Romuald Karaś

 

NA PLEBANII W OTFINOWIE

                                                                                                             

 

sucharski szkolaWiosna 1908 roku rozpoczęła się w Gręboszowie ulewami. Potem padało i padało. Umiarkowanie, ale niemal bez przerwy. Rolnicy mieli trudności z rozpoczęciem prac polowych. Gleba nasiąkła wilgocią i nie przyjmowała wody. Tworzyły się kałuże i rozlewiska. Oziminy, zamiast zielenić się i rosnąć, żółkły. Tam, gdzie posadzono zagony kartofli, w bruzdach pełnych wody, taplały się dzikie kaczki. Bulwy, jeśli się już zawiązały, poczynały gnić.

 

Widmo głodu

 

Żniwa, zwykle upalne, tego roku były deszczowe. Rolnicy wyglądali słońca, jak zbawienia. Nie pojawiało się. Choć siąpiło, zaczęto kosić już dojrzałe zboża. Kłosy i kiście owsa, leżąc na ziemi, porastały. Większość gospodarzy, wiązała tedy zżęte zboża w snopki. Stały mokre, gdyż wciąż padało. Starzy ludzie mówili, że to zemsta Niebios. Pytanie: za czyje i za jakie grzechy? Czym zawinił teraz lud gręboszowski? W niepamięć poszła dawna wojna gromady z parafią. Ksiądz Piotr Halak wyciszył konflikt swych poprzedników – księży proboszczów Otowskiego i Kahla. Stosunki z Jakubem Bojko, wójtem i posłem w jednej osobie, czołowym przywódcą ruchu ludowego w Galicji, układały się nie najgorzej. Niekiedy tylko Bojko coś docinał księdzu na łamach „Przyjaciela Ludu”. Zresztą, widząc, że jego osoba zbytnio wadzi, mając już dosyć sporów i walk, w 1907 roku zrzekł się wójtostwa. Pełnił tylko funkcje posła do Sejmu Krajowego we Lwowie i Rady Państwa w Wiedniu. Ta jego absencja wójtowska trwała tylko dwa lata. Znów go wybrano na to stanowisko, nie mając nikogo lepszego. W sumie sytuacja w gminie Gręboszów przedstawiała się dość dobrze. Gdyby nie klęska deszczów życie układałoby się normalnie. Stało się jednak inaczej. Podczas nabożeństw, gdy kościół bywał pełen, przejmująco brzmiały słowa pieśni: „Od powietrza, głodu i wojny, zachowaj nas Panie”.

Widmo głodu stawało się coraz groźniejsze. I bliższe. Chleb i ziemniaki stanowiły podstawę wyżywienia ludności. Zanosiło się, że ich nie stanie.

Jan Bojko, dziadek Heńka Sucharskiego, z natury małomówny (kto wie, czy nie po nim wnuk odziedziczył tę cechę) rozgadał się o żywiołach suszy i wody. Uważał, że chłopu łatwiej przetrwać tę pierwszą klęskę żywiołową. Przywoływał w pamięci straszliwą posuchę, jaka nawiedziła Gręboszów w okresie walk gromady z parafią, kiedy w obieg weszło słowo klątwa. Studnie wtedy wyschły, Dunajec zamienił się w strużkę, ziemia była spękana, zboża dogorywały w spiekocie, łozina ziemniaków oklapła, a bulwy zamiast rosnąć, kurczyły się i niemal piekły od żaru słońca. Ale coś tam jednak udało się zebrać i przetrwać przednówek, poprzedzający zbiory w nowym już roku. Jaki los ich czeka po klęsce deszczy? Sczezła już nadzieja zbioru zbóż. O ziemniakach, które już pogniły, nikt nie wspominał.

Pola Sucharskich na Przykońcach, przysiółku Gręboszowa, leżały najniżej w gminie. Podsiąkały wodami Wisły i Dunajca. W okresach suszy to był plus. Teraz równało się to nieszczęściu. Najwcześniej i najbardziej dała się tu we znaki klęska ciągłych opadów deszczu. Pola stały w wodzie.

Biednemu zawsze wiatr w oczy. Szewc Sucharski stracił klientelę. Klęska na polach rolników odbiła się na położeniu materialnym jego rodziny. Ludzi nie stać było nie tylko na nowe buty, ale nawet na łatanie zdartych. Woleli chodzić boso, niż wydać pieniądze u szewca. Inne potrzeby stały się pierwszymi. Ci, co mieli jakieś środki, myśleli już o przednówku roku 1909 roku. Jak go przetrwać, czekając na nowe zbiory? Zawczasu kupowali na zapas zboże na chleb i na siewy ozimin. Ziarno z własnych pól nie nadawało się nawet na karmę dla świń.

Szewc Sucharski sprzedał konia na jarmarku w Żabnie. Zrobił to z ciężkim sercem, gdyż kary był spokojny, pracowity, a jadł niewiele. Nie wiadomo, czy poszedł w dobre ręce. Wiadomo, że został kupiony tanio, gdyż wielu rolników, gospodarujących na małym areale pól, wyzbywało się koni, nie będąc w stanie ich utrzymać z powodu katastrofalnych zbiorów. Ceny koni wobec ich nadmiaru na rynku, spadły, i to drastycznie.

 

Suplika

 

Poseł Bojko zdawał sobie sprawę z groźnego położenia wsi należących do gminy Gręboszów. Kataklizm zachwiał jego autorytetem. Cóż z tego, że stale interweniował w Dąbrowie Tarnowskiej, siedzibie starostwa, domagając się oszacowania szkód wyrządzonych przez anomalie pogodowe. Chłopi liczyli, że zostaną zwolnieni z płacenia podatku gruntowego. W najgorszym razie liczono na znaczne jego obniżenie. Ale z niezrozumiałych powodów nie pojawiał się na polach długo już wyczekiwany inspektor z powiatu. Najprawdopodobniej miał wiele pracy w innych gminach, także dotkniętych klęską żywiołową. Pretensje wsi spadały na głowę Bojki. Ten rozkładał bezradnie ręce, wszak nie był w stanie sprowadzić inspektora. W związku z tą jego bezradnością padały uwagi: „Posłać posła, za nim osła”. To były obelgi na jego honorze. Tak traktował te słowa. Oprócz wielu zwolenników w Gręboszowie miał też i sobie niechętnych ludzi, zaś wrogowie byli nań cięci i potrafili mu dopiec przy nadarzającej się okazji.

Co jakiś czas fama jednak niosła, że inspektor pojawił się w Gręboszowie. Kto tylko mógł, ten biegł do gminy. Wójt, następca Bojki, uważał, że to ktoś robi mu na złość, albo też stroi sobie głupie żarty. Czasem szeptano, że inspektor zjawił się przez zaskoczenie i dokonuje przeglądu pól, oszacowując straty. Szukano go tedy, ale daremnie.

Jakub Bojko nie zwykł przegrywać spraw lokalnych, gdy piastował stanowisko wójta. Teraz, jako poseł, wciąż interweniował we władzach powiatowych w Dąbrowie Tarnowskiej. Ale nie mógł nic wskórać. Kołatał więc w Sejmie Krajowym we Lwowie. Też niewiele zwojował. Sukces jednak odniósł tam na innym polu. Wniósł projekt ustawy o ochronie psów, ich rejestracji i podatkach z tym związanych, jakie przyszło płacić właścicielom. Kroki te podjął Bojko z dobroci serca, licząc na poprawę psiej doli. Do tego zmierzała regulacja prawna. W grę też wchodziło wykorzystanie postępów wiedzy weterynaryjnej. W krajach zachodniej Europy wprowadzono już szczepienia psów przeciwko wściekliźnie. Osiągnięcia Ludwika Pasteura pozwalały walczyć z groźnymi chorobami zwierząt i ludzi. Poseł Bojko stał się szermierzem popularyzacji bakteriologii. Propagował szczepienia przeciw chorobie drobiu, wąglikowi, różycy świń i wściekliźnie.

Ustawa, uchwalona przez Sejm Krajowy we Lwowie, obróciła się przeciwko Bojce. Jak też przeciw psom, które wypędzano z gospodarstw, aby nie płacić za nie podatków. Wiele psów tak nieludzko potraktowanych włóczyło się od jednego domostwa do drugiego. Każdy je przepędzał, tłumacząc dla świętego spokoju, że to nie jego pies. Dwa te słowa: „Nie mój”, weszły podówczas w obieg niemal powszechny. Głodne zwierzęta rzadko kiedy znajdowały nowego właściciela i schronienie. Jeden, tak wypędzony pies, trafił na Przykońce do zagrody Sucharskich. Już tu miano psa Burka, uwiązanego łańcuchem przy budzie. Po co był im drugi?! A zatem chciano go przepędzić, jak to zrobili już inni chłopi. Z ust Stanisława padły słowa „Nie mój”. Heniek wówczas, wbrew ojcu, ujął się za przybłędą. Na nic zdały się dodatkowe argumenty dziadka, ojca, czy brata Franka, że dwa psy w gospodarstwie tak małym, jak ich, to za dużo. Przecież jeden wystarczy. Na diabla więc drugi! Czym go zresztą przyjdzie karmić, skoro głód zaglądnie do garnka rodzinie? Chłopiec odpowiadał, że jedzeniem będzie dzielić się z Niemojem. Wtedy po raz pierwszy pojawiła się ta nazwa. I od tamtej pory pies wabił się Niemój. Reagował na to dziwne swoje imię, merdając ogonem. Był kudłatym, starym kundlem rudawej sierści. Miał brązowe ślepia i miłe spojrzenie, bardzo ufne. Takim na całe życie zapamiętał go Major, porównując do innych psów, jakie później mieli, czy jemu przyszło opiekować się tymi, które jako komendant Westerplatte odziedziczył po swym poprzedniku. Czasem w żartach powiadał: „Psy i ja to jedno”.

Tak więc zamiast inspektora, który miałby oszacować straty zbóż w polu z powodu deszczy, pojawił się na Przykońcach, przysiółku Gręboszowa, pies Niemój. Jako czworonóg powiększył lichy stan nierogacizny w jednomorgowym gospodarstwie szewca Sucharskiego. Miał swoją miskę i swego pana, lat dziesięć.

Na dworze wciąż siąpiło. Sucharscy, jak wielu innych gospodarzy w Gręboszowie, sprzątnęli do stodoły mokre snopki z pola. Próbowano coś z nimi zrobić, gdyż złożone pod dachem, pleśniały. Zaczęto cepami młócić na klepisku to na wpół przegniłe zboże. Ziarno cuchnęło. Po jego zmieleniu w żarnach, z takiej mąki nie dało się upiec chleba. Ryzykiem było też karmienie zwierząt stęchłą słomą i przegniłym ziarnem, przerobionym na ospę.

Po długim wyczekiwaniu zjawił się wreszcie w Gręboszowie mityczny pan inspektor. Atakowany przez rolników począł składać im obietnice. Nie dokonał jednak szacunku strat, gdyż było już po żniwach. To ustalił. Na dalekie Przykońce tym bardziej się nie pofatygował i do stodoły Sucharskich nie zajrzał.

Po feralnej wiośnie, katastrofalnym lecie i trochę suchszej jesieni,  przyszła wcześnie zima. Zmroziła błoto. Z rozlewisk potworzyły się lodowiska. Chłopcy po lekcjach, na tak zwanych kopytkach, przypominających łyżwy, ślizgali się do zmroku. Heniek Sucharski też się z nimi tak zabawiał. Po czterech latach nauki już kończył edukację w gręboszowskiej szkole. Nie bardzo wiedział, co ma robić po uzyskaniu świadectwa. Chciałby wprawdzie uczyć się w gimnazjum, ale to wymagało pieniędzy, których rodzina nie miała.

Z powodu katastrofy na polach, święta Bożego Narodzenia obchodzono biednie. Na domiar złego spodziewano się wizyty komornika, gdyż rolnicy nie popłacili podatków. Ale poseł Bojko nie dawał za wygrane. Znów prowadził kampanię w sprawie szacunku szkód spowodowanych przez kataklizm pogodowy Roku Pańskiego 1908. Interweniował na wysokim szczeblu. Zgodnie z wielowiekową tradycją przygotował chłopską suplikę. Adresatem był Michał Bobrzyński, wybitny historyk, profesor historii prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego, współtwórca tak zwanej historycznej szkoły krakowskiej, przywódca stańczyków, krakowskiego ugrupowania konserwatystów. W 1885 roku wybrany posłem do Sejmu Krajowego we Lwowie i do austriackiej Rady Państwa w Wiedniu, w latach 1891 - 1901 wiceprezydent Rady Szkolnej Krajowej, w 1908 roku rozpoczął pełnić funkcję namiestnika Galicji, sprawowaną do roku 1913.

Do Michała Bobrzyńskiego


Wiedeń, dnia 9. 12. 1908 r.

Wasza Ekscelencjo!

 

Postanowiłem ostatecznie wnieść moją żałobę do Waszej Ekscelencji, bo tę drogę uważam dotąd za jedynie kompetentną i myślę, że przecież zawstydzony nie będę.

Gmina Gręboszów, jak również inne gminy powiatu dąbrowskiego wniosły w swoim czasie wykazy szkód polnych przez słoty wyrządzonych, a gdzieś w sierpniu zjechał inspektor Mycorz, a nie zastawszy już wiele na polu zboża miał chęci nic nie przyznać ludziom poszkodowanym. Trudno było przecież czekać ludziom, aż pan inspektor przybędzie do gminy i trzymać resztki zgniłego zboża na polu. Pan inspektor wyszedł na wieś z metakratorami [!? merkator = kupiec], by to choć szacować, co jest (a jeszcze sporo tego było w polu), ale zawrócił się z drogi i powiedział, że w pole nie pojedzie, a przyjmie ogólnie całe plony do 1/3 zniszczenia. Tymczasem ku memu przerażeniu gmina dostaje wiadomość z starostwa, że żadnego upustu w podatkach nie dostanie, bo zebrała zboże wcześniej, niż inspektor na pole przybył. Żeby choć te pola obszedł i uznał, które były jeszcze nie sprzątnione, ale nie, on uśpił nas oną obietnicą, a dziś wobec takiej klęski jednego halerza upustu nam nie przyznano! Coś podobnego nie pamiętam sobie i jeżeli Wasza Ekscelencja nie raczy poprzeć rekursu gminnego, który się wnieść ma do Dyrekcji Skarbu, to przecież będzie krzywda o pomstę wołająca, a nie tylko inspektora, który przeszedł zdzierstwem urzędników nawet rosyjskich. Gręboszów ma taką historię. Moskwa [dr Józef Moskwa, adwokat, rywal polityczny Bojki, jak tez stańczyków] się cieszy mówiąc, że to jest woda na jego młyn, a to jest tylko nieuczciwość inspektora, który przeszedł zdzierstwem urzędników nawet rosyjskich.[…]

Pełen szacunku i ufności sługa

            J. Bojko

 

 

Suplikę podpisał Bojko skrótem swego nazwiska (imię zawiera tylko pierwszą literę). Jako autor zdaje sobie sprawę, że namiestnik Galicji i Lodomerii wie, kim jest nadawca prośby. Nie musi też podawać stanowiska, jakie piastuje: posła obu ciał parlamentach w Cesarstwie Austrio-Węgierskim. Jego rola w PSL jest już powszechnie znana. Liczy się jako pisarz i publicysta. Profesor Bobrzyński wie o chłopie z Gręboszowa wiele. Ostatnio Bojko, po tak zwanej psiej ustawie, wszczął kampanię w kwestii godności chłopskiej, poniewieranej w urzędach. Sprzeciwił się „tykaniu” i „wykaniu” interesantów. Zwroty „ty” i „wy” winny zostać zastąpione słowem „pan”. Dzięki temu nastąpi odcięcie się od niechlubnej przeszłości szlacheckiej.

Echa tej wojny o godność chłopską znajdą wyraz w rodzinie Sucharskich. Strojąc żarty z poselskich postulatów Kuby Bojki, zaczęto sobie paniać. Nawet smarkacz Heniek nazywany bywał panem Henrykiem. A pies Niemój wabił się panem Niemojem.

Dla profesora Bobrzyńskiego, sprawującego urząd namiestnika, Jakub Bojko jest postacią znaną i znaczącą. Wybił się na tyle w życiu politycznym i społecznym, że z dumą umieszcza swoje nazwisko pod pismem, skierowanym do urzędu namiestnikowskiego.

Bojko zwraca się do przywódcy stańczyków, stronnictwa, które nie tak dawno sponiewierał w polemice prasowej, odsądzając je od czci i wiary. W suplice występuje jako reprezentant wsi, jej przedstawiciel. Legitymuje się jedynie swym nazwiskiem. Nazwiskiem, które wiele już znaczy. Niebawem Bojko okaże się, o dziwo, rzecznikiem współpracy parlamentarnej ze stańczykami, ugrupowaniem konserwatystów krakowskich. Dzięki temu PSL wzmocni swą pozycję w parlamencie, stanie się partią, która zacznie przyciągać w swoje szeregi nie tylko chłopów, ale także inteligentów. Nawet Żydzi, właściciele majątków ziemskich, członkowie PSL jak Mojżesz Kanarek, będą zwracać się do siebie  per kolego, gdyż tak przyjęto mawiać w Stronnictwie. A to wszystko dzieje się w dużej mierze za sprawą Bojki, pana posła z galicyjskiej wsi Gręboszów.

Taki to jest ten trochę przyszywany wuj Heńka Sucharskiego. O tej suplice Bojki głośno będzie w Gręboszowie. Ekscelencja namiestnik Bobrzyński uzna racje posła. Sprawa wróci do powiatu i rolnicy zostaną w dużym stopniu zwolnieni od podatku w roku klęki żywiołowej.

 

Triumwirat

 

„Przedłużeniem nauki w gręboszowskiej szkole była tzw. szkoła niedzielna. Henryk w roku szkolnym 1908/1909 kontynuował naukę w czteroklasowej szkole w Otfinowie nad Dunajcem. Nie znana jest przyczyna przeniesienia młodego Sucharskiego do oddalonej o ponad 12 km szkoły. Wypisane na zakończenie roku szkolnego świadectwo nic także nie wyjaśnia poza tym, że naukę w Gręboszowie zakończył w 1909 roku i że dalsze miesiące nauki spędził w Otfinowie”.

Tak sprawę przedstawia Andrzej Drzycimski w biografii Major Sucharski. W przypisie dodaje, że oryginał świadectwa ukończenia szkoły w Otfinowie jest w posiadaniu Stanisławy Górnikiewicz-Kurowskiej. To pisarka, opiekunka westerplatczyków, autorka książek poświęconych ich losom. Jej zasługą jest także to, że zgromadziła pamiątki po dowódcy Westerplatte.

Major niechętnie wspominał okoliczności swej nauki w Otfinowie. W kilku życiorysach wręcz pomija ten kilkumiesięczny pobyt we wsi mającej rangę nie gorszą, niż jego rodzinny Gręboszów. Jedno jest pewne: chłopiec pojawił się w Otfinowie nie z własnej woli. Ksiądz doktor Ryszard Banach, pochodzący ze wsi Karsy, parafia Gręboszów, zajmował się dociekliwie biografią sławnego krajana. Według opowieści starych ludzi pamiętających feralny rok 1908, ów exodus Heńka Sucharskiego był wynikiem starań księdza proboszcza Halaka. Duchowny ten, zaniepokojony biedą w rodzinie Sucharskich, uprosił proboszcza w Otfinowie, aby przyjął na prebendę gręboszowskiego ministranta, ucznia, który przez kilka miesięcy będzie kontynuować dalszą naukę w tak zwanej klasie uzupełniającej. Dawałoby to szansę pomyślnego zdania egzaminów do szkoły średniej, na czym proboszczowi Halakowi bardzo zależało z uwagi na zdolności podopiecznego chłopca, jego pracowitość i sumienność.

Załatwienie tej sprawy nie było łatwe. Otfinów leżał wprawdzie na terenach wyższych niż Gręboszów, ale zmasowane opady deszczu, występujące przez wiele miesięcy, dokonały i tutaj niebywałych spustoszeń w rolnictwie. W zachowanej kronice parafii Otfinów czytamy pod datą 1908 roku: „Całe lato deszcze, i jakich ludzie nie pamiętają, wskutek czego zgniło zboże w polu i ziemniaki takowoż – a zatem głód i nędza”. To zapis niezwykłej wagi. Tłumaczy, dlaczego na prebendzie w Otfinowie schroniła się duża grupa nędzarzy z całej gminy. Przyszło ich żywić na co dzień. Ksiądz Halak musiał użyć nie lada argumentów, aby skłonić tamtejszego proboszcza do przyjęcia pod opiekę Heńka Sucharskiego.

Oto inne spojrzenie na tę sprawę. Wielu mieszkańców Otfinowa patrzyło kosym okiem na rozgłos, jaki zdobył Gręboszów z powodu Klątwy Wyspiańskiego. Według nich była to wątpliwa sława. Czym tu się chwalić? Romansem księdza z młodą gospodynią? Jej nieślubnym potomstwem? Stosem ofiarnym, w którym giną matka i jej bękarty? Taką sztukę, w której z imienia występuje Gręboszów, należało wstydliwie przemilczeć. Przy okazji dostało się i żonie autora Klątwy. Pochodziła z pobliskich Konar i miała opinię pleciugi wedle zdania liczących się gospodarzy tej wsi. Wyspiański uwierzył w jej bajdurzenia, i powstała tragedyja, która mija się z prawdą. Taką genezę sztuki stworzono w Otfinowie, krok od Gręboszowa, w którym trwały spory gromady z plebanem, włącznie z jej dramatycznym finałem.

Otfinów miał ponoć większe szczęście do kapłanów. Autorytetem i sławą cieszył się proboszcz ksiądz Józef Kasprzak (1840-1905), syn rolnika. Zdobył tytuł doktora teologii, obroniony w Wiedniu; dłuższy czas był profesorem zwyczajnym w tarnowskim seminarium. Odznaczał się dużą odwagą i niezależnością poglądów. Potrafił sprzeciwić się biskupom zwalczającym ruch ludowy w Tarnowskiem. Pisał: „Polskie Stronnictwo Ludowe walczy o święte prawa i wcześniej czy później zwyciężyć musi”. Pozostawał w bliskich kontaktach z Jakubem Bojką. W okresie walki z księżmi Otowskim i Kahlem, gręboszowski wójt przyjeżdżał do Otfinowa z rodziną na niedzielne nabożeństwa i tutaj, jak wieść niosła, odbywał spowiedzi wielkanocne. Z księdzem doktorem Kasprzakiem toczyli rozmowy o tym, że kiedy nastanie wolna Polska, to chłopi winni być jej pełnoprawnymi obywatelami. Wielowiekowa pańszczyzna to był okres niewolnictwa, który nasączył duszę chłopską nienawiścią do państwa, zwanego Rzeczypospolitą. Zastanawiali się, jak zatrutą duszę włościan uczynić wolną? Co zrobić, aby chłopi poczuli się Polakami, a nie ludźmi drugiej czy trzeciej kategorii? Przyświecało im w tych rozważaniach kościuszkowskie hasło: żywią i bronią. Kuba Bojko zwykł cytować wiersz Konopnickiej O chorągwi kosynierów:

Kosa z piką na krzyż w snopie

Z Orłem i Pogonią

Dookoła napis cudny:

„Żywią nas i bronią!”

           

Heniek Sucharski już nie trafi pod opiekuńcze skrzydła księdza doktora Kasprzaka. Probostwo po zmarłym objął w1905 roku ksiądz Piotr Podolski (1863-1932), szlachcic z urodzenia, herbu Nałęcz. Księża z rodowodem chłopskim uważają, że to panisko. Portretowe zdjęcie ukazuje twarz Sarmaty, który władczo stąpa po ziemi i ma swój świat, niezależny od środowiska, w którym przyjdzie mu sprawować rząd dusz. Według Jakuba Bojki stał się on ludożercą w Tarnowskiem. Toczył otwartą walkę z PSL, a potem z PSL Piast. Pod wodzą biskupa Leona Wałęgi, ksiądz Podolski rozpocznie walkę z autorem Dwu dusz, gręboszowskim fenomenem. Paradoks, że w tej sytuacji, wiedząc, iż Heniek Sucharski jest krewnym Bojki, zdecydował się jednak wziąć chłopca pod swoją opiekę. Dobrze ten fakt o nim świadczy. Najwidoczniej nie był aż tak wielkim ludożercą, za jakiego uchodził w opinii przywódcy Stronnictwa i wielu działaczy z tamtego okresu. Wincenty Witos starał się zajmować w sprawie konfliktu powściągliwsze stanowisko i szukać porozumienia.

W bibliotece księdza Piotra Podolskiego, na honorowym miejscu, spoczywają dwie księgi: Korona polska oraz Herby i familije rycerskie autorstwa Kacpra Niesieckiego (1682-1744), jezuity, genealoga i heraldyka. Pod wiadomą literą figuruje hasło: „Podolski herbu Nałęcz, w Kaliskiem województwie i ziemi przemyskiej. Ci się przedtem Domosławskiemi zwali, ale od dóbr Podolina zawołani Podolskiemi”. Od XVI wieku sławili się jako rycerze; wielu poświęciło się stanowi duchownemu. Taki swój rodowód zwykł podkreślać ksiądz Podolski, proboszcz otfinowski, gdy rozmowy schodziły na temat przeszłości Polski.

Ukoronowaniem pracy proboszcza bywa wzniesienie kościoła. Ksiądz Podolski ma już na swoim koncie takie dzieło życia: „5 VIII 1895 został instytuowany na probostwo w Ostrowach Tuchowskich. Tu wybudował obecny kościół w miejsce dawnego drewnianego, który przerobił na plebanię” – czytamy w księdza Adama Nowaka czterotomowym Słowniku biograficznym kapłanów diecezji tarnowskiej 1786 -1985 (Tarnów. Wyd. Biblos 1999, 2000-2004).

Desygnowany na pensjonariusza prebendy otfinowskiej, syn chłopskiej rodziny Heniek Sucharski, ujrzy niebawem pierwszy raz w życiu postać szlachcica. Szlachcica w stroju kapłańskim. Przyjdzie też stosowny moment, kiedy z polecenia księdza proboszcza Podolskiego zacznie czytać herbarz Kacpra Niesieckiego. Ciekawość przezwycięży wpojoną mu przez wuja Bojkę niechęć do szlachty. Osłodą pobytu chłopca na prebendzie w Otfinowie stanie się lektura osobliwego dzieła naszej historiografii. A kiedy już w wolnej Polsce przyjdzie Sucharskiemu służyć pod komendą Bohdana Hulewicza, dowódcy Szkoły Podchorążych Piechoty w Ostrowi Mazowieckiej, pierwsze co zrobi, to sięgnie po herbarz Niesieckiego, aby dowiedzieć się o historii rodu Hulewiczów. Na Westerplatte zaskoczy swego zastępcę kapitana Franciszka Dąbrowskiego znajomością jego rodu i herbu Jelita. Sprawa edukacji syna szewca Sucharskiego miała w istocie trzech ojców. Heniek, kończąc szkołę w Gręboszowie nie myślał, że o jego przyszłość troszczy się miejscowy triumwirat: kierownik szkoły pan Golonka, poseł Bojko i ksiądz Halak, który postawi przysłowiową kropkę nad „i”.

Nie wybiegajmy jednak zbytnio do przodu w naszej opowieści. Póki co, Heniek Sucharski nic jeszcze nie wie, jaka najbliższa przyszłość go czeka. Plany, z nim związane, dzieją się nad jego głową. Nawet się ich nie domyśla. Triumwirat, jaki w sprawie jego edukacji nieformalnie powstał, ma niejednolite oblicze.

Pan Franciszek Golonka, już od czterech lat kierownik szkoły w Gręboszowie, uważający się za potomka Sarmatów, przybyłych na ziemie Słowiańszczyzny z gór Kaukazu, miał jednak demokratyczne poglądy. Przyszłość Polski Niepodległej widział w ludzie. Stąd też stawiał na Polskie Stronnictwo Ludowe, które pod tą nazwą występowało od 1903 roku. Był zwolennikiem posła Bojki, popierając różnorakie jego inicjatywy. Jako pedagog, choć krnąbrnych uczniów poskramiał trzciną, baczył uważnie, aby nie zmarnował się żaden talent. Stawiał na uczniów zdolnych, pracowitych i ambitnych. Do nich właśnie należał Heniek Sucharski. Pan Golonka nie mógłby sobie spojrzeć w oczy, gdyby tak wiele rokujący chłopiec, jak jego podopieczny, poszedł na zmarnowanie. „Talenty należy pomnażać” – mawiał, nawiązując do ewangelicznych przypowieści Chrystusa. Dlatego postulował, aby pierwszym krokiem w edukacji Heńka, było ukończenie klasy uzupełniającej w otfinowskiej szkole. Nic dziwnego, że wiercił dziurę w brzuchu posła Bojki, aby ten działał w tym kierunku.

Jedynym miejscem, dokąd dałoby się posłać Heńka, była parafia w Otfinowie. Wobec biedy, jaka zapanowała we wsiach powiatu dąbrowskiego z powodu klęski żywiołowej, tylko ta prebenda jawiła się jeszcze ostoją względnego dostatku. Ale rządził nią już nie ksiądz doktor Kasprzak, któremu się zmarło, tylko ludożerca ksiądz Podolski, jak go nazywali niektórzy działacze PSL. Bojko zdał się więc na proboszcza Halaka, jego talenta w załatwieniu tej trudnej sprawy. Wiedział. że ksiądz Podolski szanuje nowego proboszcza gręboszowskiego, choć różne zdają się być ich światy. Ci dwaj kapłani, to przecież ogień i woda. Jeden wyrosły z ludu, drugi chlubiący się swoim szlacheckim rodowodem.

Poseł Bojko miał jeszcze coś w odwodzie: Marcina Augustyńskiego z Otfinowa, swego rówieśnika, który zapoczątkował jego drogę jako posła i polityka. To był w życiu Bojki człowiek niezwykłej wagi. Postać krystalicznie czysta i piękna. Tak, mógłby on pośpieszyć na ratunek w ostatecznym razie, gdy już wszystkie możliwości zostaną wyczerpane.

Marcin Augustyński, już w Polsce Niepodległej, stanie się pierwowzorem jednej z postaci powieści Leona Kruczkowskiego Pawie pióra (1935). To spiritus movens, biedny wieśniak Augustyn, kierujący się szlachetnymi pobudkami w politycznej grze wyborczej. Drugą postacią, przeciwstawną mu, okaże się wójt Smoter vel Jakub Bojko. Czas sprawi, że major Henryk Sucharski skrzyżuje swe życie nie tylko z tymi bohaterami powieści Kruczkowskiego, ale też z ich autorem, porucznikiem rezerwy, jeńcem tych samych stalagów, w których spędzą lat kilka, tocząc ze sobą spory ideowe.

Wróćmy do osoby dziesięciolatka, który zaprzątnął uwagę trzech mężów opatrznościowych w Gręboszowie. Szkołę miejscową zakończył Heniek Sucharski w styczniu 1909 roku.

 

Spór o godność

 

Major wspominał Konstantemu Turowskiemu, sekretarzowi redakcji pisma jenieckiego „Za drutami”, że o wyjeździe do Otfinowa dowiedział się od księdza Halaka po niedzielnych nieszporach. Proboszcz oznajmił mu, że zamieszka na tamtejszej plebanii, a jego pobyt potrwa z pół roku, do zakończenia klasy uzupełniającej w otfinowskiej szkole. Wszystko zostało już uzgodnione z księdzem proboszczem Piotrem Podolskim. To był szok dla chłopca, który poza wieś Gręboszów nigdzie dalej dotychczas nie wyruszył.

Poniedziałek, po tamtej niedzieli, był dniem jarmarku w Żabnie, sędziwym miasteczku, które prawa miejskie otrzymało w 1385 roku. Obok Żabna, nad Dunajcem, leżała stara wieś Otfinów, której parafia od 1318 roku płaciła Stolicy Apostolskiej świętopietrze. Teraz, podobnie jak Gręboszów, przynależna do powiatu dąbrowskiego. Z Dąbrową Tarnowską dzieliło Żabno tradycyjny jarmark. Odbywał się on co dwa tygodnie: w jednej lub drugiej miejscowości, przemiennie, zawsze w poniedziałek. Po tamtej lutowej niedzieli przypadał akurat w Żabnie.

Pierwszy wśród domowników wyczuł coś niepokojącego Niemój. Pies nie opuszczał Heńka, kręcąc się koło jego nóg. A gdy chłopiec siadał, Niemój przywierał brzuchem do ziemi, kładł łeb na wyciągniętych do przodu łapach i wilgotnymi ślepiami wpatrywał się w swego pana. Widok tego psa, czującego rozstanie ze swoim przyjacielem, nie dawał Heńkowi spokoju. Sprawiał, że podskórnie dzielił swój niepokój z kundlem. Ba, mało tego, nie pozwalał mu oswoić się ze zmianą sytuacji w życiu, jaka nań czekała. Jeszcze bardziej stawał się przywiązany do rodzinnej chaty, którą winien opuścić.

Major wspominał redaktorowi Turowskiemu, że przed tym odjazdem coraz bardziej ogarniał go lęk, jak ich rodzina poradzi sobie z przednówkiem. Już rozeznał sens tego słowa. Wiedział, czym grozi, co ze sobą niesie. Widmo głodu, który czekał ich wszystkich, wyzwalało w nim coraz głębsze poczucie więzi z chatą, którą miał pożegnać.

O poranku zaterkotał wóz od strony wsi Lubiczko. Domownicy wylegli przed chatę. Niemój nie dał się odpędzić. Trzymał się Heńka. Wtedy wyłonił się pojazd zaprzężony w dwójkę koni. Z tyłu, uwiązany lejcami do kłonicy, dreptał źrebiec za wozem. Furmanił Kuba Świętek, rolnik pełną gębą, hodowca koni, zaprzyjaźniony z szewcem Sucharskim. Wybrał się na jarmark w Żabnie, aby sprzedać źrebca i kupić zapas owsa dla stadniny, bo stęchłe zboże po fatalnych żniwach nie nadawało się na karmę dla koni.

Rodzina żegnała Heńka znakiem krzyża. Bohater dnia zajął miejsce na tylnym siedzeniu wozu. Miał na sobie kapotę wiatrem podszytą. Na jego plecach sterczał tornister ojcowej roboty. Świętek otulił derką nogi chłopca, aby nie zmarzł w drodze. Dał mu do rąk lejce źrebca; odwrócony tyłem do przodka wozu, winien kierować konikiem w ślad za pojazdem. Ruszyli stępa. Za nimi chciał biec Niemój, ale ojciec Heńka dzierżył mocno psa za obrożę.

Zatrzymali się przed chatą posła Bojki. Ten już na nich czekał. Heńkowi utkwiła w pamięci jego dumna postać i mimo mrozu odkryta głowa, z przeświecająca już łysiną. Podkręcał wąsy. Przywitał się ze Świętkiem, spojrzał na chłopca i począł perorować. Mówił, jak do kogoś dorosłego. Padały słowa o kaganku oświaty i misji, jaka w życiu czeka kuzyna. Czyżby nie zdawał sobie sprawy, że na furmance tkwi jeszcze dzieciak? A może celowo traktował dziesięciolatka jako doroślejszego, niż był w istocie. Nie obyło się bez przestróg. Na stancji przebywać będzie u księdza Piotra Podolskiego, który legitymuje się szlachectwem i nie cierpi ruchu ludowego, a za głównego wroga uważa jego, posła wsi galicyjskiej do Sejmu Krajowego we Lwowie i Rady Państwa w Wiedniu. Heniek winien zdać sobie sprawę, że trafi do paszczy lwa. Ale, niechaj zapamięta sobie raz na całe życie, że od wrogów trzeba się uczyć, aby w życiu zwyciężać. Gdyby zaś ksiądz proboszcz Podolski pytał go co się dzieje w Gręboszowie, to on nic nie wie. Musi usta mieć zakneblowane, bo nie honor kalać gniazda, z którego się wyfrunęło. Potem zaczął sławić swego przyjaciela z Otfinowa, wielkiej prawości człowieka, jakim jawił się Marcin Augustyński, rolnik i cieśla z zawodu, ale także człowiek pióra. Gdyby poczuł, że na plebanii dzieje mu się krzywda, to niezwłocznie winien udać się do Marcina, którego domostwo położone jest w środku wsi. Tam winien oczekiwać pomocy. To mówiąc, wręczył Heńkowi list polecający do swego przyjaciela. Stojąc obok chłopca, nakazał mu włożyć ów prywatny dokument do tornistra, co ten zrobił z pewnym ociąganiem się.

Poseł znów jął przestrzegać Heńka, i to przed najgorszym. Uchowaj Boże, aby padło z jego ust nazwisko księdza Kahla, którego postępki ukazał Wyspiański w tragedii Klątwa. Podopieczny miał już tego dosyć. Zeskoczył z wozu i umykał w stronę Przykońców, skąd dopiero co odjechał ze Świętkiem.

Poseł mógł się spodziewać różnej reakcji chłopca, ale nie takiej, jakiej doświadczył. Musieli naradzić się ze Świętkiem, co robić, bo w sukurs przyszedł obu syn posła Roman. Wyprowadził konia ze stajni i na oklep pogonił za uciekinierem. Zbieg rejterował przez pola na skróty, ale na niewiele się to zdało. Wkrótce został dopędzony przez Romana. Ten zaczął go przekonywać, że ucieczka nie miała sensu. W jego interesie leży wyjazd do Otfinowa na tych kilka miesięcy pobytu na plebanii, a jak mu tam będzie źle, to zamieszka u Marcina Augustyńskiego, bo to człowiek mądry i życzliwy. Zapewniał, że ten go na pewno nie skrzywdzi, lecz pomoże w niejednym, gdyż taki ma charakter. Na odchodne, kiedy Heniek znów zajął miejsce na furmance i dzierżył źrebca za lejce, wcisnął mu do kieszeni kapoty pugilaresik pełen halerzy.

Trakt wiódł przez równinny krajobraz. Świętek perorował, że na polach nie ma śniegu, a to źle wróży oziminom. Z takim trudem zdobyte przez rolników ziarno na siew po fatalnym lecie, może się nie wypłacić. Z goryczą opowiadał o trzebieży lasów. Narzekał na trakt pełen wybojów i kolein.

Ale oto ujrzeli na horyzoncie kontury kościółka z dzwonnicą i plebanią. Drzewa, które je otaczały, były bezlistne. Ten obraz, jaki się rysował coraz wyraziściej,  przypominał Sucharskiemu po latach pewną rycinę z powozem zaprzężonym w dwa konie. Tylko obiekty skrywała bujna zieleń lata.

Na plebanii nie zastali księdza proboszcza Podolskiego. Drzwi kancelarii były zamknięte. W alkierzu, do którego weszli, na ławach siedziała po obu stronach długiego stołu, grupa nędzarzy. Siorbali z misek jakąś zupę. Wtedy nieoczekiwanie weszła kobieta w czepku i fartuchu. W wiklinowym koszyku niosła pokrojony bochen chleba. Wszystkie ręce wyciągnęły się w tym kierunku. Rozdawała każdemu po kromce.

Heniek nie mógł powstrzymać płaczu. Świętek nieopatrznie go pocieszał, że z tą gromadą biedaków nie będzie się stołować. Jakaś fala wspólnoty z losem tych nieszczęśników targnęła sercem chłopca. Wyrzucał z siebie, że nie chce jadać lepiej, niż oni, bo nie jest tego warty. A po chwili powołał się na przykład księdza Halaka, który w założonym przez siebie schronisku dla bezdomnych jada z nimi razem.

Świętek słuchał tych wynurzeń nie bardzo wiedząc, jak przeciwstawić się chłopcu. Ten zaś powołał się w swej tyradzie na przykład Chrystusa, który dzielił się chlebem z łaknącymi pożywienia.

Niespodziewanie pojawił się ksiądz Podolski. Czuło się, że w tej zażywnej postaci kryje się jakaś niepospolita siła i wola. To była postać całą gębą. Po latach, gdy major Sucharski rozeznawał Gdańsk przed objęciem dowództwa placówki na Westerplatte, porównywał proboszcza do postaci z teki rysunków Daniela Chodowieckiego. Gdański artysta ukazywał duchownych o podobnych kształtach i takim samym wyrazie twarzy, co ksiądz Podolski, herbu Nałęcz.

Zjawiła się siwowłosa księża gospodyni z tacą. Przyniosła kubek kawy zbożowej z mlekiem i trzy kromki chleba, posmarowane grubo masłem. Heniek, odkąd pamiętał, jadał na śniadanie tylko żur. Choć był głodny po tej podróży do Otfinowa furmanką i ucieczką przez pola, i powinien rzucić się na jedzenie, robił to z ociąganiem. Wspominał, że przed oczyma miał ten obraz nędzarzy z wyciągniętymi rękami po suchy chleb. Język stawał mu kością w gardle. Kawa zbożowa, niby roznosiła swój miły aromat, a jemu zbierało się na wymioty.

Zaraz potem pożegnał się z Kubą Świętkiem, który spieszył się ze źrebcem na jarmark do Żabna, a sam udał się do pobliskiej szkoły. Dużej, murowanej, jak w Gręboszowie. Pan kierownik już wiedział o jego przyjeździe i bez słowa weszli do klasy. Nauczyciel prowadził lekcję historii. Opowiadał o bitwie pod Grunwaldem. Uczniami byli w większości dryblasy. Niektórym już się wąs sypał pod nosem. Heniek poczuł się przy nich jeszcze mniejszy, niż był. Pan kierownik przedstawił go jako przybysza z Gręboszowa. Nie omieszkał oznajmić, że dzięki życzliwości księdza proboszcza Podolskiego znalazł miejsce na plebanii i do końca roku szkolnego będzie ich kolegą. Prosił, aby potraktowali Heńka z życzliwością.

Podczas przerwy już go zaczepiali, przezywając Księżyk. Ten i ów go szturchnął, ktoś inny uszczypnął. Dzwonek przerwał to wyżywanie się nad przybyszem z Gręboszowa. Debiut Heńka w szkole otfinowskiej nie należał do miłych wspomnień.

 

Ogórek w rosole

 

Heniek zamieszkał w pokoju razem z wikariuszem. Dostał łóżko i świeżą pościel. Nie wiedział, jak się sciele. Przyuczyła go księża gospodyni. Po raz pierwszy w życiu spał oddzielnie. To był dla niego szok. Doświadczył, co to za wygoda.

Przy śniadaniu nie ujawniały się jeszcze braki w umiejętnym posługiwaniu się nożem i widelcem, ale po tygodniu, w niedzielę, nastąpiła katastrofa. Nie miał pojęcia, jak należy trzymać sztućce: w której ręce nóż, a w której widelec. Zupę każdy nalewał sobie do talerza. Nikt nie jadł ze wspólnej misy, jak to było w Gręboszowie. Dziwne, gdyż tamten sposób uważał za coś godniejszego, niż wiosłowanie łyżką po głębokim talerzu.

W trakcie drugiego dania, kiedy gospodyni podała kawałek mięsa wołowego z ogórkiem, Heniek zupełnie stracił orientację, co robić ze sztućcami. Ksiądz Podolski manewrował widelcem i nożem tak szybko, że nie sposób było rozeznać ruchów jego rąk. Ogórek nie zniósł pastwienia się nad nim i podskoczył do góry, by wpaść w wazę z rosołem. „Brawo! Teraz można podać zupę ogórkową!” – kąśliwie zauważył wikariusz. Miał on niezbyt dobry charakter, gdyż komu tylko mógł to docinał. Opowiadał też niezbyt cenzuralne kawały. Sam się z nich śmiał pierwszy. Między księdzem Podolskim a podwładnym raz po raz iskrzyło. Proboszcz nazywał go Szerszeniem. Czasem przez pomyłkę, jak wikary czegoś nie zrobił, padała przygana: truteń. Po tej uwadze wikarego o zupie ogórkowej, Heniek dostrzegł, już po obiedzie, że krewki kapłan chwycił za sutannę wikariusza i nim potrząsał, wymyślając mu od najgorszych. Scena ta przyprawiła chłopca o niepokój. Przeczuwał, że wikary odgryzie się za swoje upokorzenie.

W celu zatarcia złego wrażenia, ksiądz Podolski skinął na Heńka, aby poszedł za nim do kancelarii parafialnej. Była tam biblioteka. Spośród książek ułożonych ciasno na półce wyjął dwa tomy prac heraldycznych księdza Kacpra Niesieckiego i kazał mu czytać od początku hasła. Nieźle szło to Heńkowi, choć tekst był trudny, zdania często barokowej konstrukcji. Proboszcz sprawdzał, czy chłopiec rozumie wywody genealogiczne. Kazał mu szukać biogramu Sucharskich. Heniek zdumiał się. Odrzekł po chwili, że przecież ich nie będzie, gdyż rodzina jest chłopska a nie szlachecka. Ksiądz Podolski pochwalił go za taką odpowiedź. W nagrodę pozwolił mu sięgać do tych dwóch ksiąg, aby rozeznał się w heraldyce.

Minął miesiąc pobytu Heńka Sucharskiego na plebanii. Trudno było wytrzymać naigrywania się wikarego z gręboszowskiego przybłędy. Chłopiec wybiegał wtedy na dwór i płakał.

Nauka w szkole szła mu dobrze. Od razu zyskał miano prymusa. Nie w smak to było dryblasom, których nauka niewiele interesowała. Rozglądali się już za dziewuchami. A w wiadomych sprawach byli przekonani, że posiedli wszystkie mądrości. Temat ten stał się okazją do żartów z młodzika. Któregoś dnia, wychodząc ze szkoły, ujrzał w perspektywie gościńca znajomą sylwetkę psa. Czyżby wzrok go mylił? Tak, to był Niemój. Przywędrował z Gręboszowa z urwanym łańcuchem u szyi. Miał zapadnięte boki i ledwie trzymał się na nogach. Merdał jednak ogonem i patrzył z radością na swego pana. Heniek przytulił psa i długo głaskał. Udał się na plebanię prosząc gospodynię o coś do zjedzenia. Dała mu kawałek chleba ze smalcem. Zaniósł zwierzęciu, a potem dał mu pić w wiaderku pełnym wody.

Chłopiec zastanawiał się, co dalej począć z psem. Chciał go mieć przy sobie, to pewne. W gospodarstwie księżym był już na stanie Cygan, czarny kundel. Heńka z psem ujrzał wikary. Zaczął mu dogadywać, że teraz przyjdzie karmić dwóch głodomorów z Gręboszowa.

Heniek z Niemojem udał się do sklepiku prowadzonego przez Żyda. W tym sklepiku można było znaleźć mydło i powidło. Spytał właściciela, czy nie wziąłby psa na przechowanie. „Kozę to i owszem, bo ona daje mleko i ser, ale psa? – usłyszał. „Twój wujek, poseł Bojko, podatki zaprowadził od psów”. Starozakonny wymówił się od propozycji chłopca. Heniek zdumiał się, że sklepikarz wiedział o nim wszystko. Handlarz zbliżył się do niego i obmacał mu kieszenie. Zauważył, że mały jest bogaty, bo miał pugilaresik z halerzami, z którym nie rozstawał się nigdy. Zaoferował, że może sprzedawać psu coś do jedzenia. Niebawem zmitygował się jednak i pokazał, że to mało halerzy, aby psa utrzymać. Sklepikarz coś zaczął sobie przypominać. Spytał Heńka, czy nazwisko Józef Broda coś mu mówi i indagował, czy ojciec chłopca nie polecił mu swego ucznia.  Żyd i o tym wiedział, że Broda uczył się szewstwa w Gręboszowie u Stanisława Sucharskiego. Sęk był w tym, iż Broda miał pół morgi pola, warsztat, który prosperował dość licho, a przyszło mu żywić trzynaścioro dzieci. Pomimo wielkiego serca szewca, o którym mówił sklepikarz, chłopiec nie zdecydował się obarczyć  Brody jeszcze utrzymaniem psa. Trzynaście gąb do wykarmienia mówiło samo za siebie.

 

 

Niezwyczajny cieśla

 

Przypomniał sobie wtedy nazwisko Marcina Augustyńskiego. Augustyński, tak wysławiany przez Bojkę, mieszkał po środku wsi. Jego dom, obórka, stodoła wyróżniały się ze wszystkich obejść we wsi. Były jakby rzeźbione w drewnie. Proporcjonalne i ładne. Znać było, że stawiał je dobrej klasy cieśla, a za takiego uchodził Augustyński. Cieszył się sławą w wielu wsiach a nawet miasteczkach, gdzie go zatrudniano. W tym dniu, kiedy przywędrował Niemój z Gręboszowa, cieśla akurat obrabiał kloce sosen na swoim podwórku. Heniek pozdrowił go i podał list polecający od posła Bojki. Augustyński wczytał się w prośbę swego przyjaciela i spytał od razu w czym może pomóc chłopcu. Mały opowiedział mu historię swojego psa. Augustyńskiego bardzo to poruszyło. Gospodarz zgodził się przyjąć zwierzę: „Trudno, przyjdzie mi płacić podatek za psa, ale za to musisz mi się, chłopcze, odpłacić dobrymi stopniami w szkole”. Podeszli w stronę stajni. Stały tam dwie budy. W jednej, ocieplonej i schludnej, mieszkała suka. W drugiej, wolnej, też szykownej, rezydentem został Niemój. Augustyński przyniósł z domu karmę dla psa jednego i drugiego.

Kim była ta niezwykła postać? Wywodził się z pierwszego pokolenia chłopów popańszczyźnianych. Skończył tak zwaną szkołę trydualną, trzyklasową. Takie placówki wprowadził cesarz Franciszek I w 1805 roku. Zakładano je we wsiach Galicji przy parafiach lub dworach. Zyskał sporo wiedzy dzięki miejscowemu nauczycielowi Leonowi Zielińskiemu. Dwie klasy takiej szkoły skończyła też Maria z domu Kołodziej, późniejsza żona Augustyńskiego. Połknęła bakcyl lektury książek i w ich wspólnym domu przez lata czytała je gospodyniom wiejskim, przeważnie analfabetkom.

Augustyński należał do wychowanków księdza Stanisława Stojałowskiego, który pierwszy podjął myśl stworzenia ruchu ludowego. Zachęcony przez tego kapłana, który naraził się hierarchii kościelnej i ziemiaństwu, a nawet został wyklęty, zamieszczał swoje korespondencje w jego pisemkach dla wsi „Wieniec” i „Pszczółka”.

Z domu wyszła Maria Augustyńska. Zapowiedziała: „Wieczerza”. W mieszkaniu, za dużym stołem z surowego drewna, siedziało czworo dzieci. Marcin umył ręce i kazał zrobić to samo Heńkowi. Polewał ciepłą wodę z garnka na kuchni syn Władek. Jedna z córek podała ścierki do wytarcia dłoni. Wszyscy, powstając, powtarzali za głową domu słowa krótkiej modlitwy. Jedli żur, który tak często był podawany w domu Sucharskich.

Augustyński był postacią numer jeden wśród miejscowej społeczności. Cieszył się od lat nieprawdopodobnym autorytetem. Do legendy i literatury, nie tylko pamiętnikarskiej, wszedł jego fortel wyborczy.

Na początku swej działalności Marcin starał się uświadomić chłopom, że mają wybór i mogą wybrać nie tylko „pańskiego” przedstawiciela. Agitował wśród wieśniaków za kandydaturą na posła Jakuba Bojki. W powieści Leona Kruczkowskiego Pawie pióra Augustyński występuje jako Michał Augustyn, zaś Jakub Bojko jako gospodarz Smoter z Machówki. Kruczkowski tak przedstawia agitację cieśli: „[…] Dotąd panów zawsześmy wybierali, a panowie – jakżeby? – swoich tylko interesów pilnować umieją, czy to w sejmie, czy w tamtym drugim parlamencie… Więc cóż byście, kumie, na to, jakbyście tu teraz spróbowali swojego człowieka, chłopa, na kandydata wysunąć i poprzeć?

Tak oto przed dwudziestu laty Michał Augustyn przekonywał ludzi, zjednywał i nakłaniał nie dla swojej, rzecz prosta korzyści, ani jakiegoś profitu, jeno przez pogląd szeroki na chłopski powszechny interes. Wymownością i słusznym zdaniem trafiał do głowaczy co najruchliwszych po wsiach okolicznych; ci zaś z kolei dalszą prowadzili agitację. Objęła ona trzy powiaty, okręg stanowiące.

[…]

Na kandydata, za radą Augustyna, wysunęli chłopi Jakuba Smotra z Machówki, wsi sąsiadującej z Wierzchowicami od zachodu. Gospodarz z tego Smotra był mierny, a nawet lada jaki zgoła; prawdę mówiąc, żadnej nie miał do roli skłonności ni zamiłowania. Szeroką za to posiadał sławę i popularność w okolicy jako polityczna głowa. Na zgromadzeniu, bywało, albo na pogrzebie jakim, gdy sobie mówkę palnął, słuchali go ludziska jak księdza z ambony – taki był gładki w języku i w wysłowieniu wszelkim utalentowany. Do pióra także był skory i w różnych tam pisaninach umiejętny, które ku nauce i rozrywce ludzkiej do gazet i gazetek niedzielnych od kilku lat posyłał.”

Ziemianie zaniepokojeni zjechali się do pana Zbyszewskiego, ich wieloletniego reprezentanta, w celu uchwalenia kosztów agitacji. „Po raz pierwszy bowiem musieli stanąć do walki”, jak pisze Kruczkowski. Dotychczas wystarczało opłacić szynki w dzień wyborów, aby gościnność pańska utwierdziła ich w słuszności decyzji. Tym razem rozesłano agentów po wsiach, aby przekupstwem skłaniali wyborców do głosowania na Zbyszewskiego. Jak relacjonuje Kruczkowski: „W Wierzchowicach Michał Augustyn wygłosowany został na wyborcę. Pierwszych kilku agentów przegnał po prostu kijem. Ale gdy słuchy go doszły, że w innych gminach ten i ów spośród wyborców ulegał pokusom, pomyślał trafnie, iż kijem trudno będzie rozegrać tę walkę. Wówczas to uknuł wraz z żoną swój przesławny fortel. Czwartego z kolei agenta, małego piegowatego Żyda, przyjął – i owszem – w chałupie, ku najwyższemu jednak zdumienia faktora odrzucił proponowaną mu, aby rej wodzić przestał w agitacji na rzecz Smotra, kwotę stu guldenów, oświadczył skromnie a stanowczo, iż wystarczy mu – trzydzieści – srebrem! Agent wypłacił żądaną sumę i poszedł dziwiąc się nierozsądnej fanaberii chłopa.”

W dniu wyborów wszystkie szynki w mieście zapraszały gości na koszt Zbyszewskiego, rozdawano również kartki na sągi z pańskich lasów. Augustyn vel Augustyński notował nazwiska przekupnych wyborców.

Dalej, jak pisze Kruczkowski: „tak się złożyło, że w alfabetycznej kolejności nazwisk stał Augustyn na pierwszym miejscu arkusza wyborców. Wezwany do złożenia głosu, przeżegnał się w duchu, podszedł do stołu, wyjął z kieszeni węzełek z guldenami, rozwiązał i wśród ogromnej ciszy w całej sali wysypał ciężkie srebrniki na zielone płótno.” Cieśla głośno powiedział o próbie przekupstwa i oddał „judaszowe srebrniki”, a następnie wśród osłupiałych chłopów i oburzonych panów zaczął wyczytywać nazwiska spisane tegoż dnia. Wstyd, jaki padł na przekupionych skłonił ich do oddania  łapówek i głosowania na chłopskiego kandydata – Smotera, czyli Jakuba Bojkę.

Po wieczerzy domownicy odmówili krótką modlitwę dziękczynną za dary stołu. Heniek pożegnał się i wrócił na plebanię.

 

Rozstanie

 

Na chłopca już czyhał wikary. Z zajadłością szerszenia zaatakował pensjonariusza. Jakim prawem nawiązał kontakt z Augustyńskim, który przewodzi gromadzie odciągając ją od Kościoła? Czy nie zdaje sobie sprawy, że zgubne są idee jakie głosi PSL? Czy wie, że na plebanii gości dzięki dobremu sercu księdza proboszcza Podolskiego? Czy godzi się szkodzić tak zacnemu kapłanowi? Chłopiec stał oszołomiony. Nie mógł wydobyć z siebie ani słowa. Pytania spadły na niego jak lawina kamieni. Heniek nie miał pojęcia, w co go wplątuje wikary.

Szerszeń znów żądlił. Padło pytanie, co robił u Augustyńskich? Z chłopięcą szczerością odpowiedział, że zaprowadził tam psa Niemoja, bo ten urwał się z łańcucha i przywędrował do niego z Gręboszowa. Pies dostał budę i jedzenie.

Na tym jednak nie było końca dociekań wikarego. Z natarczywością przesłuchiwał chłopca: co się działo w Gręboszowie? Czy zna sztukę Wyspiańskiego Klątwa? Heniek nie chciał kłamać, kręcić. Milczał. Wikary znów atakował. Dowodził, że Klątwa jest na indeksie kościelnym, że ta sztuka zohydza kapłana. Na domiar złego cała ta historia jest wyssana z palca.

Tu powołał się na opinię księdza Antoniego Wilczkiewicza, dziekana z Olesna. Duchowny ten, rodem z Żabna, miał okazję stykać się z żoną Wyspiańskiego z pobliskiej wsi Konary i ustalił, że to co opowiedziała poecie było wierutną bzdurą. Przecież w Gręboszowie nikt nie ustawiał stosu ofiarnego, w którym zginęła z nieślubnymi dziećmi księża gospodyni.

Heniek założył na plecy tornister i udał się do Augustyńskiego. Rodzina przyjęła go bez słowa tłumaczeń. Znalazło się wolne łóżko i czystą pościel.

 

Gniazdo „Sokoła”

 

Heniek u Augustyńskich spędził kilka szczęśliwych tygodni. Cała rodzina pracowała z myślą, aby dokupić ziemi i stać się średniorolnymi gospodarzami. Hodowano trzodę chlewną, dużo drobiu, gęsi, kaczki. Pierwsi we wsi zajęli się chowem królików. Na stole w tym domu pojawiało się mięso królicze. Maria, żona cieśli, robiła pyszne pasztety królicze. Już zimą posiano w domu pomidory, później je pikowano do skrzyneczek i flancowano z myślą o uprawie w ogrodzie warzywnym. Po raz pierwszy Heniek poznał w tym domu smak przetworów pomidorowych. W piwnicy stał cały arsenał słoi i butelek z przecierem i sokiem pomidorowym. Niezależnie od tego skrzętna gospodyni miała spiżarnię na przetwory z owoców, głównie śliwek i jabłek. Sprzedawano je na jarmarkach w Żabnie i Dąbrowie Tarnowskiej. Cieśla miał pełny portfel zamówień na swoje prace w różnych miejscowościach nie tylko powiatu, ale nawet w Krakowskiem. Gromadzono kapitał, który sprawi, że w następnym pokoleniu rodzina Augustyńskich przeniesie się z Otfinowa, kupi duży areał gruntu i przejmie dwór w Gorzycach, należący do księcia Romana Sanguszki.

Pomimo tak licznych zajęć gospodarskich i ciesielki Marcin Augustyński znalazł czas, by wraz z Janem Kasprzakiem, bratem księdza proboszcza, sympatyka PSL, Adamem Krupą oraz Feliksem Musiałem założyć w 1904 roku gniazdo „Sokoła”. Był to pierwszy w powiecie oddział Polskiego Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”, które powstało we Lwowie w 1867 roku. Organizacja miała charakter paramilitarny. Rozprzestrzeniła się ona na wszystkie zabory, a nawet za granicą, jak w USA. Klęska powstania styczniowego nie przekreśliła myśli o stworzeniu kadr żołnierskich dla Wojska Polskiego w odrodzonej Ojczyźnie.

Gniazdo „Sokoła” w Otfinowie prowadziło szeroką działalność patriotyczno-wychowawczą. Oprócz oficjalnego organu, jakim było pismo „Przewodnik Gimnastyczny – Sokół”, kolportowano wiele druków nielegalnych. Odbywały się systematyczne szkolenia wojskowe. Przerabiano musztrę, ćwiczenia z bronią, zajęcia taktyczno-techniczne. Na wygonie, koło Dunajca, Heniek był świadkiem zajęć z rzutu granatem. Służyły do tego atrapy tej groźnej broni. Celowano z okopu, rzucano do transzei. Chłopiec stał z boku i przyglądał się tym ćwiczeniom. Potem odnosił atrapy. W końcu spróbował swoich umiejętności. Miał za mało sił, aby jego rzut dosięgał celu.

Pewnego dnia w Otfinowie zjawił się Roman Bojko, syn posła. Z polecenia ojca przywiózł Augustyńskiemu paczkę książek, zamówionych przezeń we Lwowie. Powiedział Heńkowi, że jego rejterada stała się już głośna w Gręboszowie. Przed Świętami Wielkanocy powinien spodziewać się przyjazdu księdza Halaka, który planuje zażegnanie konfliktu na plebanii.

Syn posła ani nie pochwalał, ani nie ganił kroku, na jaki zdecydował się Heniek. Powtarzał mu jednak, że najważniejsze jest skończenie przezeń klasy uzupełniającej. A poza tym winien mieć otwarte oczy  na to, co się dzieje wokół. W rodzinie Augustyńskich znalazł wzorzec życia wiejskiego. Marcin i jego żona Maria to są niezwykli ludzie: prawi, pracowici, chłopi patrioci. Winien im nie tylko wdzięczność, ale i zapłatę – wzięcie przykładu z ich życia. Łatwo to było Romkowi powiedzieć. Ale jak Heniek w wieku dziesięciu lat ma ten wzorzec wcielić w życie…

Na koniec tych pouczeń spytał chłopca, czy coś godnego już wyniósł z rodziny Augustyńskich?

Heniek odpowiedział, że przejął zwyczaj mycia nie tylko rąk, ale i zębów szczoteczką z nasypanym na nią białym proszkiem. Roman poklepał chłopca po ramieniu i oświadczył, że właśnie o to chodzi.

Poszli na przechadzkę nad Dunajec. Rzeka po brzegach była skuta lodem, ale głównym nurtem płynęła wartko. Mimo zimy robotnicy na galarach wydobywali żwir z dna, potrzebny do zaplanowanej przez księdza Podolskiego budowy kościoła parafialnego w Otfinowie. Świątynia neogotycka miała być ogromnych rozmiarów, licząc u posady tysiąc metrów kwadratowych powierzchni.

 

 

Chłopięca miłość

 

Dni pobytu Heńka w rodzinie cieśli Augustyńskiego mijały niepostrzeżenie. Heniek czuł się szczęśliwy. W otfinowskiej szkole też się zadomowił. Pan kierownik stawiał go za wzór. Wzmogło to jednak zaczepki przerośniętych uczniów. Na ich przechwałki o sukcesach erotycznych miałby wygodną odpowiedź: zakochał się. Nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo. Miłość to była chłopięca, platoniczna, godna wzgardy kolegów z klasy.

Panna była zjawiskowo piękna, tak przynajmniej mu się wydawało. Ujrzał ją w obejściu Augustyńskich, z jakąś księgą w ręku. Żywo o czymś rozprawiała z gospodarzem. Cieśla z nabożeństwem wziął od niej tę księgę i wczytywał się w pierwsze stronice. A ona wciąż mówiła z jakimś przejęciem. Miała krótko obcięte włosy, widać, że wcześniej bujne. Ruchy jej były tak zręczne, jak kuglarki, którą kiedyś Heniek oglądał w Gręboszowie, gdzie popisywała się przed szkołą swoimi sztuczkami.

Jego wybranka nazywała się Katarzyna Świątek. Świątków i Świętków w powiecie dąbrowskim liczyło się na pęczki, ale ona była dlań jedna jedyna. Miał już jednak rywala, dziewczyna wpadła w oko Witosowi. W przeciwieństwie do majora Sucharskiego tamten konkurent pozostawił listy miłosne, zachowane do dziś.

Panna była starsza od Henryka o trzynaście lat. Nawet przez myśl jej nie przeszło, jak silne emocje wzbudziła w chłopcu, gdy ją pierwszy raz ujrzał i się  zauroczył. Dla Katarzyny był pierwszym gręboszowianinem, z którym się zetknęła. Niebawem zwiąże się na dziesięć lat z jego rodzinną miejscowością. Gręboszów będzie stanowić ważny rozdział w jej bogatym życiu.

Katarzyna wraz z innymi nauczycielami z gminy przyjeżdżała na plebanię w Otfinowie, aby uczestniczyć w spotkaniach, jakie organizował ksiądz Podolski, który przewodniczył Radzie Szkolnej. Natknąwszy się na chłopca, dosyć zagubionego, spytała, co tu robi? Odpowiedział, że mieszka. Ale to jej nie zadowoliło i próbowała ustalić, dlaczego zjawił się na prebendzie. Coś tam bąkał wymijająco, aby nie podać faktycznej przyczyny: z powodu widma głodu w rodzinie. Dowiedziawszy się, że pochodzi z Gręboszowa, zagadnęła Heńka, czy zna wójta Bojkę? Przytaknął skinieniem głowy. Do odpowiedzi nie rwał się, gdyż był pomny nakazów swego przyszywanego wuja, aby trzymał język za zębami, kiedy ktoś go zacznie pytać o Gręboszów i jego sprawy. Nauczycielka wydała mu się jeszcze piękniejsza niż wtedy, gdy ją ujrzał pierwszy raz w obejściu Augustyńskich. Po tym bezpośrednim zetknięciu się z panną Katarzyną, wciąż wyczekiwał, kiedy znów się zjawi na prebendzie w Otfinowie.  

Chłopiec nie wywarł na Katarzynie jakiegoś większego wrażenia. W swoim pamiętniku żadnej wzmianki o nim nie zamieściła. Z pogardą natomiast pisała o wikarym z otfinowskiej prebendy i jego tłustych kawałach. A kiedy rozpoczęła pracę nauczycielki w Gręboszowie, z uwielbieniem  wyrażała się o Bojce, jako szerzycielu oświaty na wsi galicyjskiej. Mimo różnicy wieku, na swoją niekorzyść, przeżyła majora Sucharskiego. Była po latach przeciwniczką stawiania popiersia dowódcy Westerplatte przed szkołą „tysiąclatką” w Gręboszowie. Uważała, że na pomnik zdecydowanie bardziej zasługuje Bojko.

Katarzyna Świętek pochodziła z wielodzietnej rodziny chłopskiej z Mędrzechowa, koło Dąbrowy Tarnowskiej. W 1907 roku ukończyła Seminarium Nauczycielskie Żeńskie w Krakowie. Uczyła w Maniowie, a kiedy zetknął się z nią Heniek Sucharski, pracowała w Pasiece Otfinowskiej. Później przez lat prawie dziesięć (1911-1919) związana była ze szkołą w Gręboszowie. Żyła w bardzo trudnych warunkach materialnych, podejmując mimo to prace społeczne na różnych polach. Zyskała sobie miano Siłaczki.


Cieśla i           Biblia księdza Wujka

 

Cieśla Marcin, z chwilą kiedy Katarzyna wręczyła mu  księgę, został oczarowany głębią jej treści i pięknem staropolszczyzny. Była to Biblia w tłumaczeniu księdza Jakuba Wujka, według krakowskiego wydania z 1599 roku. Egzemplarz pochodził z edycji podjętej z inicjatywy Stanisława Staszica, o czym Sucharski później dowiedział się od Jakuba Bojki. Miłośnik starych ksiąg podkreślił również, że nakład na owe czasy był ogromny, bo wyniósł aż dziesięć  tysięcy egzemplarzy. Autor Przestróg dla Polski, sprawujący wysokie urzędy w Królestwie Kongresowym, prezes Towarzystwa Naukowego Warszawskiego, miał świadomość, że narodowi bez państwa, zagrożonemu rusyfikacją,  grozi zagłada w przypadku utraty języka. Stąd decyzja o druku Biblii księdza Wujka, będącej skarbnicą polszczyzny. Jedną z tych ksiąg, o takim przeznaczeniu, Katarzyna Świątek kupiła dla Augustyńskiego u antykwariusza w Krakowie.

Od czasu, gdy Marcin stał się właścicielem tego egzemplarza Biblii księdza Wujka, doznał wewnętrznej przemiany. Żył coraz bardziej pod przemożnym jej wpływem. Jego język stawał się coraz bliższy słownictwu tłumacza świętej księgi. Operował cytatami, upajał się bogactwem fraz staropolszczyzny. Ten Wujkowy styl zaowocuje po latach w pamflecie, jaki Marcin Augustyński  napisze przeciw Jakubowi Bojce, któremu utorował drogę do kariery politycznej i przez lata się z nim przyjaźnił. Pamflet, chyba jedyny w dziejach naszej literatury ludowej, wiąże się z decyzją Bojki, który po przewrocie majowym Piłsudskiego przeszedł  na stronę  sanacji. Augustyński potępiał tę decyzję autora  Dwu dusz, pisząc o tym w uniesieniu stylem Wujkowym, odwołując się do biblijnych przykładów zdrady. Ten jego tekst trafi w odpisie do rąk podówczas kapitana Sucharskiego i bardzo go poruszy wobec dylematu: czy ma dalej służyć w wojsku jako zawodowy oficer?

 

Mat Beniowskiego, piękna wybranka

 

Po tych dygresjach, odbiegających od naszej opowieści o wydarzeniach z roku 1909, wróćmy do historii związanych  z perypetiami życia dziesięcioletniego wychodźcy z Gręboszowa. Przed Świętami Wielkiej Nocy zjawił się zapowiadany ksiądz Halak. W pokoju Augustyńskiego odbył rozmowę z Heńkiem. Przekonał go, że winien wrócić na plebanię by załagodzić nieprzyjemną sytuację, gdyż  pobyt w rodzinie cieśli to afront dla księdza proboszcza Podolskiego.

Heniek znów stał się pensjonariuszem plebanii. Jego ponownym osiedlinom towarzyszył turniej szachowy. Wszyscy trzej księża byli miłośnikami tej królewskiej gry. Wikary musiał dostać reprymendę, gdyż spokorniał. Heniek mimo to czuł się podenerwowany koniecznością kontaktów z niedawnym swoim prześladowcą. Zasiadł  do gry z wikarym mocno speszony. Grał nieuważnie i najpierw tracił piony a później figury. Straty materialne były znaczne  Zapowiadała się jego klęska i poddanie partii.

Nagle zorientował się, że pozycja stwarza dla niego wyjątkową szansę. Dał hetmanowi pod bicie drugiego konia. Wikary, bez zastanowienia się, przyjął kolejną ofiarę. Wtedy przeciwnik zaszachował gońcem jego króla, odsłaniając jednocześnie tym ruchem hetmana przeciwnika na atak swej wieży. Hetman został w ten sposób wzięty. Po kilku ruchach partia zakończyła się zwycięstwem chłopca. To był mat Beniowskiego.

Ten wariant gry ćwiczył wcześniej z księdzem Halakiem. Przy okazji gręboszowski proboszcz opowiadał mu o niezwykłych dziejach bohatera poematu Słowackiego. Patron duchowy Heńka był w posiadaniu Pamiętników Beniowskiego, cieszących się wielką poczytnością w świecie z uwagi na jego niezwykły wyczyn: wprost niewiarygodną ucieczkę z Syberii i rozliczne przygody morskie jej bohatera.

Wygrana Heńka w szachach, pamiętny mat Beniowskiego,  wyciszyła agresję wikarego. Fama niosła, że ksiądz Podolski  trzymał go tylko z uwagi na bogatego ojca, który zaczął łożyć na budowę kościoła w Otfinowie.

Chłopiec nie chciał być darmozjadem na plebanii. Pomagał w różnych pracach księżej gospodyni: przynosił wodę ze studni, rąbał chrust siekierką, chodził po zakupy do sklepu prowadzonego przez Żyda. 

Miał szczęście i znów ujrzał swoją wybrankę. Katarzyna Świątek zjawiła się na prebendzie w Otfinowie z gronem panien, członkiń Sodalicji Marjańskiej, której przewodniczyła. Stowarzyszenie propagował w powiecie dąbrowskim ksiądz Antoni Wilczkiewicz, proboszcz, dziekan z Olesna. Z jego nazwiskiem zetknął się już Heniek Sucharski. Ksiądz Wilczkiewicz z polecenia kurii tarnowskiej badał sprawę konfliktu  księdza Kahla z wójtem Bojko, który podobno  nie tylko wygryzł proboszcza, ale i doprowadził do obłędu domniemanego bohatera Klątwy Wyspiańskiego. O tym sporze pisała w swoim pamiętniku Katarzyna, już po mężu, Świętek-Balalowa. Brała stronę autora Dwu dusz. Ale w tamtej chwili Heńka to nie interesowało. Na własne oczy upewniał się, że spośród przybyłych na prebendę dziewcząt ona była najpiękniejsza.

 

                         

Dama jego serca spytała, skąd się zjawił na prebendzie w Otfinowie? Odrzekł, że z Gręboszowa. Chciała się dowiedzieć, czy zna posła Bojkę? Przytaknął, dodając: „To mój wujek”. Zaskoczona spytała, jakim cudem tu się znalazł? Wzruszył ramionami. Podziwiał jej urodę.

 

Rolnik i listonosz

 

Nieoczekiwanie zjawił się na plebanii Jakub Podolski, brat księdza proboszcza. Przyjechał rowerem rankiem w sobotę, z dość daleka, bo z Tuszowa Narodowego koło Mielca.  Szerszeń wikary z właściwą sobie kąśliwością nie omieszkał odnotować tego faktu. Heniek usłyszał, że to żaden szlachcic herbu Nałęcz, ale rolnik dorabiający pracą wiejskiego listonosza. Słowem, pełna deklasacja.

Chłopca zainteresował rower przybysza. Była to damka, balonówka o drewnianych obręczach i grubych oponach. Taki rower pozwalał łatwiej listonoszowi poruszać się po wiejskich bezdrożach.

Heniek zapragnął nauczyć się jeździć na rowerze. Przemógł w końcu swoją nieśmiałość i poprosił brata księdza, by mu  użyczył damki, bo chciałby spróbować, czy potrafi jeździć. Pan Jakub nie tylko wyraził zgodę, ale udzielił mu kilku praktycznych wskazówek. „Patrz przed siebie!” – to było jego hasło. Obniżył siodełko u roweru, dostosowując jego wysokość do wzrostu chłopca. „Do przodu!” – słowa zabrzmiały, jak rozkaz. Heniek kręcił pedałami, a jego nauczyciel biegł obok roweru, nieco go podtrzymując i korygując kierunek. Po kwadransie Heniek już potrafił samodzielnie jechać na rowerze. Posiadł, jak mu się wydawało, cenną umiejętność.  

Brat księdza okazał się miłym, uczynnym człowiekiem. Miał spracowane ręce i ogorzałą twarz. Z wyglądu Heńkowi przypominał Kubę Świętka ze wsi Lubiczko, opiekuńczego ducha ich rodziny. Wydał mu się różny od brata księdza.  

Wikary zawyrokował, że rolnika przybysza gna w pole i zaraz wyjedzie z Otfinowa. „Praca na mnie czeka” powiedział po dniu pobytu na plebanii u swego brata. Wsiadł na rower i ruszył w drogę.

Major przy różnych okazjach zawsze ciepło wspominał swego nauczyciela jazdy na rowerze.  Szlachectwo w jego przypadku równało się szlachetności charakteru. O herbie Nałęcz ten rolnik i listonosz nawet nie napomykał. Na rozwój ruchu ludowego patrzył ze zrozumieniem. Pozostał wierny tradycji rodu, który wydał wielu duchownych. Kazimierz, syn Jakuba Podolskiego, został księdzem.       

 

W nurtach Dunajca

 

W maju wędkarze z pobliskiego Żabna chodzili na ryby w okolice Dunajca koło Otfinowa. Mieli dobry sprzęt, nawet bambusowe wędziska. Brały liny w dołach i zakolach rzeki. Heniek zrobił sobie prostą wędkę z końskiego włosienia, które obcinał z ogonów siwkom, gdy furmanki stawały  przed kościółkiem.

Nad rzekę szedł zawsze z Niemojem. Pies dostawał pierwszą złowioną rybę. Haczyki i ciężarki różnej wielkości kupił w sklepie u Żyda za halerze otrzymane od Romka Bojki.

Pewnego razu łowił na popław klenie, wędrując wzdłuż biegu Dunajca. Starał się błyskawicznie zacinać polujące ryby, aby nie umknęły z przynętą, zwykle konikiem polnym, czy też liszką. Nagle poczuł, że wziął duży kleń. Gwałtownie szarpnął wędką, sam się zahaczył i uciekał pod kępę wiklin, wystającą znad brzegu rzeki. Tam się zaplątał wśród korzeni. Nie dawał się wyciągnąć. Włosień wędki można było urwać, ale Heniek żałował straty haczyka i ryby. Mimo zbyt zimnej wody, bo przed Janem, kiedy zaczynano się kąpać, zdjął porcięta i wskoczył do Dunajca. Poczuł nurt tej groźnej rzeki. Nie dał się porwać na środek;  płynął przy brzegu. Przed kępą dał nurka, trzymając w jednej ręce sterczący włosień wędki, która gdzieś się zaplątała.

 Pochwycił go wir i stracił orientację. Nie widział, gdzie jest brzeg, a gdzie nurt. Uderzał głową w plątaninę korzeni. Próbował za wszelką cenę wyplątać się z tej matni. Brakło mu powietrza w płucach. Lęk go ogarnął. Poczuł, że będzie się topić. Odepchnął się wtedy rękoma od czegoś grubego. Otworzył oczy i przez myśl mu przemknęło, że widzi cień psa w wodzie. Resztką sił wynurzył się z głębiny i popłynął w tę stronę. Niemój stał na brzegu i go wypatrywał z niepokojem. Chłopiec z trudem dotarł do brzegu. Pies lizał jego ręce, poranione przez korzenie. Gdy Heniek przyszedł do siebie nie dał za wygraną i starał się wyszarpać zaplątaną wędkę. Dopiął swego. Na haczyku tkwił duży kleń, który głęboko połknął przynętę.

Trofeum było okupione niepotrzebnym ryzykiem. Zdał sobie z tego sprawę i zapamiętał na całe życie. Po latach wspominał, że niewiele brakowało, a byłby się utopił w zdradliwym Dunajcu. Mimo wszystko ta lekcja mu się przydała: starał się unikać w życiu niepotrzebnego ryzyka.

 

Wierzba, świadek epok

               

Z końcem czerwca Heniek Sucharski zakończył naukę w otfinowskiej szkole. Świadectwo, z dobrymi stopniami, okazał Augustyńskiemu. Tym sposobem dodatkowo mu podziękował za opiekę nad sobą i Niemojem. Pani Maria, żona cieśli, zaopatrzyła go w wiktuały na drogę.

Zdecydował się na powrót do Gręboszowa wzdłuż biegu Dunajca. Towarzyszył mu Niemój. Co jakiś czas odpoczywali. Stary pies wlókł się z trudem. Kiedy dotarli do Przykońców i było już blisko do domu, Niemój położył się w cieniu ogromnej wierzby. Patrzył na chłopca swoim dobrym wzrokiem i zakończył życie. Tam też pochował go jego pan.

Major Sucharski do końca swoich dni pamiętał przyjaciela. Wierzbę tę, świadka wydarzeń z kilku epok, jeszcze z oznakami życia, gdyż z próchniejącego pnia, na jego koronie, wyrastało kilka gałązek, odszukałem w pobliżu kanału i drogi prowadzącej do nieistniejącego już domostwa Sucharskich. Uwieczniłem ją na fotografii.

-------------------------------------- 

Romuald Karaś, ur. 1935 r., reporter,  autor książek z literatury faktu, słuchowisk i scenariuszy, laureat Nagrody im. Ksawerego Pruszyńskiego, wydawca siedmiotomowej Antologii Wileńskiej, przewodniczący  Stowarzyszenia im. Witolda Hulewicza i Kapituły Nagrody jego imienia.

Rozdział z przygotowanej do druku książki Romualda Karasia Tło. Henryka Sucharskiego droga na Westerplatte.


Pin It