Wanda Nowik-Pala

 

JAK LIŚĆ RZUCONY NA WODĘ

 

Jak lisc rzucony na wode            Podobno co drugi Polak na pewnym etapie swego życia próbuje zostać poetą. Należę do tego grona. Na szczęście w porę oprzytomniałam. Najwidoczniej przeważył racjonalny umysł matematyka. Jakieś szczątki sentymentalizmu jednak jeszcze we mnie drzemią, skoro z plątaniny zaspanych zwojów mózgowych, bladym świtem, wyłonił mi się utwór, którego tytuł widnieje powyżej.

            Nie pamiętam, dlaczego w chwili pisania tego wiersza czułam się marnym liściem unoszonym przez prąd rzeki „bez początku i końca”, ale tak nagle przypomniany, skłonił mnie do rozmyślań. Kończy się kolejny rok. Sąsiedzi jeszcze śpią nabierając sił na huczne witanie Nowego Roku, a ja, jako ranny ptaszek, szukam zajęcia. Jest cicho. Wsłuchując się w szelest chwil przesuwanych w różańcu mego losu zastanawiam się, co rządzi życiem człowieka...   

            Według mitologii greckiej nad wszystkim czuwa bezlitosny Chronos. Wraz z towarzyszącą mu boginią nieuchronności, Ananke, skłania nas do podporządkowania się wyrokom przeznaczenia. Godzenie się z losem należy jednak do najtrudniejszych zadań człowieka. Buntujemy się. Pragniemy zapanować nad przemijaniem. Boimy się starości, chorób, niedołęstwa, a jednocześnie chcemy żyć jak najdłużej. Czas jest więc naszym sprzymierzeńcem a jednocześnie wrogiem. Mówimy o nim, piszemy, rzadko jednak w codziennym życiu znajdujemy chwilę, by zastanowić się, czym tak naprawdę jest, jak go postrzegano i określano w mitologii, filozofii czy w poezji. 

            Według niektórych kosmogonii Chronos to źródło wszechrzeczy, budowniczy - w greckich i rzymskich mozaikach przedstawiany jako mężczyzna poruszający koło zodiaku. Możemy go także podziwiać jako starego, mądrego człowieka z długą, szarą brodą. Wyłonił się z Chaosu i trwa. Według wierzeń orfickich on i Ananke podzielili świat na trzy uporządkowane części: ziemię, morze i niebo. Razem strzegli porządku świata i nieuchronnego upływu czasu, a wraz z nim życia.

            Już wtedy jednak pojęcie czasu sprawiało kłopot. Świadczy o tym inna jego koncepcja, której uosobieniem był Kairos – bożek szczęśliwego zbiegu okoliczności, lecz także niewykorzystanej okazji. Był przedstawiany jako łysy mężczyzna z długą, bujną grzywką. Dlatego ten, kogo mijał, miał tylko chwilkę, by uchwycić jego spojrzenie. Kairos to czas chwilowego zatrzymania, zawieszenia, lecz także zanurzenia we własne wnętrze, czas kontemplacji, czas wyjątkowy, święty.

            Pragnienie zatrzymania umykających chwil widoczne jest w utworach wielu poetów. I tak np. już same tytuły wierszy z tomiku „Wirująca przestrzeń” Barbary Koceli świadczą o próbach zmierzenia się autorki z tym, co przyniósł lub zabrał jej czas. Mamy tu bowiem: „Uciekające lato”, „Spóźniony obiad”, „Pogubione chwile”, „Czas na muszce”, „Archeologię czasu”, „Algebrę czasu”, spotykamy nawet „Chronosa i Ananke”. W zawartych w nich wspomnieniach znajdujemy ślady przebrzmiałych wzruszeń, żal niespełnienia oraz świadomość, że za pochopne decyzje się płaci. Decydująca chwila minęła bezpowrotnie. Zabrakło szczęśliwego splotu okoliczności, umiejętności skorzystania z okazji, czy przychylności Kairosa?

            Nie tylko mitologia miała problemy z pojęciem czasu. Od początku powstania filozofii stał się on zagadnieniem wywołującym gorące spory. Pierwszym filozofem, który stworzył koncepcję czasu, a właściwie jego braku, był Anaksymander. Według niego początkiem świata i materii jest bezkres, bezczas, zawieszenie w przestrzeni. Nie wiem, czy wiersz „Pochwala chwili” Moniki Sznaucner-Telki ma coś wspólnego z pojęciem bezczasu Anaksymandra, ale słowa: „...to obok tego czasu stoimy,/ którego nie ma./Niewidzialnego..” przedziwnie z nim korelują. Intuicja, wiedza, czy zbieg okoliczności? I co z tym czasem – czym jest, jeśli istnieje? A może faktycznie go nie ma?   

            Heraklit  uznawał czas jako kontinuum, które charakteryzuje cykliczność, co doprowadziło go do absurdu dotyczącego podwójnego istnienia człowieka; jego śmiertelności i nieśmiertelności. Otóż, podczas gdy w obrębie jednego „wielkiego roku” jesteśmy śmiertelni, po uwzględnieniu nieskończoności cyklicznego ruchu czasu możemy być nieśmiertelni, choć kolejne nasze istnienia są jałowe, co z kolei sprawia, że ich nie pamiętamy. Przedziwnie kojarzy mi się to z nieśmiertelnością duszy ludzkiej i reinkarnacją. Wierzenia się przenikają, czerpią z siebie wzajemnie, istnieje więc możliwość, że jestem na dobrym tropie. Nie wiem jednak, co było pierwsze.

            Jego słynne „panta rhei” oznacza, że doświadczamy wokół siebie ciągłego ruchu  oraz zmian.             Podejrzewam, że mój tytułowy wiersz o liściu rzuconym na wodę ma mniej lub bardziej świadome źródło w filozofii Heraklita, albowiem powiedzenie, że nikt nie wchodzi dwa razy do tej samej rzeki jest tak obrazowe, że odciska się w pamięci na zawsze i wypływa z niej w najmniej oczekiwanych momentach. Zresztą nie tylko ja uległam tej sugestywnej wizji, o czym świadczą słowa Wisławy Szymborskiej „Nic dwa razy się nie zdarza”.

            Platon ze swoim wyobrażeniem czasu jako ruchomego obrazu wieczności nie natchnął chyba nikogo z moich znajomych, za to myśli Arystotelesa można odnaleźć w wielu utworach Tadeusza Zawadowskiego i Elżbiety Musiał. Może dlatego, że są one bliskie codziennemu doświadczeniu. To Arystoteles stwierdził bowiem, że czas jest  nieskończony. Nie można go jednak rozważać bez postrzegania ruchu, wszak „jedna jego część przeminęła, podczas gdy inna dopiero będzie i jeszcze jej nie ma”. Jeśli wyłączymy z czasu jego nieistniejące kawałki, pozostanie nam tylko chwila teraźniejsza, która natychmiast przemija. Tak więc wszystko, co cenimy już przeminęło na zawsze, albo jeszcze nie nastąpiło. A to, co mamy, jest nieskończenie małym wycinkiem teraźniejszości, która znika z chwilą, gdy próbujemy ją uchwycić.

            Elżbieta Musiał w tomiku „Płacz czajki” pisze, że : „...co byś nie zrobił,/ i jaką drogą nie poszedł.// Wszędzie ten czas,/ który się nie odstanie;// przestrzeni się i pętli, zaciera jasne niegdyś/ horyzonty i zawęża do jednego punktu/ wpatrzenia...” Przemijanie jest nieuchronne, bywa jednak bolesne, szczególnie gdy wiąże się z utratą czegoś, co było ważne, wiązało się z uczuciami, pozostawiło po sobie pustkę i żal. Wtedy trzeba uzbroić się w cierpliwość, bo czas zrobi swoje, choć „póki co – boli/ nawet ten czas następny/ w paltociku nieporadnego wiersza” („Który się nie odstanie”). Bywa, że temat rozważań poetyckich podsuwa przypadek. To on zdecydował o powstaniu poematu Eli Musiał „Na śmierć zegarka przejechanego zimą przez samochód”. Uszkodzony, damski zegarek wyjęty przez nią z zaspy i przyniesiony do domu nadal chodził. Leżał na nocnym stoliku i swoim jednostajnym, upartym tykaniem domagał się uwagi. Osiągnął cel, bo poetka zaczęła się zastanawiać nad sensem tego zdarzenia. Męczyło ją to, a jednocześnie fascynowało, o czym świadczą słowa skierowane do zegarka: „Głos czyk, czyk../ To twój głos. Ty masz głos...” A nieco dalej wyznaje: „...Nieopatrznie/ wczoraj/ z ziemi podniosłam ciebie/ i srebrny sens minut...” Nieopatrznie, bo teraz jest zmuszona do rozmyślań o roli przypadku, związku ciała z przestrzenią, wpływie cywilizacji na ziemię i człowieka, a przede wszystkim o przemijaniu: „Sekundy i minuty,/ trakty i traktaty godzin-/ czy nie są martwe/ zanim odejdą?/ A oni mylą minutę z nieobrachowaną/ chwilą.” Poemat jest dowodem na to, jak wiele można zawdzięczać przypadkowi, gdy jest się myślącym, utalentowanym człowiekiem. A „nieobrachowana chwila” uświadamia, ile imion może nosić nieuchwytna, lecz tak przez nas upragniona, teraźniejszość. Wszak pragniemy być tu, w tym trudnym do złowienia teraz.

            Tadeusz Zawadowski z kolei pisze, że „Czas przypomina zająca/ Siedzi pod miedzą i nasłuchuje/ Jak mijają dni i godziny/ Nie zaskoczysz go/ Choćbyś nie wiem jak cicho się skradał...”(„Czas”). Nasz język jest bogaty w określenia typu: era, wiek, rok, miesiąc, dzień, godzina, minuta, sekunda, ale również wczoraj, przedwczoraj, jutro, pojutrze czy za chwilę. Używamy tych słów automatycznie, poeta jednak stara się je rozszyfrować, zobrazować słowem, zgłębić ich znaczenie. Zauważa np., że „Moment jak to moment nie zawsze dogodny/ Żeby wstąpić na drogę/ Lub w porę zejść z drogi/ Żeby znaleźć się w miejscu/ Lub miejsce ominąć...” A w wierszu „Kiedyś”, który nadał tytuł całemu tomikowi, pisze: „Kiedyś to zawsze nie dzisiaj/ W garniturze i pod krawatem/ Trzyma się na uboczu na dystans...”, a co najważniejsze kiedyś „Nie zna czasu teraźniejszego/ Zawsze mu za wcześnie to znów za późno...” 

            Czas można dzisiaj mierzyć bardzo precyzyjnie. Jest czymś, co cenimy. Można go zaoszczędzić, ale i zmarnować, wykorzystać, poświęcić komuś, czuć jego nadmiar lub brak. Nadal trudno nam jednak określić, czym tak naprawdę jest.

            Najtrafniej ujął to św. Augustyn z Hippony: „Czymże więc jest czas? Jeśli nikt mnie o to nie pyta, wiem. Jeśli pytającemu usiłuję wytłumaczyć, nie wiem”.

            Głowili się nad tym także fizycy; od Newtona, Leibniza i Einsteina poczynając, po brytyjskiego naukowca Juliana Barboura, który, o dziwo, stwierdził, że czas być może jest jedynie iluzją. Czyżby wielowiekowe poszukiwania zatoczyły koło?

            Skoro tak, to i ja mam prawo postąpić podobnie. Wracam, by znów ujrzeć siebie jako liść unoszony przez nurt rzeki czasu. Powracam, by odnaleźć wiarę i nadzieję, że nadal będzie on zmierzał spokojnie ku własnemu przeznaczeniu. Ma własne imię, określony kształt, barwę i charakter. I spore towarzystwo obok. Duża część drogi za nim. Ile przede nim? Nie wiem.

           

                       

 

 

Tomasz Miłkowski

 

Wyspa Cieplak

 

ELEMENTARZ galeria 21 C Teatr Narodowy  Teatr Piotra Cieplaka to samotna wyspa. Wyspa oryginalnej wyobraźni i samodzielnych poszukiwań. Tak przynajmniej uważa dyrektor Jan Englert, który od lat stwarza artyście w Teatrze Narodowym idealne warunki do budowania swoich scenicznych wizji. Czasem to wizje „usługowe” w najlepszym tego słowa znaczeniu – Cieplak bowiem od dawna specjalizuje się w tworzeniu bujnych, czasem inscenizacyjnie bogatych i nęcących, a czasem  celowo ascetycznych, oszczędnych w środki wyrazu przedstawień dla dzieci. Ma ich w swoim dorobku wiele jak choćby zrealizowany przed laty cudowny spektakl na podstawie „Kubusia Puchatka” w warszawskim Teatrze Studio. Jego inscenizacja nie miała nic z infantylizmu czy też próby naśladowania przez dorosłych teatru kukiełkowego.

Wprawdzie u Milne'a Kubuś i jego przyjaciele to zabawki, ale tylko zewnętrznie. Cieplak przyoblekł te postaci w sceniczny kształt, kierując się duchem opowieści, a nie sugestywnymi  rysunkami Ernesta Sheparda. O „zabawkowatości” bohaterów przypominają tylko wielkich rozmiarów meble - ogromniaste fotele z czeluściami wnęk, potężna komoda z przepastnymi szufladami, którą Kubuś zdobywa niczym doświadczony alpinista.

Kubuś (Maria Peszek) zwracał uwagę swymi za dużymi spodniami, misiowatymi ruchami i lirycznym, naiwnym wejrzeniem. Prosiaczek (Edyta Jungowska) łatwo się płoszył, niezdecydowany, co robić w trudnych sytuacjach. Sowa Przemądrzała (Irena Jun) poważnymi minami dawała do zrozumienia, jaka jest mądra. Królik (Andrzej Masztalerz) poklepywał nerwowo rękami, aspirując nie tylko do intelektualnego przywództwa, a sfora jego Krewnych i Znajomych  przemykała przez scenę i widownię, naśladując swego wuja. Kłapouchy (Stanisław Brudny), w siatce na głowie, udawał mizantropa, zamykał się w swojej jamie i cierpiał, że nie jest kochany. Tygrys (Rafał Maćkowiak), chłopak w skórzanej marynarce z ćwiekami, wprowadzał odrobinę szaleństwa na scenę. Tacy byli bohaterowie ze Stumilowego Lasu, czyli my sami w różnych sytuacjach, radośni i smutni, ospali i rezolutni, rozczarowani i pełni nadziei, w spektaklu sprzed niemal dwudziestu lat (1999). Cieplak oprowadzał nas po kraju dzieciństwa, a jednocześnie sugerował, że ta kraina nadal w nas istnieje, że wystarczy tylko chcieć, aby się odezwało w nas jej echo.

W podobnym duchu przemawiała do wyobraźni jego inscenizacja „Opowiadań dla dzieci” (2008) – Cieplak sięgnął wówczas po pełne uroku, mądre opowieści Isaaka Singera, który snując proste historyjki, inkrustował je głębokimi refleksjami o życiu, o tym, co najważniejsze dla człowieka. Przewodnikiem po tym świecie fantazji i nostalgicznego wspomnienia z żydowsko-polskich miasteczek, których już nie ma, uczynił Cieplak zdziwaczałego profesora Szmiela z Nowego Jorku, niedorajdę, jak sam o sobie mówi, roztrzepanego myśliciela, którego łatwo okpić, ale który paradoksalnie podporządkowuje swojej wyobraźni otoczenie. Krzysztof Wakuliński po mistrzowsku prowadził tę delikatną rolę, w której łączył obowiązki przewodnika duchowego i komentatora z bezbronnością chłopca, oglądającego świat z zachwytem. I ten zachwyt się udzielał. Zwłaszcza że reżyser ze scenografem Andrzejem Witkowskim wyczarował fantasmagoryjny świat, w którym ożywają zabawki, wracają obrazy z przeszłości, a nawet Niebo i Księżyc ukazują się w całej okazałości, nie wspominając o Arce, pojawiającej się w formie potężnego transatlantyckiego statku.

W zachwyt wprawiał reżyser dzieci i starszych swym najmłodszym spektaklem „dziecięcym” w Teatrze Narodowym, legendarną „Królową Śniegu” Andersena (2015). Wielka scena Narodowego domaga się wielkiej inscenizacji - i tak jest tym, razem: widzimy całe osiedle mieszkaniowe, barwny ogród warzywny, pałac książęcy, paradne karoce, a na koniec zimne piękno krainy Królowej Śniegu. Ale za sprawą fantazji inscenizatora, zachwycającej scenografii i porywających scen zbiorowych jest i piękno gorące. W sercach bohaterów. Baśń Andersena ożywa z intensywnością, przygotowana z dbałością o każdy szczegół i maestrię wykonania. W wyrównanym zespole błyszczą talenty Ewy Konstancji Bułhak, Beaty Fudalej, Jerzego Łapińskiego i Tomasza Sapryka. Po baśni z wdziękiem oprowadza Pan Gaduła Zbigniewa Zamachowskiego.

Ale Cieplak z równym talentem może opowiadać baśnie, dysponując znacznie skromniejszymi środkami - dość przypomnieć piękne spektakle „Ach, jak cudowna jest Panama” czy „Lokomotywa” (2013) wg Juliana Tuwima w Teatrze Powszechnym. To w tym spektaklu Sławomir Pacek z grającym bączkiem w rękach gramolił się z szuflady, aby z tęsknotą opowiadać o Grzesiu daremnie usiłującym donieść worek piasku. Rzecz toczyła się u stóp toaletki, z lewej strony widać było końcówkę mopa, w tyle sceny gniazdko i wtyczkę. Ktoś wypoczywał na szczotce do włosów, ktoś inny wychylał się z szuflady. Inscenizacja wyraźnie nawiązywała do "Kingsajzu” Juliusza Machulskiego.

Zapewne spektakle tworzone z myślą o najmłodszym widzu sprzyjały narodzinom autorskiego teatru Cieplaka. Bo obok wielu spektakli tradycyjnie dramatycznych (jak choćby „Wesołe kumoszki z Windsoru” czy „Król Lear” albo „Narty Ojca Świętego”), zrealizowanych wedle gotowych tekstów dramatycznych, od lat pojawiał się w jego twórczości nurt inscenizacji autorskich, opartych na własnych poszukiwaniach, montażu tekstów i obrazów wraz ze współpracującym z nim scenografem Andrzejem Witkowskim. Rodziły się w ten sposób spektakle poetyckie, trochę enigmatyczne, niedopowiedziane, ale niepokojące i z wyraźnie własnym znakiem rozpoznawczym - niespiesznym rytmem, nawiązaniami do wielkiej literatury, wątków biblijnych, a jednocześnie silnie związane ze współczesnością. Twórcy nie chodziło o dawanie gotowych odpowiedzi czy recept, ale pobudzanie emocji i intelektualnych skojarzeń.

Taki był sławny kilka lat temu spektakl „Nieskończona historia. Oratorium na 30 postaci, chór, orkiestrę i sukę Azę”  w Teatrze Powszechnym (2012). Metafora jasna jak słońce i już nieraz eksploatowana na różne sposoby tu jednak brzmiała odkrywczo - kamienica, dom zamieszkany przez rozmaitych ludzi, staje się znakiem wspólnoty, a jakiej, to już zależy od patrzącego, czytającego i słuchającego. Spektakl Piotra Cieplaka, oparty na oratorium Artura Pałygi z muzyką Jana Duszyńskiego, zachwycał dyscypliną formalną i kryształową czystością tonu. Snute były tu zwykłe, codzienne opowieści, utkane z drobiazgów, przyzwyczajeń, rutynowych czynności, nieporozumień, nawyków - doskonale podpatrzonych i wkomponowanych w ten poemat o życiu i śmierci. Dźwięczały w nim zwykle niedostrzegana poezja, dziwne piękno, wyrafinowany humor, nawet jeśli nie brakuje sytuacji niezbyt przyjemnych dla bohaterów. Rzecz w tym jednak, że ani spektakl, ani sztuka nie miały na celu nikogo wyśmiewać, pouczać, tylko komentowały codzienność, w jej zwykłości odkrywając tajemne przejścia do spraw ogólnych, metafizycznych - tak jak w porywającej sekwencji, kiedy Cezary Kosiński cytował fragmenty eposu o Gilgameszu.

Zbliżoną metodę wykorzystał Cieplak w swoim najnowszym spektaklu - „Elementarzu” w Teatrze Narodowym (premiera 7 grudnia). Tym razem jednak sam zamówił tekst u poetki Barbary Klickiej, podejmując się jego sprawdzenia na scenie. Przystępując do pracy miał dopiero wstępny pomysł – zarys, chodziło o sięgnięcie do książki pierwszej, czyli „Elementarza” jako bramy pamięci: miał to być świat porządkowany regułami elementarza Mariana Falskiego.

Razem z Alą (fascynująca Edyta Olszówka) przechodzimy kurs wedle abecadła, od litery „a” do „zet”, tyle tylko, że nie ma tablicy, ale Falski w dwuosobowym wcieleniu pilnuje postępów edukacji (Monika Dryl, Bartłomiej Bobrowski) bez kredy ani pisaniny w dość złudnym a słodkim przekonaniu, że to on/oni kształtują zdarzenia i osobowość Ali.

Wszystko odbywa się w uruchomionej pamięci od pierwszego zdania jak latarnia: „Ala ma kota”. Ale o kocie… później -  jak zastrzega się Ala. Zaraz okaże się, że ta Ala Alicją z Krainy Czarów jest podszyta, że elementarny świat abecadła przenika surrealistycznie splątany świat wyobraźni absurdalnej, a gry językowe wprowadzają bohaterkę i widzów w niejedną pułapkę. Prostotę wypiera więc formalne wyrafinowanie, poetyka snu.

Recenzenci toczą już spór o ten spektakl. Jedni gotowi są uważać go za gorący politycznie manifest, inni za skargę liberała, jeszcze inni za niejasne do końca marzycielstwo. Jest tak jak się państwu zdaje, jak sugerował Pirandello. Chociaż warto pamiętać, że cytuje się w spektaklu słowa Bertolta Brechta: „Co to za czasy, kiedy rozmowa o drzewach jest prawie zbrodnią” (tłum. Adam Kopacki).

„Elementarz” to jednak przede wszystkim spektakl poetycki powstały na Wyspie Cieplak. Można się poddać aurze tej opowieści, toczonym niemal zaciekle grom językowym i muzycznym improwizacjom (świetnie sekwencje Jakuba Gawlika, Pawła Paprockiego i Marcina Przybylskiego, grane na żywo w koncertowej muszli jak w dawnej letniskowej rewii) albo pozostać obojętnym na urodę widowiska. Jednak kiedy Chór Abecadła wykonuje kantatę złożoną ze słów nikczemnych, wulgarnych, nieustannie słyszanych w przestrzeni publicznej, trudno słuchać tego z obojętnym dystansem. To dramatyczna kulminacja opowieści o języku, który wypadł z formy i popadł w niewolę hejtu. Publiczność wysłuchując tych wyzwisk, zamiera w milczeniu.

Ale Klicka i Cieplak nie zostawiają widzów bez żadnej nadziei. Nie dla ckliwej pociechy, ale pewności, że nie wszystko stracone. Spektakl kończy ponowne spotkanie Ali z Tatą (Waldemar Kownacki). Na początku Tato jej nie rozumiał, odpowiadał dziwnymi monosylabami. Na końcu oboje zaczynają rozmawiać.

 

Tomasz Miłkowski

 

 

 

DARIUSZ PAWLICKI

PRZECIW NIE-SZTUCE 

 

„Sztuka jest arystokratyczna do szpiku kości, jak książę krwi. Jest

 zaprzeczeniem równości i uwielbieniem wyższości. Jest sprawą

 talentu, czy nawet geniuszu, czyli nadrzędności, wybitności,

 jedyności, jest także surowym hierarchizowaniem wartości,

 okrucieństwa w stosunku do tego, co pospolite, wybieraniem i

 doskonaleniem tego, co rzadkie, niezastąpione”;

 Witold Gombrowicz, Dziennik.

 

I. Czym jest nie-sztuka, jej przykłady

      Używając określenia „nie-sztuka” zamiennie z pseudosztuką, mam na myśli wszelkie wytwory podszywające się pod sztukę. To znaczy takie, na których widok człowiek uznający piękno za nieodłączny składnik/atrybut sztuki ‒ obok towarzyszących jej treści ‒ przyspiesza kroku. Chce bowiem jak najszybciej stracić je z oczu. Mam na myśli, dla przykładu, prezentowane w galerii dwa patyki ułożone na krzyż, bryłę lodu wolno się topiącego, piramidę ułożoną z rolek papieru toaletowego. Czyli to, co Stanisław Lem tak oto opisał:

 

Krzysztof Lubczyński

 

Markiz de Sade i obywatel Marat kłaniają się nam z bliska

 

Marquis de Sade portrait

 

Marat z Sadem mają ostatnio dziwne wzięcie w teatrach. A może słowo „dziwne” jest nietrafne? Może wydobyta z zapomnienia głośna niegdyś sztuka Petera Weissa szczególnie dobrze rymuje się z naszą współczesnością?

Ponad ćwierć wieku temu, w maju 1991 roku, widziałem „Męczeństwo i śmierć Jean Paul Marata przedstawione przez zespół aktorski przytułku w Charenton pod kierownictwem pana de Sade” Petera Weissa, pod takim, pełnym tytułem figurującym na afiszu warszawskiego Teatru (nomen omen) Komedia, w reżyserii Marka Weissa-Grzesińskiego. Jak wskazuje data premiery, było to u zarania polskiej wolności. A jak przystało na scenę komediową i na reżysera specjalizującego się w gatunku operowym, inscenizacja była podana w nastroju karnawałowej z lekka przebieranki, nawiązująca scenograficznie i kostiumowo do ikonografii Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Markiz grany przez Mariusza Dmochowskiego ubrany był w klasyczny strój francuskiego szlachcica tamtej epoki: pudrowana peruka, barwny surdut, culottes (czyli spodnie do kolan) i trzewiki z klamrą. Pensjonariusze przyodziani jak nędzarze z epoki, po „sankiulocku”. Klimat przedstawienia miał  staromodny zapach „bajki o żelaznym wilku”, słuchanej na luzie w epoce świeżo uzyskanych i konsumowanych jak słodkie gruszki z koszyka swobód.

DARIUSZ PAWLICKI

 

WYPOMINKI

 

Nie korek mnie interesuje, ale fala,

która go niesie. Paul Valéry

 

      Dbanie o pamięć o zmarłych, przypominanie ich, jest pięknym i bardzo starym obyczajem. A przy tym, co będę starał się wykazać, jak najbardziej wskazanym i ‒ w co wierzę ‒  potrzebnym. No bo już bardzo dawno temu wyrażano coś więcej niż nadzieję, było to niekiedy wręcz przekonanie, że człowiek po swej śmierci tak długo jakby istnieje/żyje, jak długo trwa o nim pamięć. Stąd np. wypowiedziana z nadzieją, przez rzymskiego poetę Horacego formuła: nie całkiem umrę (Non omnis moriar). I w jego przypadku tak się rzeczywiście stało. Z tym, że w rodzinach tzw. zwykłych śmiertelników, gdy przeminie kilka kolejnych pokoleń, przodkowie z reguły pogrążają się w mrokach zapomnienia. W przypadku osób znanych ‒ nie mam oczywiście na myśli sław efemerycznych ‒ nie musi tak być. I bardzo często tak nie jest. Jeśli chodzi np. o pisarza, wznowienie jednej z jego książek, będzie takim przypomnieniem. A każdorazowe wypowiedzenie jego imienia i nazwiska będzie rodzajem wypominków; nawiązaniem, świadomym bądź nie, do modlitwy odmawianej „w kościele za dusze zmarłych, których wymienia się z imienia lub z imienia i nazwiska” (Słownik języka polskiego, Warszawa 1979). Gdy do takiej publikacji nie dojdzie, choćby ze względów ekonomicznych, okazją do przypomnienia może być, krótsza lub dłuższa, wzmianka w tomie historii literatury, do której przynależał, albo w tekście wspomnieniowym dotyczącym środowiska, które współtworzył. Ale co z pozostałymi zmarłymi, którzy stanowią przygniatającą większość, co z Nimi? Na co Oni mogą liczyć, kiedy kolejni noszący ich nazwisko, albo powiązani z nimi w inny sposób, nie będą o nich pamiętać? Cóż… Nadzieją będą jeszcze ich groby. Jeśli te będą oczywiście istnieć (mówiąc wprost: jeśli zostaną wniesione stosowne opłaty przez tych, którzy będą czuć potrzebę ich zachowania). A jeśli, na szczęście, tak, to czy napisy na nagrobkach będą choćby w miarę czytelne. Gdy tak będzie, a Ktoś przechodzący obok, nie nazbyt szybkim krokiem, z najprzeróżniejszych powodów zerknie w tę właśnie stronę, może przeczyta (oby na głos!) imię i nazwisko zmarłego. Nie jest ważne czy skomentuje przedział czasowy wyznaczony przez datę narodzin i śmierci. Rzecz bowiem w tym, aby wypowiedział personalia umieszczone na nagrobku; aby „udostępnił” je na chwilę dookolnemu światu. Przerywając tym samym (bardzo prawdopodobne) milczenie na temat tego, do kogo owo imię i nazwisko kiedyś przynależała. Kogo wyróżniało spośród innych.