Wanda Nowik-Pala

 

UWIĘZIĆ NIEPOKÓJ

 

„Niepokoi  nas to, czego nie rozumiemy” 
Anatol France

                                  

Zbigniew Kresowaty w pracowni                Wystarczy przyjrzeć się wydarzeniom dnia codziennego, by wypełnić się niepokojem. Tym bardziej, że współczesne media prześcigają się w ukazywaniu tego, co w nas najgorsze. Człowiek, twórca współczesnej cywilizacji, penetrator atomu i kosmosu, w wielkim stopniu nadal pozostaje  zagadką sam dla siebie. Nie wie, ile w nim dobra, ile zła, co i w jakich okolicznościach się wyzwoli i nad nim zapanuje. Nie zna możliwości własnego umysłu i psychiki, wielka część naszego mózgu tkwi bowiem w uśpieniu, jakby wszechwładna Natura wiedziała, że nie jesteśmy jeszcze godni z niej korzystać.

Andrzej Wołosewicz

 

O poezji ple-ple

 

wolosewicz            Przypominam cytat z Krynickiego sprzed kilku tygodni: „Podróż może być poszukiwaniem samego siebie, może być ucieczką przed sobą, może mieć charakter pokuty i kary”. Te uwagi dotyczą, by tak rzec, całokształtu naszego „podróżowania”, ale pamiętajmy, że Krynicki czyni je przy okazji poezji, a nie filozofowania w ogóle. Czy wymiary takie jak poszukiwanie samego siebie, ucieczka przed sobą a wreszcie pokuta czy kara, a dodajmy od siebie - i wina (bo czyż może być kara bez winy?, poza, rzecz jasna, ewidentnymi pomyłkami skazania niewinnego, które jednak przecież tylko łamią schemat i kalają prawo nie będąc jego rękojmią i kręgosłupem) przynależą jedynie do życia?. Zatem wina, kara i pokuta. Ale czyż to są kategorie pojawiające się w naszym myśleniu o poezji? (Nie będę się bawił w klasyfikowanie co tu mogłoby być czym, bo od razu dopadają mnie frywolne uwagi zainspirowane powtórzonym – który to już raz? – przy okazji tegorocznej matury z języka polskiego statystycznym wyliczeniem, że wybór analizy wiersza, jeśli takowy jest możliwy, dokonywany jest przez młodzież w procencie zbliżonym do błędu statystycznego, czyli – jak najdalej od poezji! Ona, można powiedzieć, tylko za karę, tylko jako pokuta.

Stanisław Grabowski

 

 

ALA, AS i MARIAN FALSKI

 

elementarzOd 1 września w plecakach czy torbach na kółkach uczniowie znajdą nowe podręczniki. Zwłaszcza ten pierwszy najważniejszy, czyli elementarz, zawsze budził i budzi największe emocje. Ostatnio obowiązywał podręcznik dla pierwszoklasistów autorstwa Marii Lorek. Zebrał sporo opinii pozytywnych,  jak i negatywnych. W pewnym stopniu reforma szkolna cofa oświatę do czasów sprzed 1989 roku. A skoro tak chciałbym przypomnieć, bez aluzji i sugestii, dzieje Elementarza, którego autorem był Marian Falski. Może ta historia coś wskaże reformatorom oświaty, może podpowie coś co przeoczyli jej przeciwnicy?

To książka, którą prawie każdy z nas musiał dokładnie przestudiować, a więc jest bardziej popularna od Trylogii Sienkiewicza, czy nawet od Biblii. „To najważniejsza książka w życiu kilku pokoleń Polaków”, powiedziała Maria Dąbrowska. Wracamy do niej po raz drugi, ale już jako rodzice, a jeszcze później, bywa, że w roli dziadków. Przeglądana po latach każdą stroną budzi autentyczne wzruszenie, przypomina o naszym pierwszym zetknięciu się z „ojczyzną-polszczyzną”. Mowa o... Elementarzu prof. Mariana Falskiego. W tym roku miną czterdzieści trzy lata od śmierci jego autora, a urodził się pod koniec XIX wieku i żył wystarczająco długo, by jego „ukochane dziecko” stało się dokładną ilustracją kolejnych etapów rozwoju Polski, by odbijały się w nim, jak w zwierciadle, kłopoty bytowe i każde inne Polaków, ich marzenia i radości, troski, praca, odpoczynek w mieście i na wsi, wreszcie polityczne zawirowania i ideowe wybory.

Janusz Termer

 

Eduarda Koczergina powrót do wspomnień

 

Ryszard Tomczyk      Czytelnika przetłumaczonego na polski w 2010 roku zbioru  autobiograficznych opowiadań Lalka Anioła. Z teki rysownika* (patrz pisarze.pl z 16 II 2011), pióra Eduarda Koczergina nie trzeba ani przez moment nawet zachęcać do sięgnięcia po drugą jego wydaną teraz po polsku książkę – Ochrzczeni krzyżami. Urywki wspomnień spisywanych na kolanie**. Także opartych na doświadczeniach własnych i przeżyciach  „wroga ludu”, bo był synem rosyjskiego inżyniera cybernetyka i matki Polki z domu Odyniec. Urodzony w 1937 roku w Leningradzie, w czasie wielkich ówczesnych „czystek” politycznych, często absurdalnych wręcz niewiarygodnych podejrzeń oraz terroru tamtej epoki. Przebył długą i dramatycznie ciernistą drogę – od syberyjskiego domu dziecka do obecnej pozycji wybitnego i znanego w świecie (od Japonii po Amerykę, a także i u nas), głównego scenografa petersburskiego Wielkiego Teatru Dramatycznego im. Towstonogowa (a okazjonalnie i scenografa filmowego).

Andrzej Wołosewicz

 

Ile literatury w literaturze?

 

wolosewicz            Poprzednim razem pisałem o etosie podróży w poezji. Chciałbym te krótko wyrażone tezy nieco rozwinąć zatrzymując się na początek przy pierwszej.

            Tak naprawdę podróż – co jednoznacznie wynika z wszystkich przytoczonych cytatów – jest tu rozumiana najszerzej jak tylko można, więc mamy otwarte pole do dowolnych a interesujących nas dywagacji. Mnie w słowach Krynickiego najbardziej niepokoi, intryguje a jednocześnie bardzo mi pasuje wątek niedopasowania, nieprzylegania języka do tego, co chcemy wyrazić, jego ułomność w tym zakresie. Dwa powody podaje tu Krynicki: kłopoty doświadczenia z wydobyciem się na powierzchnię języka i niedomiar specyficznie ludzkiego, humanistycznego pierwiastka w języku. Zauważmy, że z jednej strony to język jest bodaj najbardziej uniwersalnym wehikułem ludzkiej podróży przez życie i historię całej naszej cywilizacji, co daje mu uprzywilejowaną pozycję a z drugiej strony stawia przed użytkownikami określone wymagania odsłaniając ich samych w trakcie praktyki językowej zaświadczając o mówiącym: można być sprytnym i bogatym, silnym i pięknym a gdy otworzy się usta, to coś tam z butów wyłazi. Nie lubię sformułowania o wystającej z butów słomie, bom sam ze wsi i jestem ostatnim, który wiejskość by postponował, ale używam tego sformułowania ze względu na jego poręczność jako wymownego, bardzo czytelnego skrótu myślowego. Na marginesie, to też zaświadcza o mocy języka, o jego zdolności do przymuszania, w tym wypadku do przymuszana mnie, abym użył określonego sformułowania, którego wolałbym unikać, ale które ma moc komunikacyjną niezależną zupełnie od mojego wolałbym lub nie wolałbym. Można by – za Heideggerem – powiedzieć, że w tym wypadku to język mną mówi. Ale wróćmy do Krynickiego, do tego co się – moim zdaniem – za jego uwagami kryje, a przynajmniej co ja  wyczytuję.