Zofia Korzeńska 


Własną drogą. O poezji Ireny Żukowskiej-Rumin

 

Józef Murzyn
Józef Murzyn
Chciałabym tym razem zaprezentować Irenę Żukowską-Rumin, oryginalną poetkę z Kielc.

Poezja tej autorki to ciekawe zjawisko na gruncie polskiej literatury. Stworzyła ona własny styl, odrębną nie tylko dykcję, ale mowę poetycką, zdecydowanie różniącą ją od całej plejady polskich poetów współczesnych, gdzie ustawia się ją w pierwszych rzędach. Pokazuje ona świat w sposób niezależny od współczesnych tendencji, nurtów, trendów literackich i filozoficznych lub kierunków ideologicznych. Jest to niewątpliwie osoba obdarzona talentem literackim i świadomością, że stać ją na samodzielną, oryginalną konwencję twórczą. Andrzej Lenartowski, znany pisarz i krytyk literacki, w posłowiu do jej Tryptyku (1996) pisze m.in., że „widać wyraźnie, jak osobną wyspą jest twórczość autorki”. Zaś literaturoznawca prof. dr hab. Janusz Detka w posłowiu do jej tomiku Emblema (2008) zauważa, że Poetka wciąż poszukuje własnej drogi twórczej. Przestaje na przykład w pewnym momencie posługiwać się „maskami wziętymi z tradycji teatru i literatury”, do których myśmy się u niej przyzwyczaili, i obiera w kolejnych tomach „odmienną formułę wiersza”, zaczyna tworzyć poetyckie opowieści, wykorzystuje w nich inną miarę wersyfikacyjną niż dotąd – szeroką frazę, raczej epicką – ale nadal jest zjawiskiem niepowtarzalnym na polu literatury.

Dowodem dostrzeżenia na szerszym forum oryginalności i kunsztu jej poezji jest niewątpliwy sukces Poetki w konkursie na „Nagrodę Poetycką im. Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego na najlepszy tom roku – ORFEUSZ”, którą w 2012 r. zaczęto przyznawać za „wybitne osiągnięcia współczesnej polskiej liryki – oryginalne, zachowujące bezpośredniość wyrazu, bezkompromisowe pod względem artystycznym”. Tom wierszy I. Żukowskiej-Rumin, Alexandreis, został książką nominatką do tej nagrody, wytypowaną razem z 19 innymi spośród 188 nadesłanych z całej Polski. Żukowska-Rumin otrzymała to wyróżnienie wraz z takimi znanymi poetami, jak np. Julia Hartwig, Zbigniew Jankowski, Helena Raszka i Krzysztof Karasek – główny laureat tej Nagrody w r. 2012. Cokolwiek by sądzić o sprawiedliwości końcowego etapu konkursu, pierwszy etap dowodzi, że zauważono oryginalne osiągnięcia w polskiej poezji.

W czasie spotkania literackiego z czytelnikami 14 czerwca 2007 r. w Filii WBP na Barwinku w Kielcach I. Żukowska-Rumin stwierdziła, że na pytania: dlaczego pisze i jak się pojawiają jej poetyckie wyobrażenia, musi odpowiadać, iż nie wie, dlaczego tworzy i skąd się biorą te jej wizje: po prostu się zjawiają, zazwyczaj z dużą siłą, i domagają się zapisu. Różnie bywa z ich realizacją artystyczną, bo czasem musi się długo zmagać z materią słowa w wierszu, a z kolei czasem te słowa jakby same skądś spływały, gotowe. A więc domyślnie możemy rozumieć, że Poetka uznaje tezę o natchnieniu. Mówi, że pomysły pojawiają się niespodziewanie, czasem w postaci tylko jakiegoś słowa, które domaga się rozwinięcia w wiersz, a to nie zawsze dzieje się od razu, bywa, że zanotowane słowo czy wyrażenie leży parę lat w zapiskach, zanim się doczeka kształtu utworu.  

Czy tak rzeczywiście w pełni „znikąd” spływają na nią te pomysły? Każdy pisarz pisze sobą. A z pustego nawet Salomon nie naleje. Żeby mogło spłynąć natchnienie na autora, on musi być bogatą osobowością, wyposażoną we wrażliwość, inteligencję, duchowość, zdolność postrzegania i tysiąc innych cech psychicznych i duchowych, a nawet fizycznych (choćby odpowiednie zdrowie). Pewne dyspozycje otrzymujemy z genami, inne zdobywamy przez kształcenie i pracę nad sobą, oczytanie, uczestniczenie w dziedzictwie kulturowym ludzkości itp. Ale z całym tym swoim wewnętrznym zasobem potrzebujemy sprzyjających momentów, żeby wszystko to „zagrało”: żeby się pisarzowi objawiło „coś” odpowiednio zestrojonego. Psychologia twórczości nie wypowiada się w tej materii jednoznacznie. Irena Żukowska-Rumin jest osobowością ciekawą i bogatą wewnętrznie, dlatego i jej twórczość jest bogata i piękna i zasługuje ze wszech miar na uwagę. Jest to lektura wielce ciekawa i tak wciągająca, że nawet wybrednych w pełni zadowoli i zyska u nich uznanie. Wyzwala wiele przemyśleń.

Profesor Trzaskowski na wspomnianym spotkaniu literackim podkreślił, że jest to model poezji kulturowej, obracającej się w kręgu toposu śródziemnomorskiego. Stwierdzono też, że co do formy to zdecydowana większość dotychczasowych utworów Żukowskiej-Rumin jest poezją maski. Poetka swoje przeżycia i uwagi o ludziach czy świecie wyraża poprzez postacie i sytuacje zaczerpnięte z literatury powszechnej.

Aby przybliżyć dość różnorodną poezję wybranej autorki, spróbuję ją scharakteryzować i w pewnym sensie usystematyzować, tzn. podzielić na grupy. Pozwolę sobie zatem przytoczyć tu parę moich szkiców o niej, pisanych po ukazywaniu się kolejnych tomów. Szkice te wykorzystuję tu w pewnym skrócie i z częściowymi zmianami.    

Tryptyk (1996), jeden z pierwszych tomików tej Autorki, to zbiór krótkich utworów, nie będących poezją maski jak np. Pierrot, lecz poruszającą liryką bezpośrednią, poezją przeżyć wewnętrznych. Są to refleksje na temat doznań osobistych, niekiedy bardzo poruszających, i na temat relacji z drugim człowiekiem. Andrzej Lenartowski w posłowiu tego zbioru pisze: „Są to przede wszystkim wiersze mierzące się z kondycją ludzką, jest to przełożona na język poezji wieczna opozycja: człowiek wobec samego siebie i czło­wiek wobec innego człowieka”. Poetka dotyka wielu problemów ludzkich, najczęściej bolesnych. W moim odczuciu ten zbiorek jest chyba najbardziej pesymistyczny ze wszystkich jej utworów. Ten pesymizm, można powiedzieć dekadencki, odsłania wielką gorycz Autorki: „zepchnięta w nocy tunel stromy | kaleczę dłonie na obrzeżach | gęstnieją krzyku ostrokoły | lęk” (Wyjście). Klimat smutku i grozy snuje się w tomiku z wiersza na wiersz: „Spoza ciemności ciemność ciemność | zawojem skóry ciasno w sobie | poza chropawy chrzęst rozpaczy | zwierzęta nocy wewnątrz | [...] narasta lęku pomruk | wyschnięty słowa strumień | Spoza ciemności ciemność ciemność | ostatni łopot skóry” (Ciemność). Aż ciarki przechodzą ze zgrozy, kiedy się czyta te ponure, ale wysokiej klasy artystycznej wiersze:

[...]

miotam niepokój strach i rozpacz

w ciemności groźny nawis

żłobią mnie czerwie myśli moich

i czyha obcy kresu jaszczur

kotlinę piersi czas wyrzeźbi

kęs po kęsie śmierć

bolesna jestem pulsu narośl

bolesnych dni bolesny naciek

i bracia moi schną jak liście

i braci moich wsysa kipiel

(Strzęp)

Podmiot liryczny mówi z goryczą o sobie: „jestem jak fletu pusty tułów” (Horyzont), „wszak przełamano mnie | na życie i śmierć | rozmieniono | na drobne | nie dając nic w zamian” (s. 22, bez tyt. II). Podmiot zaś wyrokuje: „twój upadek | nie jest ostateczny | jesteś | wieczny Syzyf | wędrujący | po bramach tajemnic” (Horyzont IV), dowodząc gorzkiej znajomości ludzkiej doli, a przede wszystkim natury człowieka. To sięgnięcie po motyw kultury śródziemnomorskiej, ulubiony środek poetyckiego wyrazu Poetki, służy więc nie tylko celom artystycznym, ale także odsłania jej pogląd filozoficzny i wiedzę o człowieku wszechczasów. Jest to sięganie do mądrości zakodowanej w mitach.  

Odnajdujemy tu i Eliotowskie wydrążenie człowieka z wartości duchowych, wyjałowienie, pustkę, beznadzieję: „przychodzi zabić | białego ptaka nadziei” (bez tyt. s. 25), i odwieczne doznawanie cierpienia: „Boli mnie czasu gorzki kamień | w odmianie każdej skrzydło lęku | urasta ponad czas” (Twarz II).

Autorka jednakże już w tym zbiorku zaczyna zastanawiać się nad własną postawą poetycką:

Powinnam odejść

skąd przyszłam

przecież

słowa już wielokrotnie

zmieniały skórę

nie mówić o czułości

która wiąże gardło

a i ręce już dawno związane

naprawdę boję się

wyżłobionych kolein

jak

je wiośnie pokażę (s. 22, bez tyt.)

Ostatecznie odchodzi od bezpośredniego wyrażania swoich rozgoryczeń, swojego pesymistycznego stanu ducha i lirykę bezpośrednią zamienia na lirykę maski. Być może, że te gorzkie liryki, które weszły do tomu Tryptyk, pisała równocześnie z tomikiem wierszy Pierrot – obydwa ukazały się w 1996 r.

Wiersze z Tryptyku to poezja całkowicie dojrzała artystycznie. Poetka wykazała się tu wysokim kunsztem literackim. Posługuje się tu wierszem wolnym, białym, ale często sięga też po formy klasyczne, w pełni metryczne, jak np. system wersyfikacyjny sylabotoniczny, rymowanie. Godne podziwu są tu wysokiej klasy rymy: niebanalne, niedokładne, odległe, ledwie pobrzmiewające podobieństwem głosek, w naszych czasach uważane za kunsztowne, bo na pewno trudniejsze od narzucających się monotonnych rymów ścisłych, często gramatycznych. Takich się w tej poezji nie znajdzie.

Poezja maski Ireny Żukowskiej-Rumin


Spośród wydanych dotąd tomików trzy z nich można zaliczyć do poezji maski: Będą to: Pierrot (1996), Kolombina (1999) i Sancho Pansa (2003).

Wspomnieliśmy już, że Poetka czerpie z dorobku kultury europejskiej i obficie wykorzystuje motywy z tej tradycji, zwanej śródziemnomorską, bardzo znane od wielu wieków, na co wskazują same tytuły. Najchętniej, jak widzimy, sięga po motywy-postacie. Posługują się nimi od dawna poeci światowej sławy, jak np. Baudelaire i inni. Żukowska-Rumin przetwarza te motywy zupełnie po swojemu.

Poetka wypowiada się najczęściej poprzez teatralną konwencję literacką. Te wszystkie utwory są specyficzne. Niby jest to liryka, bo wyraża typowo liryczne uczucia, przeżycia i sytuacje, w dodatku w sposób zwarty, metaforyczny, ale w gruncie rzeczy ta dziwna poezja graniczy z jednej strony z epiką, gdyż występuje w niej narrator, a nie wypowiada się bezpośrednio bohater liryczny, z drugiej strony są tu typowo sceniczne zachowania bohaterów, a ich charakterystyka to po prostu didaskalia jak w sztukach scenicznych. A jeszcze zauważmy, że każdy z tych „kulturowych” zbiorków poezji, jak Pierrot, Kolombina, Sancho Pansa to właściwie jakiś jeden poemat czy niby-dramat, składający się z poszczególnych obrazków-scenek, w sumie rozwijających jeden temat, ukazujących sytuację wewnętrzną bohaterów, którzy tak naprawdę są maskami literackimi podmiotu lirycznego, niekiedy może i Autorki. Nie ma tu epickich obszernych opisów, są bardzo zwarte, szkicowe, jakby jedną kreską pociągnięte zarysy tak postaci, jak i sytuacji. To powoduje silne napięcie liryczno-dramatyczne i niesamowicie wciąga czytelnika.

Co można powiedzieć o poszczególnych tomikach?

Pierrot (1996). Wizerunek Pierrota jest tu zupełnie inny niż go pamiętamy z emisji kulturowej, tzn. z włoskiej komedii dell’arte czy z późniejszych filmów lub pantomimy. Autorka w wierszu wprowadzającym do tomu pt. Pierrot pisze o nim: „Ta stara nowa figura”. Tam był to najczęściej nieszczęśliwy kochanek, wieczny nieudacznik, naiwniak, wykorzystywany przez innych, pomiatany przez nich. Tutaj typ bohatera jest jakby odwrócony na drugą stronę. Jest inteligentny, nawet wyrafinowany, miłośnik sztuki („o wibrującej wrażliwości na muzykę”, „uwodzicielsko falują przed nim || wszystkie dziedziny sztuki”), ma powodzenie u kobiet, za którymi się owszem rozgląda, jest do pewnego czasu podziwiany przez zmienną w nastrojach publiczność. Potrafi się on raczej wygodnie urządzać w życiu.

Ale w tym tomie, Pierrot, tak naprawdę główną bohaterką jest Kolombina. To ona przyciąga najbardziej naszą uwagę i wydaje się, że to z nią się utożsamia narrator/ narratorka i po jej stronie jest nasza sympatia, współczucie, chwilami oburzenie na Pierrota. „Narrator liryczny” tych wierszy (taki tam występuje) chyba głębiej wnika w psychiczne zawiłości Kolombiny niż Pierrota. W tradycji kulturowej Kolombina ma inną rolę i inny charakter. Jest sprytna, przebiegła, wyrachowana, nielojalna wobec swojej pani. W poezji Żukowskiej-Rumin Kolombina, zgodnie ze znaczeniem swojego imienia (wł. colombina – gołąbka), jest osobą wrażliwą, pragnącą bliskiej więzi z ukochanym mężczyzną, szczerości w ich relacjach, wierności. Ponieważ jest inteligentna, więc widzi, że Pierrot nie jest wobec niej całkiem szczery i ma wrażenie, że on jej nie kocha („Kolombina || jest mu obojętna || jak niegdysiejszy śnieg” – stwierdza narratorka).

Mamy wrażenie, że autorka Pierrota bierze wyraźnie stronę kobiety występującej pod maską Kolombiny. Ukazuje, jak bardo cierpi, przeżywa wewnętrzne rozterki, niepokoje, samoudręczenie, bunt i wybaczanie na zmianę, rozpamiętuje każde słowo Pierrota. Na skutek swej wrażliwości boleśnie odczuwa wszelką ludzką nielojalność, grubiaństwo itp. Ten dramat ludzkich małych starć urasta do wielkiego wewnętrznego dramatu życia. Na tej poetyckiej scenie, na tle tego poematu, rozgrywa się farsa naszej codzienności, naszego szarpania się, naszych urazów. I jest to obraz oglądany oczyma kobiety, z jej punktu widzenia i odczuwania. Kojarzy się nam tu poezja Anny Świrszczyńskiej, a zwłaszcza jej tom wierszy Jestem baba. U Żukowskiej-Rumin wprawdzie nie tak dosadnie pokazane są problemy kobiety, ale kobieca dola i wewnętrzne szarpanie się jest tu jednak równie wyraziste. Dopiero pod koniec tomu, kiedy Pierrot ponosi klęskę życiową, narrator(-ka) wczuwa się w jego sytuację i wnika głęboko w psychikę bohatera, a nawet mu współczuje.

Czytamy ten tom wierszy niczym scenariusz sztuki teatralnej: scenę po scenie, z dużym zainteresowaniem, bo wciąga nas intryga miłosna, losy dwojga kochanków: Pierrota i Kolombiny. Są różne perypetie, jak to w tragikomedii. Kochankowie się rozstają i wracają do siebie. Pojawia się nawet miecz, bohaterowie się zabijają wzajemnie (metaforycznie). A sam bohater „nie pojmuje zgoła || czy to tragedia || czy też komedia dell’arte” (w wierszu Komedia). Są nie tylko burzliwe sceny między kochankami, ale psychologicznie głębokie rozgoryczenie Kolombiny, potem samotne miotanie się po scenie [życia] Pierrota, wreszcie jego fikcyjnie-teatralna śmierć, ponowne wejście na scenę, jak to w komedii. Ale ta naładowana prawdą życia epicko-liryczna tragikomedia łudząco przypomina nasz ludzki los. Jest to po prostu teatr życia w tej bardzo „teatralnej” poezji.

Poezja Żukowskiej-Rumin jest mocno zmetaforyzowana, bo nie dość, że postacie liryczne występują w maskach i skonwencjonalizowanych rolach, to jeszcze język tych drobnych utworów jest właściwie łańcuchem metafor, bardzo pięknych zresztą i oryginalnych. Pierrot, który prawie w całym tomie, występuje jako człowiek, w ostatnich wierszach okazuje się pajacem, zabawką czy lalką z teatru lalek. Dzięki takiej metodzie mamy w tej poezji ogromne uogólnienie sensów. Trudno powiedzieć, czyje autorka uczucia i przeżycia wyraża, ale na pewno są to przeżycia po prostu ludzkie. Każdy z nas może się identyfikować z wieloma uczuciami bohaterów, a może i z ich sytuacjami.

Kolombina (1999). W tomie Kolombina bohaterka „podejmuje kolejną próbę || przezwyciężenia samotności”. I znowu czytamy, że: „Pierrot || prowadzi ją na manowce || [...] Kolombina || raz jeszcze jest zdolna wybaczyć || puścić w niepamięć || zagranie nie fair”. Życie przychodzi jej z pomocą: „Pierrotowi || ziemia nagle osuwa się spod stóp || [...] Kolombina tymczasem || podaje mu dłoń || gotowa stanąć obok”. Nadal ten związek jest bardzo burzliwy, ale wydaje się, że mniej ich już kosztuje nerwów i udręki wewnętrznej.

I teraz dokonuje się w narracji tej poetycko-teatralnej opowieści i w myśleniu bohaterki przewrót. Ona zresztą dojrzewała do tego stopniowo. Kolombina mniej roztrząsa własne przeżycia wewnętrzne, a zaczyna głębiej wnikać w psychikę Pierrota, bo w nim też się dokonuje jakiś wewnętrzny przełom. „Kolombina śledzi Pierrota || beznadziejnie poszukującego || odgórnego sensu || przyłapuje go || na przywoływaniu praw || kamiennych tablic || odwiecznego porządku || a przecież sens jest || w spotkaniu dłoni || rozejściu na skrzyżowaniu dróg” (Pierrot poszukuje sensu). Przytoczone są nawet rozmyślania Pierrota o śmierci. Jednak Kolombina wie, że Pierrot to nie Hamlet, który jest „przypisany do jednej sztuki”. Ten gra w różnych sztukach [metaforycznie: w życiu]. I choć „nie można mu przypisać || ani jednego słowa || Kolombina rozpoznaje go bezbłędnie || i idzie za nim || jak w dym”. Ten dym to też metafora – niejasny los z takim towarzyszem życia. Ale bohaterka z determinacją decyduje się na wszystko aż do śmierci Pierrota, po której będzie go opłakiwać.

Autorka finezyjnie przypomina literackość tego motywu i tradycji: „a u stóp Pierrota || ściele się miękko || wzorzysty kobierzec Europy || z widokiem na kilka stuleci”. Jeszcze bardziej finezyjnie i filozoficznie kończy tę piękną, głęboką psychologicznie, a lekką literacko, opowieść o dwojgu ludziach, którzy szarpali się jak wiele par w życiu:

Pośród mchów i ziela

czyjaś ręka napisze

Panu Bogu spodobało się

żyli i zostali pokonani

nie mogąc oderwać się

od ziemskich namiętności

tak sobie istnieli

raz lepiej raz gorzej

poszukując miłości

(Pierrot i Kolombina).

Poemat Kolombina to obraz długiej drogi wewnętrznego szamotania się z sobą, obraz rozwoju i dojrzewania osobowego, obraz końcowego uspokojenia wewnętrznego, pogodzenia się z sobą, ze światem i z losem. Taką postawę człowieka zaprezentuje też Poetka w kolejnym zbiorze wierszy.

Sancho Pansa (2003) jest poematem składającym się z cyklu drobnych utworów, podobny w stylu do poprzednich, też bardzo metaforyczny, nie tylko w sferze językowej, ale również w swej wymowie; w konwencji podobnie jak poprzednie trochę teatralny. Jednak ogólny charakter tego zbiorku jest odmienny od dwu poprzednich. Tutaj zwraca uwagę przede wszystkim postawa refleksyjna: zaduma nad sensem życia, nad wartościami, którymi się chcemy w życiu kierować, także nad śmiercią. Pojawiają się rozważania eschatologiczne, to znaczy pytania najbardziej ostateczne – o to, co potem?

Są to refleksje na temat losu szarego zwykłego człowieka na przykładzie postaci z literatury (z powieści Saavedry Miguela Cervantesa Don Kichote z Manczy). A więc nadal konwencja kulturowa. Sancho Pansa uważany w tradycji za prymitywnego cwaniaka, bezdusznego gbura, tutaj w poezji Żukowskiej-Rumin ma trochę inne oblicze. Autorka, jak pisze A. Lenartowski, dokonuje „rewiz­ji tradycyjnego postrzegania skostniałych schema­tów”[1] i po swojemu interpretuje tę postać, bardziej „życiowo” i zgodnie z prawdą psychologiczną.

Ten zwykły człowiek, w optyce Poetki, jest wrażliwy, wystarczająco inteligentny, aby rozróżnić dobro od zła i wybrać wartości, które uznał za ważne. Podstawową wartością jest dla niego wierność swojemu panu, swojej misji, swojemu zawodowi, swojej wewnętrznej roli, choćby ona była niekorzystna materialnie. Ten heroizm wierności jest wzruszający, ale i pouczający.

Kim byłby Don Kichot bez Sancho Pansy, kim byliby różni „wielcy” tego świata i co by zdziałali bez swoich Sancho Pansów? Kim byliby marzyciele i artyści – bez małych szarych ludzi, bez ich zdrowego rozsądku, bez ich pragmatyzmu. Czym byłaby historia, wydaje się pytać Autorka, oddając serdeczny hołd Sancho Pansie.

„Gdy rzeczy niewidzialne stają się widzialne” – „Emblema”. Kolejny tom poezji Ireny Żukowskiej-Rumin pt. Emblema (2008) składa się z dziewięciu samodzielnych utworów, znacznie dłuższych od wierszy z dawnych tomików. Na pierwszy rzut oka wydaje się ta poezja całkowicie różna od poprzedniej. Nie ma tu jednego głównego bohatera, wiążącego poszczególne krótkie utwory, jak było w tamtych zbiorkach, lecz są to gawędy o różnych bohaterach i różnych zdarzeniach, choć o zbliżonej do siebie tematyce, i w gruncie rzeczy stanowiące jeden poemat. Janusz Detka w posłowiu nazwał te utwory poetyckimi opowieściami, o charakterze „epickim (czyli ocalającym przeszłość)”. O jaką tu przeszłość chodzi?

Autorka w tych swoich poetyckich opowieściach prezentuje świat minionego dzieciństwa, jego realia. Te realia przedstawione są zdumiewająco dokładnie, niemal jak przez badacza-etnografa, szczegół po szczególe. Będą to na przykład niuanse obyczajów wiejskich – jak ubierano zmarłych (Ubieranie Hanny), jak palono buty po zmarłych, a był to zbiór butów przeróżnej maści, z wyszczególnieniem, które kiedy i w jakich okolicznościach noszono, z jakiego były materiału – np. ze skóry, drewna, gumy itp., jakie miały ubytki (Palenie butów); jak odbywały się obrzędy kościelne, np. odpusty (wiersz Emblema), jak wyglądał kondukt pogrzebowy (Pijanice), jak odwiedzano cmentarze w Dzień Zaduszny (Mogiłki); będzie tu też opis domu, jego sprzętów, progu (Rewizja), deski-ławy, do ilu czynności ona służyła (Mycie deski); będzie również galeria typów ludzkich, z ich charakterystycznymi cechami, szczególnie w Handlarzach wódką. Ci handlarze to cały rząd biedaków, ułomnych na ciele albo na duszy, utrudzonych do ostatniego tchu, „wspierających się o nadzieję” i mozolnie walczących o własny byt. Nawet im do głowy nie przyszło, aby swój „zawód” oceniać z moralnego punktu widzenia. Autorce też nie o to chodziło. Nie ma tu także prawie żadnego tła politycznego ani żadnej ideologii. Są tylko echa historii. I jest człowiek – ukazany niezależnie od czasów, sytuacji społecznej­ – zawsze ten sam w swoim smakowaniu życia i w cierpieniu. Można też zauważyć w Emblemach szczególne podkreślenie roli domu, więzi rodzinnych, pamięci pokoleniowej po zmarłych.

A zatem Emblema to oryginalny i piękny poemat o ludzkim losie – o życiu i śmierci, o ludzkiej doli i niedoli. Tych detali, ukazanych zdumiewająco plastycznie, jest tak dużo, że nie da się ich tu wyliczyć. Zatrzymują naszą uwagę, zachwyca ich sposób prezentacji, utrwalają się w naszej pamięci. Ale...

Ale czy tylko o to chodzi Autorce, żeby odtworzyć przeszłość: ginący świat wiejskich obyczajów, typów ludzkich, strojów, sprzętów, pieczenia chleba, spania na piecu...? Czy tylko chodzi tu o pokazanie życia ludzi na wsi, ich mentalności, moralności, strzępów zdarzeń historycznych? Także człowieczej doli tu na ziemi? Ta warstwa dosłowna jest w tym tomie poezji urzekająca w swojej barwności, oryginalności, także w swojej niezwykłości opisu. Jednakże w tym tomiku przyciąga uwagę przede wszystkim jakieś drugie dno, jakaś tajemnicza aura ukrytych treści, tzw. naddanych. Już sam tytuł, Emblema, sugeruje, że cała książka jest symboliczna, nie można odczytywać treści zbiorku tylko dosłownie. Według słowników wyrazów obcych emblema(t)oznacza znak, symbol, pojęcie, ideę, czyli coś niedosłownego. Słownik terminów literackich podaje jeszcze szersze znaczenie[2]. Być może Autorka nawiązuje do staropolskiego gatunku zwanego emblematem, np. do zbioru wierszy Zbigniewa Morsztyna pt. Emblemata. Konwencja zbiorku Ruminowej, jak się bliżej przyjrzeć, wcale nie jest jednoznacznie realistyczna. I powiedziałabym, że nie wyczerpuje się też w swej warstwie mityzacyji i rytualizacji rzeczywistości, na co zwrócił uwagę J. Detka. Jest tu jeszcze bardzo wyraźna mgiełka odrealniająca. Wyczuwa się w tych obrazach i scenach wiejskich jakieś napięcie metafizyczne, duchowe, przeziera świat pozamaterialny.

Jaką metodą Poetka osiąga taki efekt, że wszystko w tym świecie staje się wielowymiarowe, że wyzierają znaczenia ukryte? Przyjrzyjmy się choć z grubsza budowie tych wierszowanych (ale nie rymowanych) opowieści, bardzo zbliżonych do gawęd ludowych, snutych tak sobie swobodnie, na pozór jakby niedbale, nawet rzekomo chaotycznie, niekiedy z przeskakiwaniem z jednego zagadnienia na drugie (oczywiście jest to stylizacja). Kto te gawędy tak właśnie snuje? Jak zobaczymy, w tych poematach występuje nie jeden narrator. Autorka kreuje paru opowiadających. Chwilami wciela się w rolę dziecka, a chwilami w rolę wiejskiego gawędziarza, który opowiada o rzeczach ostatecznych tonem spokojnym, beznamiętnym, równym, banalne szczegóły zrównując z rzeczami najwyższej wagi. Ma się wrażenie, że chce nie tyle oswoić, ile „uzwyklić” umieranie, a śmierć uczynić naturalną. A to umieranie nie budzi niczyjego buntu, tylko zdziwienie i ból tych, którzy pozostają przy życiu. Dawniej na wsi tak właśnie się te sprawy traktowało. W tych utworach jest też narrator(-podmiot) wykształcony. Np. w Pijanicach będzie to człowiek o głębokiej wrażliwości, dużej kulturze literackiej, skłonny do refleksji filozoficznej. Czasem w jednym utworze jest różna płaszczyzna narracyjna i jakby różni narratorzy.

W Paleniu butów, w Ubieraniu Hanny i w Rewizji obserwatorem świata i narratorem jest dziecko – mówiące „my”, a więc niby podmiot zbiorowy – niezwykle spostrzegawcze i bystre, chłonące wszelkie wrażenia, zapamiętujące drobiazgowo szczegóły, zafascynowane zarówno życiem, jak i zjawiskiem śmierci, a w jego rozumieniu zmarli są jak żywi. W umyśle dziecka tłoczą się doznania, dziwne i bolesne, dlatego cechą tej narracji jest jakby nietroszczenie się o ciąg przyczynowo-skutkowy. Nie wiemy, kim był zmarły, czyje buty palono: dziadków czy innych krewnych? Albo: „Kiedy się to stało – czytamy – nie było Hanny w domu || przynieśli ją sąsiedzi...”. Nie wiemy, co się Hannie zdarzyło, dlaczego ją przyniesiono nieżywą, kim dla podmiotu-narratora była Hanna. W opowiadaniu Rewizja dla narratora(-torki) nieważne jest, dlaczego przeprowadzano rewizję, czy coś znaleziono, jakie były jej skutki dla dorosłych. Istotne były wrażenia, które się z tym łączyły: przeżywanie tego aktu terroru. Opowiada więc szczegóły ważne na równi z nieważnymi, związane bezpośrednio z opisywanym wydarzeniem i niezwiązane, wyrwane z pamięci fragmenty zdarzeń, przytoczone na zasadzie odtwarzanego strumienia świadomości, i to świadomości dziecka. Nie wiemy, skąd nagle wpleciona jest tu opowieść o Żydach, o Moszce („artyście na obie ręce”), który miał kuźnię, o jego platonicznej miłości do Zosi itd. Są to typowe opowieści dziecka: takie niby beznamiętne, pozornie chaotyczne, w których najważniejsze wydają się emocje.  

Ale nie we wszystkich poematach występuje wyraźny podmiot-narrator. W Mogiłkach jest pewna dwubieżność czasu – odtwarzanie dzieciństwa: „można biegać || Ile dusza zapragnie || Byle nie śmiać się głośno || Smakować lizaki”, a parę wersów dalej jest pokazanie tego dzieciństwa z dystansu dorosłości: „Jeszcze kwitną lipy, sławią urodę ziemi ptaki || I wszyscy jesteśmy razem || Jak za najlepszych czasów dzieciństwa”. To wymieszanie okresów czasu akcentuje „nieokreśloność”, „niewymiarowość” ludzkiego bytu, a nawet jakby „niejednostkowość” bohaterów. W tych opowieściach Ireny Żukowskiej-Rumin mówi się właściwie o kondycji człowieczej w ogóle. Żywi mieszają się ze zmarłymi, zmarli są przedstawieni jak żywi. Choćby taki opis: „Tutaj pod ziemią szlag zapewne trafia || Żywego jak srebro Jerzyka || [...] Na ławce przysiada sędziwa żona || I trudno mu ją rozpoznać || Po tylu latach niewidzenia || Tłoczą się dzieci i dzieci dzieci || I nie sposób zrozumieć dlaczego || On się zerwać na równe nogi nie może” (Mogiłki).

Tak. Nie sposób zrozumieć istoty śmierci. Ale i istoty życia, i człowieczeństwa, i świata. I to właśnie jest sednem Emblemów – ta niepojętość spraw nie tylko ostatecznych, eschatologicznych, którym większość tych poematów jest poświęcona (umieranie i śmierć oraz okoliczności z tym stanem związane), ale też ogromna zawiłość spraw ziemskich. My wszyscy – mówi za pomocą symboli Autorka – niby żyjemy tu na tym świecie, a jakbyśmy już utożsamili się z tymi, którzy odeszli: „I jak tu nie ufać wileńskiemu poecie” – czytamy – „Głoszącemu prawdę o spotkaniu żywych i umarłych || Gdy rzeczy niewidzialne stają się widzialne || I są na wyciągnięcie ręki” (Mogiłki). U Ruminowej to, co realne miesza się z tym, co nieuchwytne, symboliczne, przeczuwalne lub prawie namacalne. „Inny” świat. I wyraźne przypominanie, że wszyscy zmierzamy do swojego kresu, ale najczęściej nie zdajemy sobie z tego sprawy. „Na razie jednak w masie człowieczej || Niesie nas do nich w odwiedziny || Śpiew liturgiczny i zapach wosku z rozświetlonej kaplicy || Krok po kroku się pospieszamy...” (Mogiłki).

Żyjemy w nieświadomości, zdaje się mówić Autorka, jak te „pijanice”. Jeden z najbardziej symbolicznych jej poematów, obok Emblemów, to właśnie Pijanice, którego pointa brzmi: „I można nas było opisać na wiele sposobów || Trumnę niosących otwartą || [...] Nasz kondukt jednak nie ma żadnej pointy || I można powiedzieć, że nigdzie nie zmierza.|| Serca i oczy pozostają przymknięte. || Jak to się zdarza pijanym”. Czy trzeba wyraźniej nazywać te nienazwane rzeczy? To „Dokąd zmierzamy”?

Akcja poematów Żukowskiej-Rumin toczy się w jakiejś nieokreślonej Puszczy, o której narrator-podmiot mówi: „Trwamy tam wszyscy do dzisiaj || Niczym w wiecznym ogrodzie || O którym czyta się w księgach || I za którym tęskno poetom” (Emblema). Chodzi oczywiście o Raj, zwany w poezji Edenem lub Arkadią. Tym „ogrodem” jest dana nam „ziemia, nad którą stąpaliśmy wspólnie” (Rewizja), nasze bytowanie na niej i ciągłe obcowanie ze śmiercią i z tymi, którzy już odeszli. Religia chrześcijańska nazywa to „świętych obcowaniem”. Ruminowa poświęca im piękne poemaciki, a zwłaszcza niezwykłą elegię filozoficzną Mogiłki. Żyjemy i przemijamy, aż trudno w to uwierzyć. Kojarzy mi się tu myśl z „I Elegii duinejskiej” R. M. Rilkego:

Żyjący wciąż popełniają

wszyscy ten błąd, że odróżniają zbyt mocno.

Anioły – jak niesie wieść – często nie wiedzą, czy idą

między żywymi, czy umarłymi. Prąd wieczny

przez oba kręgi porywa pokolenia ludzkie,

unosząc wiecznie ze sobą [...]

(Elegia I, tł. M. Jastrun).

Coś z tego klimatu jest w poezji Ruminowej. Ona, podobnie jak aniołowie nie chce zbytnio odróżniać żywych od zmarłych w ludzkim prądzie pokoleń. Dzięki temu unosi się z tej poezji jakiś nastrój metafizyki, wzniosłości i dziwnej nostalgii.

Przyczynia się do tego też język i styl tych poematów. Poetka unika ozdobności, narracja jest zdumiewająco prosta, język taki zwyczajny, niemal potoczny, z rzadka pojawiają się metafory. Poetka łączy tę stylizowaną, wyrafinowaną wprost prostotę językową z dużą kulturą literacką, która przejawia się w przywoływaniu licznych nazwisk z literatury i sztuki, jak Mickiewicz, Słowacki, Kasprowicz, Białoszewski i in. Nie omieszkała też Autorka napomknąć aluzyjnie o Traktacie o łuskaniu fasoli Myśliwskiego, przez co uwypukliła ton symboliczno-filozoficzny swojego poematu. Już przez wcześniejsze swoje tomy poezji wpisała się Irena Żukowska-Rumin w krąg poetów tzw. kulturowych, a więc bazujących na symbolach, motywach i wątkach rozpowszechnionych w kulturze, a w kolejnym swoim dziełku przypieczętowała tę przynależność, pogłębiając w dodatku płaszczyznę filozoficzną swych utworów. Jej poezja jest nie tylko mądra, ale i piękna, i ciekawa. Można się nią zafascynować, tyle daje przemyśleń. Czyta się ją jednym tchem, i to niejednokrotnie.

Poetyckie muzeum przeszłości – „Alexandreis”. Niezmiennie od paru lat jestem zauroczona poetyckim światem Ireny Żukowskiej-Rumin. Nowy jej zbiorek poezji pt. Alexandreis (2011) również prezentuje wizję świata, która sugestywnie się nam udziela wraz z całym klimatem nostalgii. A jest to nostalgia za „minionym”, bo świat, który Poetka ukazuje, już nie istnieje. Jest to świat poetycko wywołany z niebytu, ale z taką mistrzowską precyzją wybranych szczegółów, że wszystko staje przed nami jak żywe. Autorka potrafi nas wciągnąć w tryby minionego czasu do tego stopnia, że mamy wrażenie, iż uczestniczymy w nim „na żywo”.

Na tomik składa się, jak w poprzednim zbiorku, dziewięć niewielkich poematów epickich, poetyckich opowieści, o specyficznym charakterze, które Autorka zaliczyła do tzw. aleksandreidów[3], o czym zresztą mówi tytuł tomu. Każdy z tych utworów zawiera inną tematykę i inny problem, ale łączy je podobne widzenie ludzi i świata. Poetka w każdym z tych poemacików przedstawia albo jakąś ciekawą postać, która już nie żyje, albo ciekawy wycinek rzeczywistości, która również już przeminęła z wiekiem XX. Jest to rodzaj wspomnień, przepojonych refleksją historiozoficzną, ale przede wszystkim wspomnianą już nostalgią, która wprowadza element liryczny do tej poezji. Nie są to liryczne dygresje, ale ogólne zabarwienie opisu i jakaś gra językowa, którą można by nazwać dialogiem narratora z opisywanym światem. Elementem lirycznym jest też w każdym z tych utworów narrator-podmiot, mówiący „ja” lub „my”, czyli występujący w imieniu jakiejś zbiorowości. Czy zawsze narrator to porte parole autora? Wydaje się, że tak. Właśnie ta gra językowa włożona w usta narratora to wyraźne stanowisko intelektualne czy filozoficzno-etyczne Poetki, a także jej emocjonalna zrównoważona postawa. Jakże daleko odeszła Autorka w tej postawie psychicznej od swojego pierwszego zbiorku, Tryptyk, dość burzliwego emocjonalnie i ekspresyjnego.

Narratorzy w poszczególnych poematach snują swoją relację beznamiętnie, a my, czytelnicy, czujemy się mimo to stopniowo coraz bardziej wciągnięci w bieg opisywanych wydarzeń i niemal zmysłowo dotykamy realiów, a nawet smakujemy to, co ukazane na poetyckiej tacy. Są w tych wspomnieniach np. malownicze opisy domów, ich wyposażenia, jak sień, pokoje, kuchnia, spiżarnia ze swoją zawartością; opisy ogrodów, sadów, także opisy narzędzi, które już wyszły z użycia itp. Już w pierwszej z tych poetyckich opowieści – „Kamienny kwadrat” – to wszystko, choć takie namacalne, okazuje się nieobecne, bo przeminęło. Tematem nadrzędnym wydaje się tu przeto przemijanie. Wszystko to jawi się przed naszymi oczami plastycznie jak autentyczne, jak byśmy tam byli, oglądali to. W naszej wyobraźni staje dworek szlachecki, drobiazgowo odtworzony. Lecz przywołuje się nas równocześnie do realności: „Ale nie witał nas sad pełen jabłoni grusz i śliw wielorakich”; „Nie było ścieżki do sadu zapachu owoców | Trzmieli i os i trzymania się od nich z daleka || Pszczół ciężkich od miodu w koszyczkach odnóży | Zupełnie nie było | Gdzie się podziały maki i dynie” itd. To wszystko takie prawdziwe, wyraźne – niby jest, a już nie ma. Ten dawniej żywy, bujny świat – zarasta chwastami, łopianami, lebiodą. „Ludzi nie było zupełnie. Stali na ganku | Patrzyli pogodnie przed siebie...”. Ale patrzyli wirtualnie: tylko w poemacie. Jest to świat zamknięty w czasie. Zresztą sam tytuł utworu „Kamienny kwadrat” sugeruje coś zamkniętego: „Depcząc zielsko znaleźliśmy kamień | [...] kamienny kwadrat | Figurę jak koło doskonałą | Na niej zrąb domu się wspierał | Tych których już nie ma” (s. 5). W tym pierwszym minieposie wyraźnie już zaznaczone jest traktowanie tego świata jako miejsca-archetypu. Jakaś wzorcowość, coś, co się powtarzało w danej epoce. Prototypem było zapewne wspomnienie Autorki konkretnego miejsca, może wyjątkowy sentyment do niego, ale opisane – stało się miejscem-muzeum. Zresztą ten motyw powtórzy się w opowieści „Ksenia”. Muzealność ujęcia tematu wydaje się podstawową metodą oglądu świata przez Poetkę.

Irena Ruminowa od samego początku osadza swoje utwory w nurcie poezji kulturowej, odwołując się do motywów starego dziedzictwa kulturowego basenu Morza Śródziemnego, ale tym razem te odwołania mają bardziej symboliczne znaczenie, archetypiczne, mniej dosłownie pojmowane. Wydają się raczej uogólnieniami, jakby tylko znakami semantycznymi, które nam coś przypominają. Jest to rodzaj syntezy dziejów naszej kultury. Obok tych bardzo licznych, ale raczej ogólnych odwołań do toposów, np. kultury starożytnej czy średniowiecznej, obok tych reminiscencji, czasem ledwie rozpoznawalnych mitów czy nawiązań do zabytków kultury europejskiej, Autorka skupia się głównie na tradycji rodzimej, polskiej, na osobistych przeżyciach i wspomnieniach, które uogólnione stają się wielką poezją.

Jaki jest sens pokazywania tego minionego świata w pojęciu Autorki? Chyba odpowiedzą nam na to pytanie słowa z poematu: „Szliśmy do tego miejsca jak do źródła wody żywej”. Stanowią one klamrę otwierającą i zamykającą utwór, ale też otwierają cały tomik. A „woda żywa” to nasza tradycja, źródło naszej kulturowej i narodowej tożsamości oraz wartości, którymi się kierujemy w życiu.

Rzućmy jeszcze okiem na poemacik „Ksenia”, ważny ze względu nie tylko na samą zawartość treściową, ale też na konstrukcję: stanowi bowiem oryginalne „muzeum w wierszu”, jak sama Autorka określa. Bohaterka-narratorka rozpoczyna swój monolog od stereotypowej apostrofy – „Proszę wycieczki”, która bywa często żartobliwym sloganem. Ale tu podkreślenie muzealności rzutuje na cały zbiorek i jego wymowę. Jesteśmy więc w muzeum świata, świata, który przeminął. To wycieczka w przeszłość.

„Proszę wycieczki oto życie moje” itd. Narratorka dziedziny swojego życia widzi w kategoriach eksponatów, poukładanych w poszczególnych salach muzealnych. Wśród dziedzin tzw. przyziemnych, jak zainteresowania kulinarne, zresztą bardzo apetycznie poetycko wyeksponowane, świadczące o wysokiej kulturze życia codziennego, są dziedziny reprezentujące bogatą kulturę intelektualno-artystyczną tej bohaterki z wyższej sfery społecznej, arystokratki także duchowej (główne dziedziny zainteresowań to muzyka, literatura). Na uwagę w tym utworze zasługują reminiscencje literatury i pieśni odnoszące się do naszej tradycji patriotycznej. Są to znane nawiązania do wielkich wydarzeń historycznych, także do czasów drugiej wojny światowej.

Trochę inną tematykę znajdziemy w ostatniej opowieści „Chutor”. Narrator czy narratorka, wypowiadająca się w imieniu grupy: „my”, „nas”, wspomina z nostalgią epizod ze swojej tragicznej sytuacji życiowej, bo z podróży na zesłanie. Jest to jeden z noclegów w przychylnym zesłańcom chutorze, gdzie mogli się posilić i wyspać wygodnie. Ale i to wspomnienie odchodzi w niepamięć jakby go nie było: „I śniło nam się napadli nas zbójcy | [...] Chutor spalili jak dym się rozwiał | I nikt nie widział go więcej || I czasem tylko miechy harmonii | Opowieść tęskną o chutorze niosły [...]”. To też tematyka dotycząca ważnej spuścizny narodowej, i to wyjątkowo bolesnej.

Parę spośród swych opowieści poetyckich Autorka poświęca ciekawym osobom. Należy do nich „Terencjusz”, którego imię kojarzy się nam z rzymskim komediopisarzem Publiusem Terentiusem Aferem i z jego sekwencją: „Nic, co ludzkie, nie jest mi obce”. Imię Terencjusz było używane również w Polsce i dzieje bohatera utworu głównie na polską rzeczywistość nas kierują, ale i on mógł powtórzyć maksymę swego imiennika: „Nic, co ludzkie...”. Ten „starzec blisko stuletni” przeżył typowe dla jego pokolenia koleje losu, jak groźne choroby dziecięce, więzienie w twierdzy, udział w pierwszej wojnie światowej, kiedy to jako pacyfista, biegnąc wśród kul, nie strzelał do wrogów, był też w niewoli, gdzie leczył chorych. Przeżył wiele innych zdarzeń, czemu sam się dziwi i Bogu za takie życie dziękuje. A na koniec stawia zasadnicze pytania, niezwykle ważne również dla nas:

Czyż byłem tylko odtwórcą jakiejś dziwnej roli

Co wpisywała moje życie w ponury tok dziejów

Czy prowadzono mnie wszędzie tam specjalnie

Gdzie garbił się wiek dwudziesty

Czy to ja grałem czy też mną grano [...]

I czy świat jest lepszy niźli go zastałem

Ważne są te jego pytania dla każdego z nas osobno, dla narodu i w ogóle dla zbiorowości ludzkiej. Wielu z nas zadaje sobie te bolesne pytania, np. „czy świat jest lepszy niźli go zastałem”?

Również bohater opowieści „Alexandreis” stawia pytania zasadnicze: Po co człowiek się rodzi? Dokonuje wielu ważnych rzeczy, zakłada rodzinę, rodzi dzieci, ale czy to jest główny cel bycia na ziemi? Po to, żeby umrzeć? „Kosmos nad tobą trwa nieogarniony | I w tobie dudni miliardem komórek | Miałeś być inny, być poszczególny || A nie jak kurz jakiś co chwilę wiruje”. Dla jednych z nas dudnienie kosmosu „miliardem komórek” w człowieku jest cudem i zdumieniem, dla innych buntem z powodu małości w wielości.

„Leoncjusz”, kolejny utwór w tomiku, to głębokie poetyckie studium psychologiczne człowieka uzależnionego od alkoholu. Typowe zachowania, typowe przeżycia wewnętrzne, w tym wstyd i cierpienie. Równocześnie podmiot-narrator wierzy w swoje talenty i zawodowo się w pełni realizuje. I znowu stwierdzamy, że Autorka stworzyła tu mistrzowską kreację człowieka o tej ludzkiej słabości, można powiedzieć – archetyp człowieka uzależnionego od nałogu.

Jest też w tomiku opowieść o doskonałym małżeństwie, czyli klasyczny archetyp małżeństwa w utworze „Ignacy i Hanna”. Nie pominęła tu problemów, które wysuwają się cały czas na miejsce naczelne w zbiorze, i pytań o sens dziejów: „Pielęgnowaliśmy jednak to co zwą tradycją” albo „Nad nami szumiała historia niosła ludzi na wojny | Wyganiała z domów w stronę śmierci | I gdyby popatrzeć na to z góry | Na to ludzkie mrowisko i ognie piekielne | Trudno byłoby dostrzec jakiś ogólniejszy zamysł | Tak samo boski jak i ludzki”. I w końcu bohaterowie (małżeństwo) konkludują: „Szum może niepokoić doskwierać harmider | Jeśli się jednak uprze pośród przepychanek | Wyłowi się to co najważniejsze”. A więc wciąż wartości wyższe jako przesłanie zasadnicze.

Irena Ruminowa w utworze „Symcha, czyli poganiacze gęsi” utrwala też literacko pamięć o wstrząsających wiejskich praktykach dotyczących pędzenia całymi milami i całymi dniami stad gęsi na skup, na rzeź. Było to pędzenie niehumanitarne, przeraźliwe tak ze względu na sytuację bytową gęsi, jak i poganiających je mężczyzn, którzy w strasznych warunkach żyli i spędzali noclegi podczas tej wyprawy.

Podsumowując, trzeba zauważyć, że mimo iż w tomiku jest kilku narratorów, bo w poszczególnych opowieściach występują odrębni, to wyczuwa się jednego narratora jak gdyby nadrzędnego, który swoim bystrym okiem postrzega świat w swoisty sposób i opowiada go. Narrator ten (narratorka) na wszystko patrzy z góry, z perspektywy nie tylko minionego czasu, ale też i z dystansem intelektualno-emocjonalnym. Jest tu nostalgia, nie ma rozpaczy, że tamte czasy już nie wrócą. W sposobie patrzenia zaś na rodzaj ludzki z wielką wyrozumiałością dla jego słabości jest jakaś wzniosłość, nawet wielkość, choć nie pomija się małości.

Jest to filtr artystyczno-duchowy Poetki, doskonałej obserwatorki, wrażliwej na ludzką dolę i niedolę, wrażliwej na piękno, która swą bogatą wyobraźnią przetwarza to, co postrzega, w archetypiczny obraz świata. W jej relacji znakomite są zarówno jednostkowo widziane postacie (bogate duchowo i ciekawe psychicznie) oraz poszczególne realia świata, w którym ludzie żyją, jak i pojmowane w uogólnieniu – właśnie archetypicznie, jako przedstawiciele rodzaju ludzkiego czy okazy świata materialnego oraz przyrody. U Ruminowej dostrzegamy wyraźnie pewne wzorce funkcjonujące w świecie. Dzięki tej swoistej formie patrzenia i prowadzenia relacji tematy nabierają znaczenia ogólnoludzkiego, uniwersalnego. Każda z prezentowanych postaci lub rzeczy czy każde z opisywanych wydarzeń staje się jakąś metaforą albo parabolą. Zaczyna obejmować ludzi lub sytuacje podobne. Wszystko nabiera szerszego wymiaru znaczeniowego. Pewnego rodzaju typiczność, a raczej archetypiczność. Ale pamiętamy, że wielkość poezji zawsze polega na stopniu uogólniania. Dlatego ta poezja tak nas fascynuje, potrafi zauroczyć. Ale potrafi nas też wprawić w zadumę nad światem, nad przemijaniem. Zmusza do stawiania sobie pytań za Autorką: Czy mają po naszym krótkim życiu pozostać tylko fotografie, osobiste nasze „muzea”, czy może coś więcej? Po co właściwie żyjemy?

Przy tych wszystkich wartościach poznawczych, etycznych, patriotycznych tej poezji nie możemy zapomnieć o jej walorach nade wszystko artystycznych. Poetka prezentuje na wskroś oryginalne widzenie świata, oryginalne „znoszenie” życia na tym świecie wraz z jego urokami, ale i bolączkami, cierpieniami. Ta poezja uczy pogody ducha niezależnie od sytuacji życiowej, od wypadków losu. Zadziwiająca głębia i dystans wobec ludzkiego – swojego – losu.

Biogram. Ur. 10 czerwca 1950 w Hajnówce. Absolwentka filologii polskiej Uniwersytetu Warszawskiego i studiów podyplomowych na Uniwersytecie Jagiellońskim. Autorka scenariuszy lekcji „Lekcja polskiego” (1998), „Lekcja polskiego z oknem w tle” (2005), oraz kilkudziesięciu artykułów metodycznych i esejów publikowanych m.in. w: „Języku Polskim w Szkole Średniej”, „Inspiracjach Polonistycznych”, „Języku Polskim w Liceum”, „Kwartalniku Polonistycznym” „4x Nobel”. Członek ZLP.

Wydała tomiki poetyckie: „Pierrot” (1996), „Tryptyk” (1996), „Kolombina” (1999), „Sancho Pansa„ (2003), „Emblema„ (2008), „Alexandreis” (2011). Wiersze publikowała też w „Przemianach”, „Słowie Ludu”, „Ikarze”, „Świętokrzyskim Kwartalniku Literackim”, „Teraz”, „Radostowej” oraz w antologiach. Opracowała i wydała cztery tomiki poezji uczniowskiej. Stypendystka Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego (1999, 2000)

Członek ZLP. Wydała tomiki poetyckie: „Pierrot” (1996), „Tryptyk” (1996), „Kolombina” (1999), „Sancho Pansa” (2003), „Emblema” (2008). „Alexandreis” (2011).

 

Wydała tomiki poetyckie: „Pierrot” (1996), „Tryptyk” (1996), „Kolombina” (1999), „Sancho Pansa„ (2003), „Emblema„ (2008), „Alexandreis” (2011). Wiersze publikowała też w „Przemianach”, „Słowie Ludu”, „Ikarze”, „Świętokrzyskim Kwartalniku Literackim”, „Teraz”, „Radostowej” oraz w antologiach. Opracowała i wydała cztery tomiki poezji uczniowskiej. Stypendystka Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego (1999, 2000)

Członek ZLP. Wydała tomiki poetyckie: „Pierrot” (1996), „Tryptyk” (1996), „Kolombina” (1999), „Sancho Pansa” (2003), „Emblema” (2008). „Alexandreis” (2011)

 



Przypisy

[1] Posłowie do Sancho Pansy pt. Wyprowadzić z cienia, s. 71.

[2] W Słowniku terminów literackich pod red. J. Sławińskiego (wyd. 2 poszerz. i popraw., Wrocław... 1988) m. in. czytamy: „utwór poetycki o charakterze epigramatycznym (-> epigramat), będący refleksyjno-moralistycznym komenta­rzem i rozwinięciem znaczeń sugerowanych przez obraz i napis. [...] W Polsce emblematyka była szczególnie popularna w baroku”.

[3] Nazwa tego gatunku wywodzi się z późnośredniowiecznych epickich utworów francuskich, poświęconych Aleksandrowi Wielkiemu, zwłaszcza z poematu Gautiera de Châtillon pt. właśnie Aleksandreis. Autor poematu, podobnie jak inni twórcy eposów o tym bohaterze, posłużył się częściowo prawdą historyczną dotyczącą tej postaci, ale w dużej mierze także legendami, mitami o nim i fikcją. Wprowadził ponadto do swego utworu ciekawe przemyślenia własne o świecie (por. aleksandreidy, Słowniku terminów literackich..., jak w przyp. 2).


Pin It