, głównie na tematy przyrodnicze.

Niechcicowie mają troje dzieci. Najstarsza, Agnieszka, ma bardzo dużo cech Marii Dąbrowskiej. Wiele faktów z życia pisarki staje się również udziałem Agnieszki; nauka na pensji w Kaliszu, udział w strajku szkolnym w rządowym gimnazjum, studia przyrodnicze w Lozannie, wreszcie miłość i małżeństwo z ideowcem, zapalonym rewolucjonistą.

Tomaszek przypomina młodszego brata Dąbrowskiej – Stanisława. Urodzony w 1895 roku Stanisław ukończył siedem klas Szkoły Handlowej, a następnie Akademię Rolniczą w Lipsku. Służył w 4 pułku ułanów, kilkakrotnie ranny w wojnie 1920 r. został przeniesiony do rezerwy w stopniu kaprala. Po zawarciu związku małżeńskiego z chłopką, Władysławą Bugajską, w 1926 roku osiadł na wsi i pracował jako nauczyciel. Po przejściu na emeryturę kupił niewielkie gospodarstwo najpierw w Międzyborowie, a następnie w Mariampolu koło Żyrardowa. Zmarł na tężec w 1943 roku.

         Powieściowy Kaliniec to wiernie i drobiazgowo przedstawiony Kalisz. Jak wiernie i jak drobiazgowo pozwolę sobie pokazać na kilku, zaledwie kilku, przykładach.

 

Moda

 

         Kalisz pod względem mody nie ustępował stolicom europejskim. Miastowe elegantki śledziły światowe nowinki o obowiązujących w danym sezonie trendach. W „Nocach i dniach” wielką entuzjastką modowych nowinek jest Michalina Ostrzeńska. To do niej właśnie przebywająca w Warszawie na nauce krawiectwa Barbara pisze listy z opisami „najodpowiedniejszych w danym sezonie ubiorów, czarnych ze złotem atłasów, błękitnych sukien z żółtymi adamaszkowymi stanikami, modnych ciemnoszafirowych aksamitów oraz najbardziej noszonych w Paryżu kostiumów koloru «wydra»”.

Modna kobieta przełomu XIX i XX wieku musiała uchodzić za starszą niż była w istocie. Prawdziwą młodość skrzętnie ukrywano za pomocą krawieckich sztuczek. Andrzej Banach w książce „Historia pięknej kobiety” pisze: „Na fotografiach z roku 1900 dziewczęta osiemnastoletnie, ustrojone w boa, w koronkowe żaboty, w kapelusze z zeschniętym ogródkiem, podpierają się laseczką z kokardą. Cel osiągnęły, wyglądają jak panie po sześćdziesiątce”.

Modny był wtedy strój trzyczęściowy, a więc bluzki ozdobione obficie koronkami i pliskami z bardzo szerokim wyłożeniem, proste spódniczki rozszerzane do dołu i żakiety. Szyję zakrywano obrożami z pereł, szmizetkami lub po męsku wysokimi kołnierzykami. Bardzo rygorystycznie obowiązywał gorset. Dominowały materiały ciężkie: plusze, welury aplikowane wstążkami z ciemnego aksamitu. Uzupełnieniem był kapelusz koniecznie z bardzo szerokim rondem. Tak właśnie wystrojoną widzimy powracającą do domu Michalinę: „Kiedy znaleźli się w sieni, zobaczyli na szczycie schodów panią Michalinę, odzianą w aksamit i w «rembrandtowski» kapelusz ze strusim piórem, rozległa i wyniosłą jak bazylika”.

Na nogach, obowiązkowo – czarne, bawełniane pończochy w paski i wysokie, zapinane na guziki, ostro zakończone obuwie.

Elegantki kaliskie z przełomu XIX i XX wieku miały w mieście bogaty wybór strojów. Lokalna prasa z tego okresu wyraźnie ukazuje duże zainteresowanie sprawami mody, jak również pozwala zorientować się, jakie obowiązywały wówczas kolory, materiały, skąd czerpano pomysły i inspiracje. Sklep z materiałami E. Sendlera, mieszczący się w Hotelu Polskim poleca na sezon wiosenno letni w 1901 r. jedwabie, grenadyny, fulary, alpagi, batysty, zefiry, etaminy czarne i kolorowe w wielkim wyborze i po bardzo przystępnych cenach.

W celu nadania kreacji bardziej eleganckiego charakteru można było wyhaftować sobie jakiś wzór lub zlecić wykonanie tej pracy zawodowej hafciarce. Swoje usługi polecała niejaka pani W. Polaska, oferując wykonanie w swojej pracowni przy ulicy Kanonickiej wszelkich haftów złotem i jedwabiem.

Na bardziej uroczyste okazje obowiązywała suknia jedwabna. Pani Barbara Niechcic otrzymawszy zaproszenie na ślub swej siostrzenicy Oktawii, postanawia zamówić sobie w Kaliszu „swoją pierwszą jedwabną suknię od czasu, gdy otrzymała była taką jedną od Teresy, wkrótce po ślubie”.

W tej materii wybór był ogromny. W „Gazecie Kaliskiej” można odnaleźć bardzo dużo ogłoszeń o istniejących bądź też nowopowstających zakładach krawieckich. Swoje pracownie sukien i okryć damskich polecają między innymi: M. Rein przy ulicy Browarnej, M. Kieszczyńska w Alei Józefiny, J. Kubiak w Nowym Rynku, M. Stasiniewska przy ulicy Mariańskiej, która reklamując swoją pracownię poleca jednocześnie „fasony z najnowszych paryskich żurnali”. Magazyn Mód państwa H. I J. Gaj mieścił się na Placu św. Józefa, na tym samym placu znajdował się również magazyn damskich kapeluszy. Duża liczba ogłoszeń w kaliskiej prasie o pracowniach krawieckich we Wrocławiu, pozwala sądzić, że bardziej zamożne kaliszanki jeździły po kreacje właśnie tam, a nawet do znacznie odleglejszego Berlina, gdzie Zakłady Krawieckie Władysława Berkana realizowały zamówienia w przeciągu jednej doby.

O tym, jak duże było zainteresowanie w Kaliszu sprawami mody świadczy artykuł zamieszczony w „Gazecie Kaliskiej” z lipca 1901. Oto jego fragment: „Ostatnią nowością tualetową w Paryżu jest obuwie malowane. Dotąd malowano tylko parasolki, bluzki, wstążki i inne przedmioty tualetowe. Teraz prześlicznie wyglądają takie trzewiki malowane, a pomysł do nich dała sama moda, wprowadzając w użycie, zamiast czarnego lub żółtego, obuwie białe i jasno popielate. Na białych trzewiczkach skórzanych czarująco wyglądają małe bukieciki fiołków, oddzielne kwiatki lub listki. Ślicznie także wygląda płowy trzewik z wymalowanym koloru brązu medalionem wielkości talara, przedstawiającym główkę kobiecą w stylu nowym. Wieniec różyczek polnych otacza medalion tak, że główka wyłania się spośród kwiatów. Na trzewiku popielatym ze skóry sarniej zachwycająco odbijają smukłe gałązki ognistego kwiecia granatu, jakby świeżo zerwane. Nazwisko malarza, gdzieś z boku zamieszczone nadaje istotną wartość malowidłu”.

Obowiązujący gorset można było zamówić u pani Teodozji Markiewicz, która „otworzywszy w Kaliszu pracownię gorsetów podług fasonów paryskich, wiedeńskich i warszawskich ma zaszczyt polecić się Szanownym Paniom miasta Kalisza”. Dalej dodaje jeszcze: „Wyrabiam gorsety rozmaitych systemów i formatów, począwszy od najwykwintniejszych. Dla Pań poważniejszych i słabowitych wyrabiam bardzo wygodne, używane za granicą «leniuszki»”.

Niezbędne dodatki takie jak: parasolka, rękawiczki, damski krawacik itp. Polecał między innymi oddział drobnej galanterii pani M. Paschek mieszczący się przy ulicy Kanonickiej lub handel galanteryjny A. Makowskiego w Rynku Głównym.

 

Do wód

 

Uzdrowiskowe miejscowości cieszyły się dużą popularnością. Kaliszanie, oczywiście ci bardziej zamożni, jeździli do wód na kurację. Najbliżej grodu nad Prosną położony jest Ciechocinek i to właśnie tam chce się wybrać pani Barbara z dziećmi (otrzymawszy spadek po radcy Joachimie) „żeby nie miały wiecznie zajętych migdałów”.

Z Ciechocinka również, tuż po otwarciu sezonu dnia 7 czerwca 1901 roku, korespondent „Gazety Kaliskiej donosi”: „Tegoroczne lato zapowiada się pod względem frekwencji doskonale, a pod innemi względami pozostawi gościom miłe wspomnienia. Zarząd przez czas wiosny energicznie pracował i wewnętrzne urządzenie mieszkań zakładowych doprowadzone zostało nie tylko do wzorowego porządku, ale i do pewnej wytworności, lekarze zwiedzają wille i kontrolują, aby i tam wszystko odpowiadało wymaganiom higieny, odnowiono łazienki, rozszerzono i ozdobiono park, który też jest jednym z najpiękniejszych parków w miejscowościach kąpielowych. Zjazd jest dość liczny, bo lista kuracjuszów dochodzi do 2000”.

Ponadto w lokalnej prasie występują reklamy innych, znanych do dzisiaj uzdrowisk jak na przykład: Busko Zdrój, Szczawnica, Nałęczów, Kudowa czy bardziej odległy Iwonicz. Ówczesny kierownik zakładu zdrojowo-kąpielowego w Iwoniczu, doktor Klemens Dębicki, tak zachwala uzdrowisko: „Położenie górskie 410 m. n. p. m. Dookoła lasy szpilkowe. Kąpiele słono-jodowe, borowinowe, igliwiowe, zimne, hydroterapia, masaż, gimnastyka. Czterech lekarzy udziela porady lekarskiej. Sezon od 20 maja do końca września. Świadectwa ubóstwa uwzględnia się tylko w I i III sezonach, w których mieszkanie jest tańsze o 30%”.

Kto nie chciał lub nie mógł skorzystać z wyjazdu do miejscowości uzdrowiskowych miał do dyspozycji modne wówczas zakłady wodolecznicze, w położonym znacznie bliżej Wrocławiu i Poznaniu. W kaliskim parku również znajdował się zakład przyrodoleczniczy oferujący kąpiele wodne, mineralne, tlenowe, świetlne, masaże ręczne i wibracyjne. Swoje usługi, pracujący w nim lekarze oferowali przez cały rok.

 

Prasa

 

         Następczynią „Kaliszanina” stała się „Gazeta kaliska”. Ukazywała się od 1893 roku, początkowo dwa razy w tygodniu (w środy i w soboty), a od 1898 przekształciła się w dziennik. Jej redaktorem naczelnym, a później również wydawcą był Józef Radwan, znany kaliski adwokat, działacz kulturalny, założyciel i długoletni prezes Kaliskiego Towarzystwa Wioślarskiego.

         Na łamach tej gazety pisywała swoje artykuły Emilia Bohowiczowa. Była to wielka działaczka kulturalna, inicjatorka wielu ważnych przedsięwzięć. Po nagłej przerwie w ukazywaniu się „Kaliszanina” zabiegała o utworzenie w mieście gazety codziennej. Pisywała również do prasy warszawskiej o ważniejszych wydarzeniach w Kaliszu, głównie związanych z akcjami na cele dobroczynne.          Maria Dąbrowska pisze:„Pani Holszańska brała jeszcze udział w życiu literackim (...) Pisywała o miejscowych stosunkach do pism warszawskich. Właśnie w jednym z nich ukazała się jej rzecz i pani Stefania pokazała to pani Barbarze zapytując: – Czytałaś? – Była to notatka drukowana petitem i zdająca sprawę z odbytego w nadprośniańskim grodzie przedstawienia amatorskiego na kolonie letnie”.

Kaliski dziennik miał charakter informacyjno anonsowy, nie brakowało w nim jednak miejsca na sprawy społeczne i kulturalne, świadczy o tym chociażby numer z 8 grudnia 1900 roku w całości poświęcony Henrykowi Sienkiewiczowi z okazji 25-lecia jego pracy literackiej.

Dużo miejsca zajmowały ogłoszenia. Z nich to właśnie dowiadujemy się, że ojciec Marii Dąbrowskiej – Józef Szumski poszukuje wykwalifikowanego ogrodnika, który chciałby w majątku Russów pod Kaliszem wydzierżawić na kilka lat sad owocowy z ogrodem warzywnym, jak również i tego, że w tym samym majątku nabyto wyrywarkę do buraków z fabryki Maszyn Narzędzi Rolniczych, Odlewów Mosiężnych i Warsztatów mechanicznych Gustawa Michael w Kaliszu.

Na łamach „Gazety Kaliskiej” debiutowała również młoda Maria Szumska. Ona sama pisze o tym, w opowiadaniu „Jak zostałam pisarzem”, niestety te numery kaliskiego czasopisma zaginęły. W „Gazecie Kaliskiej” z lipca i sierpnia 1910 roku są trzy artykuły Marii Szumskiej z Wystawy Powszechnej w Brukseli. Przebywająca wówczas na belgijskim uniwersytecie Maria opisała: dział francuski na wystawie wszechświatowej, szkolnictwo niemieckie na wystawie wszechświatowej i sekcję angielską na wystawie wszechświatowej.

 

Kawiarnie, restauracje

 

W dziedzinie gastronomii Kalisz mógł się poszczycić eleganckimi lokalami utrzymanymi na najwyższym poziomie, zarówno pod względem jakości podawanych potraw, jak i różnorodności menu.

W „Domowych progach”, które były pierwszą wersją „Nocy i dni”, Maria Dąbrowska tak oto opisuje dom, w którym mieszkali Marianna i Bronisław Gałczyńscy. „Minęli bramę, nad którą wisiał oświetlony już gazowym palnikiem szyld z napisem: «Teatr letni w ogródku. Restauracja pierwszego rzędu A. Wylengi». Co dzień orkiestra damska i atrakcje artystyczne. Z prawej strony podwórza, na które weszli, kołatały i chrzęściły luźno warsztaty małej żydowskiej fabryki haftów czynnej i przy niedzieli. Z lewej strony w niskiej stajni przeznaczonej dla przyjezdnych ze wsi stąpały głucho konie. Na środku podwórza ktoś zaprzęgał do bryczki. Obok płynęły z szumem przez rynsztok wylane gdzieś na piętrze brudy (...) Pośród kilkunastu olbrzymich drzew, zwanych sielankowo „ogródkiem”, paliła się już lampa gazowa, a w głębi poza drzewami świeciło się niewyraźne żółte światło i słychać było histeryczny kobiecy śpiew”.

Opisany budynek to kamienica przy Alei Józefiny (dziś Aleja Wolności 17), a lokal to restauracja Ignacego Wypiszczyka otwarta 2 maja 1894 roku. Działał w niej Teatr Variete, znany z codziennych występów śpiewaków i śpiewaczek, niekoniecznie krajowych. Jak ważny musiał być to lokal, skoro po latach pisze o nim także inny pisarz, Stefan Otwinowski, w powieści pt. „Życie trwa cztery dni”: „Podwórze było długie, szczerbate – przypominało ulicę: najpierw dwie duże oficyny, mała elektrownia, po przeciwnej stronie kino, za elektrownią znowu oficyna, stajnie, warsztaty, zamykał podwórze ogród. W ogrodzie znajdowała się restauracja i teatrzyk”.

         Teren, na którym mieściła się restauracja Wypiszczyka, należał do właścicieli kamienicy, zamożnej rodziny Jedwabów, znanych kaliskich Żydów. Ich syn, Henryk, urodzony w 1918 roku, też bardzo dobrze zapamiętał ten lokal. Podczas swojej wizyty w Kaliszu w maju 2002 roku opowiadał: „Na posiadłości naszej była też knajpa Wypiszczyka z kabaretem i bardzo przystojnymi tancerkami. Chętnie obserwowałem je przez okno, były to w okresie dojrzewania tak zwane «nauki specjalne»”.

         Najbardziej drobiazgowo jednak opisany został przez Marię Dąbrowską inny kaliski lokal. Była to najbardziej ekskluzywna cukiernia w mieście, mieszcząca się w rynku pod nr10, a należąca do Aleksandra Schauba (w powieści Kleszcza): „ Ciastka rozpościerały się tu przez całą długość pokoju, piętrzyły się stosami na szklanych blatach, na fajansowych gerydonach, piętrzyły się same na sobie, leżały wszędzie po kątach na wielkich prosto z pieca wyjętych blachach. Śliwkowy placek pachniał spieczonym miąższem węgierek, spomiędzy suchych płatków francuskiego ciasta wyciskał się tam gesty, żółty krem, tu – marmolada z jabłek, mokre ciastka tortowe pachniały rumem, na ponczowych babkach lśniła czekoladowa polewa, błogie zapachy masła, cukru i czekolady nasycały powietrze...”.

         Tuż przy wejściu do parku miał swój lokal E. Waehner. Była to cukiernia i restauracja lubiana przez Kaliszan ze względu na swoje położenie i dobre ciastka. Sam właściciel na łamach „Gazety Kaliskiej” tak zachwala swoją restaurację: „Cukiernia i restauracja Parkowa E. Waehnera urządziła kilka gabinetów. Poleca obiady, kolacje i potrawy a la carte w każdej porze dnia oraz świeży kawior astrachański, pasztet strassbuski, homary, skumbrie, różne zimne przekąski, trunki krajowe i zagraniczne, czekoladki, cukry i cukierki w ozdobnych bombonierkach i pudełkach”.

         Męska część kaliszan chętnie przebywała w winiarni Peschkego, mieszczącej się przy ulicy Mariańskiej. Lokal ten był też ulubionym miejscem Lucjana Kociełła. Tutaj można było pograć w karty i napić się dobrego wina. „W sklepionej izbie zwanej „kątkiem”, zbierała się lepsza część kalinieckiego męskiego towarzystwa, ta, która pragnęła używać krótkiego życia «nie szlifując», jak się mówiło, salonów rządowych, co czynili inni bardziej płaszczący się i giętcy”.

 

Sklepy

 

         Położenie Kalisza, leżącego na granicy dwóch zaborczych mocarstw, sprzyjało rozwojowi handlu. Przybywało tu wielu kupców, którzy bardzo często osiadali w grodzie nad Prosną na stałe, otwierali własne sklepy, starając się pozyskać do nich jak najbardziej wyszukany asortyment. Co można było kupić w tym najdalej na zachód wysuniętym mieście Carskiego Imperium najlepiej świadczą zamieszczone w prasie reklamy.

Przegląd kaliskich sklepów zacznę od wspomnianego przez Marię Dąbrowską sklepu kolonialnego Gustawa Tschinkla: „Obejrzawszy norymberszczyznę pani Barbara i Agnisia stawały kolejno przy obu szybach Czynkla. W jednej z nich terakotowy krasnolud wysypywał z rogu obfitości całą rzekę bakalii, w drugiej Chińczyk w kimonie stał śród napitków i dźwigał kosze herbaty pachnącej aż na ulice swym własnym aromatem oraz wonią cynowego opakowania. W sklepie widać było przez szeroko rozwarte drzwi blok tłustej kłaczastej chałwy, kosze winogron i stosy brązowozłotej wędzonej ryby. – Jak ja byłam młoda – rzekła pani Barbara – to nawet w Warszawie takich sklepów nie było”.

Popularna czynklówka mieściła się na rogu kaliskiego rynku i dochodzącej do niego ulicy Warszawskiej, i nosiła oficjalną nazwę Skład Win, Delikatesów i Towarów Kolonialnych. Można tu było kupić wszystko, właściciel dbał, by jego sklep zawierał najlepszy towar, umiejąc jednocześnie właściwie go zareklamować. W „Gazecie Kaliskiej” pojawiały się często różnorodne i bogate oferty sklepu. Tszhinkel polecał np. świeże śledzie pocztowe tegorocznego połowu, kawior astrachański, świeżo paloną kawę w pięciu gatunkach, homary i skumbrie, kakao owsiane Wedla.

         Można było również przeczytać ogłoszenie następującej treści: „Zarząd Jego Cesarskiej Wysokości Wielkiego Księcia Konstantego Mikolajewicza zawiadamia, iż wyłączną sprzedaż win czerwonych, białych i koniaków na Kalisz i Gubernię Kaliską powierzoną została Handlowi win Gustawa Tschinkla w Kaliszu z dopiskiem, że alkohole pochodzą z winnic Jego Cesarskiej Wysokości”.




         Oprócz sklepu Tschinkla był w Kaliszu inny znany sklep kolonialny A. Nettyna, mieszczący się przy ulicy Mariańskiej 74. To właśnie on jako pierwszy w mieście otrzymał pozwolenie z Zarządu Akcyzy na sprzedaż trunków w soboty, dni przedświąteczne i święta. Tu jako ciekawostkę podaję, że wyłączną sprzedaż mszalnego wina Vinum Purum ex Vitae prowadził w mieście handel win A. Hammera.

         Przy ulicy Kanonickiej znajdowała się również owocarnia, w której można było nabyć: „wyborne bakalie, jabłka i winogrona krymskie oraz prawdziwe litewskie grzyby na całe funty po 50 kopiejek za funt.

         Nieopodal sklepu Tschinkla przy ulicy Warszawskiej mieścił się także wspomniany przez Marię Dąbrowską sklep Bonbons de Varsovie, a pod numerem15/18 w rynku Bazar Szkolny Marianny Gałczyńskiej z taką oto reklamą, co wyczytamy w „Nocach i dniach”:

BAZAR UNIWERSALNY.

MATERIAŁY PIŚMIENNE, PODRĘCZNIKI SZKOLNE,

ORYGINALNE GRAMOFONY, PATEFONY,

PŁYTY ZONOFONOWE,

ZABAWKI, OZDOBY NA CHOINKĘ,

WYROBY FRAŻETOWSKIE I GALANTERIA.

         Marianna Gałczyńska była kobietą przedsiębiorczą, mającą niewątpliwy talent handlowy. Stosowała metody oddziaływania na klienta, które dziś określilibyśmy mianem promocji czy też okazyjnej wyprzedaży. Do tego wszystkiego odnosiła się do kupujących z dużą serdecznością, a sam sklep miał przyjazną atmosferę swojskości. Wybór towarów w Bazarze Szkolnym był ogromny: od wszelkich przyborów szkolnych, podręczników, książek poprzez gry, widokówki, papierosy, obrazy do wyrobów szklanych, porcelanowych, platerowanych i niklowanych, a nawet mebli bambusowych, na sprzedaż których ów sklep posiadał wyłączność.

         Otwarta na nowości Marianna była również tą, która zapoczątkowała sprzedaż w Kaliszu gramofonów oraz jako jedyna reprezentowała w mieście fabrykę kilimów zakopiańskich, wykonanych według wzorów S. I. Witkiewicza.

         W 1906 roku nakładem Bazaru Szkolnego ukazała się również książka Antoniego Medeksza zatytułowana „Społeczne pośrednictwo pracy w kraju i za granicą”.

         Nazwisko Marianny Gałczyńskiej obok nazwisk innych czołowych kupców kaliskich widnieje pod zbiorowym oświadczeniem, w którym to postanawiają „zamykać swoje handle w niedziele i święta od godz. 10-tej do 1 ½ przed południem i od 6-tej po południu do dnia następnego (z wyjątkiem niedziel przed Bożym Narodzeniem i Wielkanocą). Tym sposobem pragnęli dać swoim współpracownikom kilkugodzinny wypoczynek w tygodniu, a praktykantom czas do odrobienia lekcji.

         Z dużą dokładnością opisany jest przez Dąbrowską jeszcze jeden sklep – skład futer Żyda Samuela Nussena. W Kaliszu było kilka sklepów z tego rodzaju asortymentem, trudno jest więc ustalić, który z właścicieli odpowiadał wizerunkowi przedstawionemu prze M. Dąbrowską. Ów sklep, w którym Bogumił Niechcic sprawił sobie jesionkę i Agnisi płaszczyk mieścił się w rynku. W sercu Kalisza takich sklepów było kilka: Skład Futer F. Pinkusa, J. Czarnożyła, M. Landau i pracownia kuśnierska I. Bigeleisena. Na przylegającej do rynku ulicy Warszawskiej swój sklep miał D. Abramowicz.

         W tym miejscu należy poświęcić kilka słów nazwisku Czarnożył. Występuje ono w niezmienionej formie. Maria Dąbrowska czyni go właścicielem sklepu żelaznego. Największy i najlepiej zaopatrzony skład żelaza w Kaliszu należał do J. Hulewicza, mieścił się w ścisłym centrum i to prawdopodobnie w nim Szumscy dokonywali niezbędnych sprawunków. Nie do końca jednak mamy tu do czynienia z fikcją literacką. Właścicieli sklepów o tym nazwisku było dwóch. Jeden miał rzeczywiście magazyn ubiorów męskich i skład futer, drugi – Salomon Czarnożył wraz z synem Abramem prowadził przy ulicy Wrocławskiej177 (dziś ulica Śródmiejska) sklep z lampami, wyrobami blacharskimi i miedzianymi.

 

         Na uwagę w „Nocach i dniach” zasługuje jeszcze jeden fragment: „Bogumił Niechcic martwił się tymczasem, że sprawił sobie jesionkę. Ma uczucie, że okradł rodzinę, pragnie jeszcze kupić coś dla żony.

         – Poczekajcie chwileczkę – mówi i wchodzi do sklepu jubilera.

         – Dokąd ten ojciec poszedł? – pyta pani Barbara spłoszona.

         Nie wierząc własnym oczom podchodzi do szyby i widzi bransoletki i drogie kamienie”.

         Tego, gdzie Bogumił kupił Barbarze broszkę także nie da się ustalić z całą pewnością, gdyż sklepów jubilerskich także było w Kaliszu sporo. W rynku pod nr 1 mieścił się Zakład Zegarmistrzowsko-Jubilerski Romana Reszke (przeniesiony z ulicy Babina). Na ulicy Warszawskiej były dwa takie sklepy – J. Młotorskiego i E. Fulde. Na pobliskim Placu św. Józefa miał swój sklep grawer i jubiler W. Luedke.

         Mówiąc o kaliskim handlu nie można nie wspomnieć o jeszcze jednej rzeczy. Zarówno Bogumił, jak i Barbara, palili papierosy. Z zachowanych informacji wynika, że sprzedawane w kaliskich sklepach wyroby tytoniowe pochodziły między innymi z warszawskiej fabryki Noblesse i z fabryki tabacznej Domu Handlowego Braci Szapszał w Sankt Petersburgu np. mocno reklamowane w „Gazecie Kaliskiej” papierosy „Kurierskie” pakowane po 10 sztuk w cenie trzech kopiejek za paczkę.

 

Park w Kaliszu

 

         Historia „letniego salonu Kalisza” (tak nazwał kaliski park Adam Chodyński ) datuje się na rok 1798. W tym właśnie roku na terenie pojezuickich ogródków warzywnych i miejskiego pastwiska założono tak zwany „dziki ogród”. Przecinająca go w kilku miejscach rzeka zapewniała stałą wilgoć, co sprzyjało szybkiemu wzrostowi roślin. Park piękniał, przybywało drzew, ławeczek, mostków malowniczo przewieszonych nad rzeką. Tu można było odpocząć po ciężkim dniu, pomarzyć, pospacerować, spotkać znajomych. Wyprawa do parku była również dla kaliskich dam doskonałą okazją do zaprezentowania nowej kreacji. Szybko więc stał się ulubionym miejscem kaliszan wszystkich pokoleń. Niezwykłą urodę kaliskiego parku doceniali także turyści.

Wiele ciepłych słów poświęciła kaliskiemu parkowi Maria Dąbrowska. Na stawie położonym w głębi parku, potocznie zwanym kogutkiem (od blaszanego kogutka umieszczonego na szczycie altanki stojącej na wysepce na środku stawu) zimową porą ślizgała się Agnieszka Niechcicówna, doznając pierwszego silniejszego drżenia serca na widok ładnego Krzysia Łaskiego.

         „Na kogutku ślizgali się uczniowie i większość pensjonarek. Każda miała wśród nich braci albo znajomych, których przedstawiała koleżankom, a oni zapraszali panienki do ślizgania się w parę lub wozili je na saneczkowych fotelikach. Później w klasach i sypialniach szły o tym rozmowy szepty, zwierzenia, śmiechy, płacze (...)”.

         W Parku kaliskim przy wejściu od strony teatru mieściła się wspomniana już wcześniej cukiernia E. Wernera.

Nie pozostali obojętni na czar kaliskiego parku także i twórcy późniejsi. Wanda Karczewska w powieści „Wizerunek otwarty” opisuje orkiestrę strażacką, sarny w parkowym zwierzyńcu, kroczące dumnie pawie, łódkę na Prośnie (w powieści nazywa się Komarna): „ Łabędzie pływały w chmurach, pod kasztanami drżały na wietrze pomarańczowe kopuły parasoli, serso wylatywało w górę, błyszczał mosiądz trąb i wydęte policzki strażaków, przy stoliku mama i panie w słomkowych kapelusikach z woalkami piły «limonadę». Potem płynęliśmy łódką po Komarnie. Panie wiozły koszyczki z prowiantami i małym sznapsikiem”.

         Oprócz łódek i kajaków, które można było wypożyczyć na krótką przejażdżkę, po Prośnie kursował też mały stateczek. Mógł on pomieścić około 50 pasażerów. Swój kurs rozpoczynał z wyspy przy teatrze, a kończył na plaży w Żydowie. Po drodze zatrzymywał się na kilku przystankach, aby pasażerowie mogli wysiąść w dogodnym dla siebie momencie. W miejscach postoju zwykle znajdowała się restauracja, w której można było ochłodzić się zimną lemoniadą, lub pokrzepić wysokoprocentowym trunkiem.

Wspomnienie kaliskiego parku pojawia się również w utworach Stefana Otwinowskiego, który także w sztubackim mundurku codziennie po lekcjach wraz z kolegami obchodził główne ulice miasta i park.

         Byli też i inni twórcy: Aleksander Braude, Alfred Dreszer, Marian Kubicki, Jan Winczakiewicz. W wierszu „Rówieśnikom” napisze:

                   daremny żal. Litości nie znają zegary,

                   coraz trwożniej, ostrożniej stawiasz każdy krok.

                  Kalisz to twoja młodość. Kalisz jest bardzo stary.

                   Już nigdy – u Rzemieślników śpiewał Mieczysław Fogg.

 

Stowarzyszenia i instytucje finansowe

 

         Na przełomie XIX i XX wieku Kalisz liczył sobie około 20 tysięcy ludności. Miasto miało stały teatr, własną gazetę, piękny park. Działał też szereg instytucji finansowych i stowarzyszeń. Najstarszą instytucją było Towarzystwo Dobroczynności, które zawiązało się już w 1825 roku, lecz w 1844 r swą działalność zakończyło. Brak tego typu placówki spowodował zastraszający wprost wzrost żebractwa. Na ulice miasta wychodziły całe rodziny, dzieci, kaleki, starcy. Aby położyć temu kres, 4 grudnia 1872 roku została zwołana wielka sesja obywatelska, na której zatwierdzono konieczność ponownego stworzenia dobroczynnej instytucji, zawiązało się wówczas nieformalne Towarzystwo Dobroczynności. Oficjalnie swą działalność rozpoczęło jednak dopiero w 1880 roku. Prezesem został Daniel Zawadzki. Działalność towarzystwa miała na celu opiekę nad biedotą miejską i udzielanie tejże pomocy materialnej. Z procentów od 4100 rubli odziedziczonych po byłym towarzystwie, 2200 rubli pochodzących z zapisu ś. p. Eugenii Górskiej, ze składek członkowskich, dobrowolnych ofiar, dochodów z koncertów, odczytów itp. wydawane były tak zwane wsparcia stałe od 2 do 4 rubli miesięcznie, z których korzystało od 20-60 osób i wsparcia jednorazowe od 50 kopiejek do 2 rubli wypłacane od 50-150 osobom rocznie.

Dla członków towarzystwa wykonano odpowiednie znaczki, służące do przybijania na drzwiach wejściowych do mieszkań. Oznaczało to, że ten dom regularnie opłaca składki na biednych, jest zatem wolny od żebraniny.

Z inicjatywy Towarzystwa Dobroczynności powstała tania kuchnia, w której za trzy kopiejki można było zjeść zupę kraszoną masłem, słoniną lub mlekiem (na przemian krupnik, grochowa, kapuśniak) i ćwierć funta chleba. Raz w tygodniu do zupy dodawane było mięso.

Wraz z nastaniem mrozów biedni otrzymywali drewno na opał i ciepłą odzież.

W 1881 roku powstała kasa pożyczkowa, z funduszu której mogli skorzystać drobni rzemieślnicy, zajmujący się pracą produkcyjną w celu rozwinięcia własnej działalności. W 1891 r. powstały sale zajęć dla dzieci. Pod okiem wykwalifikowanej kadry uczono chłopców wyrabiania słomianek, chodników i kapeluszy, dziewczynek natomiast szycia, cerowania, haftowania i gotowania. Uczęszczające na zajęcia dzieci otrzymywały co miesiąc od 25 kopiejek do 1 rubla na książeczkę oszczędnościową. Wychowankowie z tychże sal mieli ułatwione znalezienie pracy.

W 1899 roku Towarzystwo Dobroczynności oddało do użytku własny budynek mieszczący się na Stawiszyńskim Przedmieściu. Znajdowała się w nim szkoła rzemiosł i przytułek dla starców. Aktywnymi działaczkami Towarzystwa Dobroczynności były Marianna Gałczyńska i Emilia Bohowiczowa. Oto kolejny fragment „Nocy i dni”: „Obie panie miały u stóp swych całe miasto, nie tylko jako godne hołdów, a przy tym nieskazitelne kobiety, ale jako działaczki. One to powołały na powrót do życia obumarłe Towarzystwo Dobroczynności, one założyły trzy żłobki i przytułek dla starców, za ich przyczyną miało wkrótce powstać w mieście Towarzystwo Muzyczne, im zawdzięczała początek czytelnia publiczna, ich pomysłem były wszelkie kwesty i wenty dla ubogich. Panie te dwoiły się i troiły, przewodniczyły i uczestniczyły, wzniecały w ludziach potrzebne do działania ambicje, pobudzały ciężkich do honorowej pracy panów, których potem wysuwały na prezesów, same pozostając tak zwaną duszą i sprężyną każdego przedsięwzięcia”.

Towarzystwo Dobroczynności oprócz akcji filantropijnych zajmowało się również pracą społeczno-propagandową. W 1905 roku działacz polityczny poszukiwany przez władze rosyjskie – Wacław Sieroszewski zostaje potajemnie przewieziony poza granicę zaboru przez Mariannę Gałczyńską (fakt ten odnotowany jest w „Nocach i dniach” Marii Dąbrowskiej). Z inicjatywy Towarzystwa Dobroczynności powołano Towarzystwo Higieniczne z doktorem Wernicem na czele. W 1895 roku została wydana książka „ Prosna” pod redakcją sekretarza Towarzystwa Dobroczynności, Władysława Bohowicza. W książce tej znalazły się m.in. utwory Konopnickiej, Tetmajera, Asnyka, Estraichera, Deotymy, Bałuckiego, Ujejskiego i wiele prac inteligencji miejscowej.

W Kaliszu działało również Towarzystwo Dobroczynności wyznania Mojżeszowego z Maurycym Mamrothem na czele. Z inicjatywy tego towarzystwa utworzono przy ulicy Stawiszyńskiej 4 Żydowski Dom Starców.

Mówiąc o kaliskich stowarzyszeniach, nie można nie wspomnieć o Towarzystwie Muzycznym, powstałym w 1868 roku z inicjatywy Bergholtza i także wzmiankowanym w „Nocach i dniach” Towarzystwie Cyklistów. Oficjalnie powstało ono w 1892 roku, choć zamiłowanie do „sportu cyklowego” istniało w Kaliszu od dawna. Działalność swoją Kaliskie Towarzystwo Cyklistów rozpoczęło od urządzenia w pobliskim Noskowie (dziś wieś ta znajduje się w obrębie miasta) toru wyścigowego na placu wydzierżawionym od Wiktora Weigta, właściciela oberży. Zbyt duża odległość zmusiła jednak członków towarzystwa do urządzenia własnego lokalu w mieście. Idealnym miejscem była posesja pana Koryckiego mieszcząca się przy Alei Józefiny. Prace w urządzaniu nowej siedziby i dwustu metrowego toru zakończyły się w przeciągu roku (1894). Szczególnie ważny dla nas jest fakt, że w pracach tych czynnie uczestniczył Władysław Leszczyński – pierwowzór Lucjana Kociełła.

27 stycznia 1895 roku odbyło się w nowym lokalu pierwsze walne zebranie członków towarzystwa, a 16 lutego tego roku nastąpiło uroczyste otwarcie połączone z zabawą taneczną.

Bale urządzane w Towarzystwie Cyklistów cieszyły się wśród kaliszan ogromnym uznaniem. Uczęszczała na nie cała śmietanka towarzyska ówczesnego miasta. Na bal do cyklistów została zaproszona, przebywająca wówczas u Szumskich w Russowie kuzynka Marii Dąbrowskiej – Maria Szumska (córka Franciszka i Florentyny Szumskich, matka znanej polskiej aktorki przedwojennego kina, Elżbiety Barszczewskiej) – pierwowzór Anki Niechcicówny.

Instytucji finansowych działających w Kaliszu na przełomie XIX i XX wieku było kilka. Dla nas szczególnie ważne są dwie: Towarzystwo Kredytowe Ziemskie i Kaliskie Towarzystwo Rolnicze, zwane także syndykatem. Towarzystwo kredytowe ziemskie zostało założone 1 czerwca 1825 roku z inicjatywy ówczesnego ministra skarbu Druckiego-Lubeckiego. Na przełomie XIX i XX wieku kaliskim oddziałem tej instytucji kierował Zygmunt Wyganowski, wielce szanowany gospodarz, właściciel majątku Warszówka pod Kaliszem, światły obywatel, doskonale znający potrzeby ziemiaństwa. Kaliskie Towarzystwo Rolnicze natomiast rozpoczęło działalność w 1900 roku i skupiło niemal całe ziemiaństwo guberni kaliskiej. Kaliski syndykat zaraz w pierwszym roku działalności otworzył sklep rolniczy przy ulicy Warszawskiej, w którym ziemianie nie tylko mogli kupować potrzebne przedmioty i narzędzia, ale również sprzedawać swoje produkty rolne. Kaliskie Towarzystwo Rolnicze posiadało wyłączność na sprzedaż na terenie guberni maszyn rolniczych ze słynnej amerykańskiej fabryki Mac Cormika. Żniwiarkę z tejże fabryki nabył w syndykacie Józef Szumski. W opowiadaniu Marii Dąbrowskiej „Dzikie ziele” jest następujący fragment: „Grabie żniwiarek cięły żółtymi zębami modre niebiosa. Naręcza pszenicy ślizgały się przez niebieską platformę, a suchy terkot sunął brzegiem szeleszczącego zboża. Wielki napis Mac Cormik skakał czarnymi literami po ścierniu, na którym odgniatały się wzorzyste ślady żelaznych kół żniwiarki”.

 

W szkole i na pensji

 

         „Zapytana, czy chce iść już do szkoły, Agnisia z całym okrucieństwem powiada, że chce bardzo. Nie wie ona jeszcze nic o drzwiach, które się zatrzaskują bezwarunkowo za przeszłością. Pragnie odmiany i nowości. Jest pewna, że gdy się nowe zdobywa, to się starego nie traci. Że dom, szkoła, Kaliniec i Serbinów – wszystko to da się razem połączyć i że można się będzie jednym i drugim bez żadnego rozstania napawać”.

Pochodzący z „Nocy i dni” cytat wprowadza nas w mury innej kaliskiej szkoły, w której w 1901 roku rozpoczęła naukę Maria Szumska. Mowa o pensji Heleny Semadeniowej, córce znanego ewangelickiego pastora Adama Haberkanta. W tym samym roku Ministerstwo Oświaty przeprowadziło reformę szkolnictwa. Zgodnie z rozporządzeniem władz oświatowych od sierpnia 1901 roku została zniesiona w klasie pierwszej i drugiej nauka języków starożytnych, za to oba języki nowożytne francuski i niemiecki miały być obowiązkowe. Lata spędzone na pensji Maria Dąbrowska we wspomnieniach przedstawia jako „ najwznioślejszą sielankę”. W opowiadaniu „Strajk szkolny” tak opisuje swoje pierwsze lata szkolne: „Było to w pięknym prowincjonalnym mieście Kaliszu – leżącym nad rzeką Prosną, śród wielkich, starych drzew. Uczyłam się tam w polskiej szkole. Nie znałam patriotyzmu pojętego jako nienawiść i bunt. Uczucia te obowiązywały mnie jedynie na lekcjach historii Polski. Poza tym w szkole naszej Polska zdawała się być już dawno niepodległa. Wszystko tchnęło tam życzliwością do świata, do ludzi, do życia. Uczucia te owładnęły także i mną, a owładnęły z tym większą łatwością, że byłam do nich z natury usposobiona.

         Rzadkie wizyty rosyjskiego inspektora były w tej naszej szkole traktowane humorystycznie, za nauczycielki rosyjskiego miałyśmy zawsze łagodne, dobre osoby, raczej zażenowane swoją przynależnością do „rasy panującej” – nauczycielka Niemka była niezrównaną postacią, której pamięć przechowam w sercu do końca życia. W tych warunkach nie było żadnej przeszkody do swobodnego zachwycania się tym, co u Niemców i Moskali wydawało się godne zachwytu”.

Budynek, w którym mieściła się pensja Heleny Semadeniowej stoi do dziś. Na frontowej ścianie umieszczono tablicę pamiątkową z napisem: „W tym domu mieściła się pensja H. Semadeniowej, do której w latach 1901-1904 uczęszczała autorka „ Nocy i dni” Maria Dąbrowska”.

W 1904 roku piętnastoletnia Maria rozpoczyna naukę w klasie piątej Rządowego Gimnazjum, mieszczącego się na Stawiszyńskim Przedmieściu. Po czteroletnim pobycie na pensji H. Semadeniowej w atmosferze szacunku i życzliwości nie może zżyć się z nową szkołą: „Nie chciano mnie tu niczego nauczyć, chciano mnie na każdym kroku jedynie upokorzyć. Kaleczono tu we mnie bez ustanku to, co jest znamieniem człowieczeństwa – godność i wolność. Dotychczas uczucie godności i uczucie wolności istniały we mnie samorzutnie i nigdy nie zadraśnięte, przejawiały się z taką swobodą, że nie czułam ich, jak się nie czuje w sobie własnego zdrowia.

         Teraz doznały one pchnięć, które nie dały się zaleczyć, ale które zarazem pozwoliły mi sobie uświadomić, czym jest dla człowieka godność, honor i skarb nad skarby – wolność. Uległam naturalnym i zrozumiałym w tym wypadku uczuciom. Zaczęłam nie cierpieć tych, co chcieli pokonać we mnie istotę i ostoję mojego życia”.

1 lutego 1905 roku wybucha strajk szkolny, w którym uczestniczy także młodzież szkół kaliskich. Lutowe wydarzenia utkwiły głęboko w psychice szesnastoletniej Marii Szumskiej. Zapis tych przeżyć odnajdujemy w „Nocach i dniach”, jak również w opowiadaniu „ Strajk szkolny”, wchodzącym w skład zbioru „Pisma rozproszone”.

         Autorka „ Ludzi stamtąd” nie wróciła już do kaliskiego gimnazjum. Latem 1905 roku zdała egzamin do szóstej klasy w szkole Pauliny Hewelke w Warszawie. Dalsza edukacja młodej Marii to studia przyrodnicze, najpierw w szwajcarskiej Lozannie, a od 1908 roku na Universite Libre w Brukseli.

Oprócz pensji Semadeniowej istniały w Kaliszu inne prywatne szkoły: przy Stawiszyńskim Przedmieściu zakład oświatowy prowadziły siostry Kozarskie. Anna była właścicielką Zakładu Naukowego Żeńskiego, w którym dziewczęta oprócz przedmiotów obowiązkowych uczyły się robót ręcznych, deklamacji, śpiewu i muzyki. Każdego roku odbywał się popis uczennic, podczas którego mogły zaprezentować swe umiejętności szerszemu gremium. Siostra Anny, Eleonora, prowadziła w tym samym budynku zakład froeblowski.

Młodsze dzieci często uczyły się w domu. Dość wspomnieć sympatyczną, żywiołową Aneczkę Niechcicównę, wyniosłą i dumną Celinę Mroczkównę czy ciekawą świata, wszędobylską i pobłażliwą Marię Hłasko. Państwo Szumscy na pewno korzystali z domowych nauczycielek, aczkolwiek trudno ustalić ich tożsamość. Wątpliwości nie budzi jedynie Anka Niechcicówna, której pierwowzorem była wspominana już Maria Szumska. Nie wiemy kim były inne nauczycielki. Możemy jednak ustalić, w jaki sposób były one pozyskiwane. Możliwości było kilka. Jeśli chciało się mieć absolutną pewność, co do kwalifikacji i umiejętności kandydatki i miało dość zasobny portfel, można było zwrócić się z prośbą o wyszukanie odpowiedniej osoby do mieszczącego się w Warszawie Kaucjonowanego Biura Nauczycielskiego. Taka instytucja prowadzona przez A. Karpińską ogłaszała się w kaliskiej prasie polecając: nauczycieli, nauczycielki, bony; w grę wchodziły także cudzoziemki. Pani Barbara Niechcic rozważa możliwość skorzystania z tego właśnie biura.

Były także prostsze drogi. Osoby poszukujące domowych nauczycielek często korzystały z pośrednictwa prasy. Miejscem, gdzie można było uzyskać bliższe informacje był bardzo często Bazar Szkolny Marianny Gałczyńskiej. Barbara Niechcic także w tej sprawie korzysta z pośrednictwa bratowej.

W 1957 roku w nowo powstałym miesięczniku „Ziemia Kaliska” Maria Dąbrowska pisze: „Jestem dzieckiem ziemi kaliskiej. Z jej okolic i z samego Kalisza czerpałam natchnienie do moich książek: «Uśmiech dzieciństwa», «Ludzie stamtąd» oraz «Noce i dnie». Ta ziemia kształtowała moje poczucie artystyczne, styl i język całej mojej twórczości”. I to wyznanie niechaj posłuży za puentę.

cdn.


Pin It