Marcel Proust w tłumaczeniu Krystyny Rodowskiej




Od tłumaczki

 

Janusz Hankowski
Janusz Hankowski
    Przedstawiam własny przekład dwóch  fragmentów  pierwszej z trzech części – Combray-2,  składających się na pierwszy tom wielkiego dzieła Marcela Prousta -  W stronę Swanna ( zachowując w przekładzie tytułu tomu interpretację Boya). Wypada opatrzeć tę prezentację  choćby zwięzłym  raportem z placu boju, który właśnie się toczy.: jestem w trakcie tego tłumaczenia, najtrudniejszego z trudnych.[1] Mój komentarz na tym etapie może być tylko czymś w rodzaju prowizorycznego wglądu w  trójstronne relacje –odczytania -układy : między tłumaczem drugim ( niżej podpisaną) a autorem tekstu oryginalnego, i w - niemniej ważne, paralelne do tych pierwszych – polemiki interpretacyjne , rozgrywające się między tłumaczem drugim a tłumaczem pierwszym:-  Tadeuszem Boyem-Żeleńskim.  Przy nieustającej czujności wobec wszystkich trzech poziomów tego samego  - i za każdym razem innego tekstu.(  nigdy dość przypomnienia, że  przecież Proust  nie pisał w języku polskim.) .

   Nie da się ukryć, że stroną aktywną w tym osobliwym procesie, w wyniku którego powstaje – w bólach! – drugi w polszczyźnie tekst pierwszego tomu dzieła Prousta Du coté de chez Swann, jest, z natury rzeczy - ( autor zmarł w r. 1922, pierwszy tłumacz, Boy – Żeleński został zastrzelony przez Niemców w.1943 ) - tlumacz/ka  drugi/a...

   Wielowymiarowym,  skomplikowanym w zapisie dziełem Prousta  - heroicznym, rozpisanym na lata zmagań wyczynem chorego człowieka – zachwycało się wielu artystów, pisarzy, u nas choćby Jan Błoński i Zbigniew Bieńkowski i z pewnością pewna liczba miłośników tej niezwykłej prozy..To nie jest autor łatwy i przyjemny, więc nie dla wszystkich. Czy jest to pisarz na nasze niecierpliwe, zżerane najrozmaitszymi lękami i frustracjami czasy? Pozostawiam to pytanie bez odpowiedzi., namysłowi każdego z potencjalnych czytelników Prousta z osobna. . W każdym razie we Francji – gdzie bardziej niż gdziekolwiek indziej, co naturalne - fetowano w roku 2013 setną rocznicę ukazania się Du côté de chez Swann, odpowiedź wielu czytelników brzmiała: Proust, plus que jamais!  (Proust, bardziej niż kiedykolwiek!)., i jakby na poparcie tej zastanawiającej, emocjonalnej wypowiedzi, w niektórych księgarniach odbywały się wielotygodniowe czytania na głos różnych fragmentów A la recherche. Brali w nich także udział ludzie, którzy z dziełem Prousta zetknęli się po raz pierwszy!  Nie mam złudzeń, by tego rodzaju „ oddolna „ inicjatywa zdarzyła się w Polsce. Z tego co wiem, w Krakowie,  jesienią 2013 r. , z okazji setnej rocznicy ukazania się Du cote de chez Swann,  odbyła się kilkudniowa sesja poświęcona Proustowi i recepcji jego wieloksięgu.. Z okazji okrągłej rocznicy , ukazało się także  kolejne wznowienie Boyowskiego przekładu :W stronę Swanna. Czyli mimo rozlicznych i z różnych stron płynących zastrzeżeń Boy redivivus!

   Po co tłumaczyć na nowo utwór , którego jeden jedyny przekład jest wznawiany w ciągu wielu lat ( pierwsza edycja  ukazała się w r. 1936)  i który ma swoich zaprzysięgłych zwolenników:? To właśnie oni zadaliby zapewne to pytanie., powodowani bezkrytycznym rodzajem lojalności, ślepej na fakt, że w wypadku naprawdę wielkiego, ważnego pisarza, zasługuje on na obdarzenie go po raz drugi, kolejny, życiem, współbrzmiącym z nowymi odczytaniami jego dzieła , z wymogami ewolucji języka powszechnego i języka literatury w szczególności.. Co oczywiście nie znaczy, że  język Poszukiwania należałoby uwspółcześniać „ na siłę”., odbierając mu organiczny związek z czasem i kontekstem kulturowym, w jakim powstawał. Decyzje tłumacza, podejmującego się nowego tłumaczenia wybitnego utworu z przeszłości, choćby nie tak znowu dalekiej, muszą przekładać się na nieustający dialog języków : oryginału i języka docelowego,  i także na dialog kontekstów kulturowych, w których każdy z tych języków jest po uszy zanurzony, a  jest to materia wyborów niesłychanie delikatna. Wracając jeszcze do pytania „ po co nowy przekład”( skoro przywiązaliśmy się do „ kanonicznego”) wspomnę tylko, że np. w Hiszpanii istnieją – jak do tej pory – cztery różne przekłady, Du côté de chez Swann, tak samo w Rosji, co sprawdziłam (jeśli chodzi o inne kraje  i języki, brak mi informacji)

   Moja osobista przygoda z tłumaczeniem Du côté de chez Swann rozpoczęła się w roku 1997. Nie z własnej inicjatywy; w owym czasie nie miałabym takiej śmiałości. Akurat przygotowywała się koncepcja wydania specjalnego numeru miesięcznika „ „Literatura na świecie”, poświęconego w całości Proustowi, którego pomysłodawcą, autorem wyboru materiałów , własnych esejów, tłumaczem większości esejów i pastiszy Prousta, esejów Gilles Deleuze’a, Rolanda Barthesa i Jean-Yves Tadié – biografa Prousta, był Michał  Paweł Markowski – młody wówczas filozof, wykładowca na krakowskim UJ, eseista i tłumacz. Propozycję przetłumaczenia dużego fragmentu wspomnianej pierwszej części Poszukiwania złożył mi naczelny redaktor  „Literatury na świecie”, Piotr Sommer.. Potrzebowałam trochę czasu do namysłu, do uważnego przyjrzenia się przekładowi Boya. W wyniku tej krytycznej lektury doszłam do wniosku, że nowe tłumaczenie jest koniecznie potrzebne , nie tylko dlatego, że „ przekład się zestarzał”.I z tym przekonaniem zabrałam się do pracy. Proustowski podwójny numer „ Literatury na świecie”,  1-2/1998, otwierało 54 stron mojego przekładu W stronę Swanna, Combray, !, ,zwieńczonych jednym z kluczowych dla całości dzieła objawień mimowolnej pamięci – wynurzeniem się świata dzieciństwa narratora z filiżanki herbaty, w której umoczył magdalenkę – „ muszelkę z ciasta, pulchną i zmysłową pod surowym , mnisim sfałdowaniem”.

   Daleka od podważania zasług translatorskich Boya, zwłaszcza w zestawieniu z jego ogromnym dorobkiem w dziedzinie tłumaczeń z literatury francuskiej, poczułam, w trakcie konfrontacji jego przekładu z oryginałem i czytania wstępu, jakim opatrzył pierwszą edycję powieści,  przedrukowywaną później, o ile wiem, bez zmian, do dnia dzisiejszego – że nie mogę się zgodzić na kształt konceptualny, a co za tym idzie językowy i  stylistyczny jego W stronę Swanna.  Boy podkreślał wprawdzie nowatorstwo Prousta  w tworzeniu narracji, pozbawionej tradycyjnej fabuły ,  w powołaniu do życia galerii postaci, u których najważniejsza jest charakterystyczna  „płynność stanów duszy”, nieprzewidywalność, współistnienie ze sobą sprzeczności,  u których „ świadome życie  jest tylko zmieniającą się wypadkową sumujących się i krzyżujących czynników  podświadomości, grą wielorakiej dziedziczności, urazów i kompleksów dziecięctwa”, zwracał uwagę na znaczenie „ współczynnika Czasu , głównego – według Boya – bohatera całego dzieła, zauważał, że pisarz „ jest fanatykiem Sztuki”, a jego utwór „ ocieka wręcz poezją”, lecz trudno było nie odnieść wrażenia, że tłumacz – interpretator ceni sobie najwyżej autora Poszukiwania, jako twórcę „ „nowej komedii ludzkiej”, z akcentem padającym  na „ komedię”, mimo  „zasadniczo tragicznego stosunku Prousta do życia”. „ Za mało się mówi o komiźmie w dziele Prousta” – uważa Boy. Zgoda, ale ów „ niedoceniany” aspekt humorystyczny wkomponowuje się w całość  obrazu zarówno przedstawianych postaci, jak i filozofii poznania tego nadświadomego pisarza, a także jego wypracowanej po latach prób i przymiarek do właściwego kształtu dzieła – do końca poddawanego obróbkom, korektom, uzupełnieniom –i  metody twórczej.

   Konkluzją zaprezentowanego we wstępie  Boyowskiego odczytania tłumaczonych  przez  niego większości tomów Poszukiwania  jest zakomunikowana czytelnikowi otwarcie śmiała decyzja zmodyfikowania zapisu dzieła, po to tylko „ aby osiągnąć większą przejrzystość”, czyli ułatwić mu lekturę - wymagającą ogromnego kredytu cierpliwości - autora „ dziwnego monstrum, jakim bywa zdanie Prousta”. Boy tłumaczy się gęsto z decyzji, żadną miarą niewytłumaczalnej: „ to, co się przyjmuje od Prousta, tego czytelnik nie darowałby tłumaczowi”... „ Proustowskiego zdania „ nie zniósłby często język polski”. A więc dla „ dobra „ i wygody czytelnika, tłumacz rozgrzesza się z poszatkowania biegnącej w swoim kapryśnym rytmie  frazy-rzeki Prousta, przerabiając utwór na „ normalną” powieść, za jednym zamachem także wyodrębniając akapity i dialogi.  W ostatnim zdaniu rzeczonego wstępu uspokaja własne sumienie „ odgadnięciem  pragnienia Prousta, by  być czytanym( nie tylko przez wąskie grono intelektualistów) i zapewnia, że:  „ w trakcie tej pracy wciąż słyszałem wewnętrzną muzykę myśli Prousta”, czego  doprawdy, po poddaniu tekstu oryginału tego rodzaju okaleczeniom, niesposób sobie wyobrazić.

   Jeśli nawet, w połowie lat 30 ubiegłego stulecia , znany i wybitny tłumacz mógł stać się świadomym oprawcą tekstu autora, w trosce o jego większą „ przejrzystość”, to w rozpędzającym się XXI wieku, z perspektywy zbliżającej się rocznicy 100-lecia śmierci Marcela Prousta, kastracyjna decyzja Boya wymaga nareszcie odwołania i zastąpienia jej wysiłkiem tłumacza w celu odtworzenia rzeczywistych intencji i  „poszukiwania”  autora. I – poza wszystkim innym – od czasów  wątpliwych  „usprawiedliwień” Boya  język prozy światowej tak dalece ewoluował, że niestraszna  mu długość i meandry Proustowskiej frazy. Boy zdziwiłby się zapewne, jak wiele musiał wytrzymać polski czytelnik, przedzierając się choćby przez niepowstrzymany bieg jednego zdania, składający się na powieść Jerzego Andrzejewskiego .Idzie skacząc po górach.  Prawdą jest także, że  Boy nie mógł znać niesamowitego wprost rozrostu światowej, bo nie tylko francuskiej proustologii, świadczącej o żywotności dzieła autora Poszukiwania i rzucającej coraz to nowsze światła na tajemnice jego interpretacji dzieła. Zaznajamiając się z rozciągniętymi w czasie komentarzami tak wnikliwych jego analityków, jak choćby Ramon Fernandez, Jean-Yves Tadié, Gilles Deleuze, Roland Barthes czy Julia Kristeva ( której Le Temps sensible. Proust et l’expérience littéraire właśnie czytam, kontynuując równocześnie pracę nad przekładem), ma się do czynienia z rozmaitymi odczytaniami tego, co najważniejsze w Poszukiwaniu. Odpowiada mi być może najbardziej definicja Deleuze’a w eseju „ Proust i znaki”( opublikowanym we wspomnianym numerze „ Literatury na świecie”): dzieło Prousta jest „ opowieścią o terminowaniu (apprentissage)”, nabywaniu wiedzy niezbędnej do zostania pisarzem ,  „ zbudowaniu na  rozpoznawaniu znaków” różnych światów, przecinających się, wzajemnie objaśniających czy kontrujących. 

   Najwyższy czas wytłumaczyć się z nieznacznej, ale znaczącej zmiany , wprowadzonej przeze mnie do przekładu tytułu całości: „ W poszukiwaniu utraconego czasu” , a nie „ straconego”. Z perspektywy wieńczącego i objaśniającego całość  czasu „ terminowania” ostatniego tomu Le Temps retrouvé ( Czas odnaleziony, odzyskany) , wydaje mi się, że trzeba mówić o „ czasie utraconym”, zagubionym, a nie „ straconym”, przehulanym, przebałaganionym, chociaż ten aspekt czasu przed jego finalnym, uszczęśliwiającym „ odzyskaniem” także podbudowuje „ czas utracony”. Dopiero „ czas odzyskany” nadaje Sens wszelkim przeszłym wydarzeniom, cierpieniom, błądzeniom, perwersjom, dzięki także temu, co narrator-bohater-autor nazwie , po wyzwoleniu się nareszcie z ich zaklętego kręgu „ cudem analogii” – rozpoznanych w smaku magdalenki czy wyłanianiu się zza horyzontu trzech wież kościoła Świętego Hilarego w Combray. „ Czas odnaleziony” wreszcie, to spełnienie się w Sztuce, która dla Prousta jest najwyższą formą poznania. W Poszukiwaniu jest wszystko, także i „ nowa komedia ludzka” – jak by chciał zwłaszcza  odczytywać je Boy- ale jego esencja jawi się jako dotarcie do owej jedności czasów, w doświadczeniu której śmierć – towarzyszka tylu lat pisarza – już nie jest straszna.

   Fragmenty przekładu które przedstawiam, skontrastowane ze sobą, są emblematyczne dla całego dzieła Prousta. Z jednej strony kościół – absyda – witraże z widniejącymi na nich historycznymi a także fikcyjnymi postaciami, religia Piękna, z drugiej strony – niesamowicie wyrafinowane pod względem psychologicznym i estetycznym studium  hipokryzji i snobizmu razem wziętych w postaci Legrandina – prawdziwy majstersztyk talentu pisarza i jego zamiłowania do groteskowych, a przy tym poetyckich  ujęć .   Boy – tłumacz pierwszy – towarzyszy mi, także przez zaprzeczenie.i polemikę.  Jest moim punktem odniesienia, i trampoliną do skoku w obszary do własnej penetracji. Raz po raz zaglądam do jego przekładu, żeby sprawdzić, czy mnie udało się spolszczyć tekst Prousta inaczej – i lepiej. Po to przecież zabrałam się – po 17 latach – do kontynuowania tej galerniczej pracy. Zdarzają się czasem  miejsca, słowa, które są jego znaleziskiem, takie jak np. przymiotnik „ oczepione” ( coiffées de pignons) w opisie charakterystycznych domów z daszkiem w Combray; tak, tej trouvaille ( znaleziska) mu pozazdrościłam. Mam jednak całkiem inną wizję Proustowskiej filozofii poznania, Proustowskiego  universum, frazy-rzeki czy rozlewiska, Proustowskiej muzyki i poezji, immanentnej dla tej filozofii, tego universum, tej frazy. I to właśnie chcę oddać w moim odczytaniu i w mojej polszczyźnie..

   Jestem w drodze. Jej koniec już prześwituje.

 

                                              Krystyna Rodowska.

 

 



[1] Książka ukaże się w r. 2016 nakładem wydawnictwa SIC!, w serii „ Wielcy pisarze w nowych przekładach”.



***



MARCEL PROUST

 

W POSZUKIWANIU UTRACONEGO CZASU

 W stronę Swanna

               Combray, II

                        ( fragment)

 

 

    W czasie, gdy ciotka  gawędziła z Franciszką, ja towarzyszyłem rodzicom na mszy. Jakże  lubiłem nasz kościół, jak wyraźnie stoi mi on teraz przed oczami! Poczerniała ze starości  kruchta przez którą wchodziliśmy, była podziurawiona jak sito, przekrzywiona i głęboko wyżłobiona na narożnikach ( podobnie jak kropielnica, do której prowadziła) , jakby powtarzane przez całe stulecia łagodne ocieranie się o nie kapot wieśniaczek i muskanie ich onieśmielonych palców  nabierających święconej wody ,  nabyło  z czasem destrukcyjnej siły kruszącej  kamień i żłobiącej w nim bruzdy , podobne do śladów zostawianych przez wozy , najeżdżające codziennie na przydrożny głaz  Płyty nagrobne pod którymi spoczywały szlachetne prochy opatów Combray , tworzące rodzaj duchowej posadzki dla chóru, także nie były z materii twardej i niezmiennej, albowiem czas nadał im miękkość miodu przelewającego się jasną falą poza wyznaczone im ongiś granice, przechylając na bok kwieciste, gotyckie inicjały, zatapiając białe fiołki  marmuru ; gdzie indziej one same wtapiały się w tło, zagęszczając jeszcze bardziej eliptyczność łacińskiej inskrypcji, przydając  kapryśnego charakteru  ściśniętym literom, przesuwając dwie z nich w stronę słowa, od którego inne niepomiernie się oddaliły.

   Witraże nigdy bardziej nie mieniły się barwami niż w dni , kiedy słońce ledwie prześwitywało przez chmury,  można było mieć pewność, że gdy na zewnątrz będzie całkiem szaro,  kościół rozbłyśnie najpiękniej; jeden z tych witraży wypełniała w całej jego rozciągłości  jedyna postać, podobna do karcianego króla , która żyła tam w górze pod kamiennym sklepieniem, zawieszona między niebem a ziemią ( w jego błękitnych, ukośnych refleksach -  niekiedy w dni powszednie, w południe, gdy mszy się  nie odprawia, w tych rzadkich chwilach kiedy kościół  przewietrzony, pusty, bardziej ludzki, wystawny, ze słońcem oświetlającym jego bogaty wystrój, nabiera charakteru prawie mieszkalnego, niczym holl z rzeźbionego kamienia i szkła, stylizowany na  modłę średniowiecznego pałacyku -  można było przez chwilę dostrzec klęczącą panią Sazerat : na sąsiednim klęczniku położyła obwiązaną sznurkiem paczuszkę ptifurków zakupionych u cukiernika naprzeciwko na proszony obiad) ; na innym witrażu widniała góra różowego śniegu u stóp której toczyła się bitwa, zdawała się pokrywać mętnymi grudkami  szronu  sam witraż, niczym szybę z resztkami  płatków śniegu,  tym razem rozświetlonych  odblaskiem jakiejś jutrzenki ( tej samej, co powlekała ołtarz barwą purpury tak świeżej  jakby  padało nań światło z zewnątrz, by zaraz zgasnąć, a nie ujawniały się kolory  utrwalone na wieki w kamieniu) ; a wszystkie te witraże  sięgały czasów tak  dawnych , że tu i ówdzie ich srebrzysta starość przebłyskiwała przez kurz stuleci, ukazując błyszczącą i zużytą aż do nici osnowę ich szklanej tkaniny. Wśród nich był jeden, wysoki i przestrzenny, podzielony na setkę prostokątnych witrażyków, w których kolorem dominującym był niebieski, jak w wielkiej talii kart, takich jak te, co stanowiły rozrywkę króla Karola VI – lecz czy to zaświecił w nim promień słońca, czy moje wędrujące spojrzenie rozniecało go i gasiło na przemian w ruchomym i wspaniałym pożarze, bo zaraz potem szkło zaczynało się mienić blaskami pawiego ogona, przechodzącymi w drżenie i falowanie płomiennego, fantastycznego deszczu, ściekającego z wyżyn ciemnego, skalistego sklepienia i wzdłuż wilgotnych ścian; szedłem za rodzicami niosącymi książeczki do nabożeństwa, niczym w nawie jakiejś groty opalizujących tęczowo stalaktytów , lecz już w chwilę później romby małych witrażyków nabierały przejrzystej głębi i niewzruszonej  twardości szafirów ułożonych na jakimś olbrzymim pektorale,  poza nimi zaś wyczuwało się droższy ponad wszystkie te bogactwa chwilowy uśmiech słońca, równie rozpoznawalny i słodki w tych głębiach błękitu co na bruku ulicznym czy  słomie ścielącej się na targu; nawet podczas tych pierwszych niedziel, gdy przybywaliśmy jeszcze przed Wielkanocą ,  pocieszało mnie to, że choć ziemia była jeszcze naga i czarna, ten przebłysk rozwijał przed oczami , jak w czasach jakiejś historycznej wiosny potomków świętego Ludwika, olśniewający, złoty dywan szklanych niezapominajek.

   Dwa gobeliny  przedstawiały koronację Estery ( wedle tradycji Ahaswer miał rysy króla Francji, zaś Estera  - pani de Guermantes, w której ten był zakochany); zlewające się ze sobą barwy przydawały tym postaciom ekspresji, wyrazistości i światła; nieco różu drżało na wargach Estery ponad konturem ust, żółty kolor jej sukni  rozpościerał  się z takim namaszczeniem, tak tłusto, że cała postać nabierała od tego jakiejś materialności i życia na przytłumionym tle; zieleń drzew w niższych partiach  tkaniny przetykanej jedwabiem i wełną pozostała żywa, płowiejąc u góry, tam gdzie od ciemnych pni odcinały się pożółkłe, wysokie gałęzie, jakby zanikające pod wpływem padających ukośnie, niewidzialnych promieni słońca. Wszystko to, a jeszcze bardziej cenne przedmioty – dary dla kościoła od osobistości, mających  dla mnie walor postaci legendarnych ( złoty krzyż, wyrzeźbiony, jak powiadano, przez świętego Eligiusza i podarowany przez Dagoberta, grobowiec synów Ludwika Niemieckiego z porfiru i emaliowanej miedzi) , wszystko to sprawiało, że kroczyłem przez kościół  w drodze  do naszych  krzeseł, jakbym  szedł doliną nawiedzaną przez wróżki , gdzie wieśniak, olśniony, dostrzeże w skale, w drzewie, a nawet w kałuży , widzialny ślad  ich nadprzyrodzonej obecności ; wszystko to czyniło z tego przybytku coś zupełnie odrębnego od reszty miasta: budowlę, jeśli można tak powiedzieć, czterowymiarową -  czwartym jej wymiarem jest  Czas -  której główna nawa rozwijała się od przęsła do przęsła , od kaplicy do kaplicy, zdając się przekraczać i zwyciężać nie tylko kilka metrów przestrzeni, lecz  całe epoki następujące po sobie; ukrywając surowy i nieokrzesany wiek XI  w swych masywnych murach , skąd  ciężkie łuki jego sklepień  zaślepione i zamurowane .ułomkami kamieni, wyzierały jedynie przez głębokie nacięcie wyżłobione w kruchcie  tuż przy schodach na dzwonnicę, i nawet tam zamaskowane przez wdzięczne arkady gotyckie, tłoczące się przed nim z zalotnym uśmiechem jak starsze siostry, chcące zasłonić przed oczami obcych swego młodego, burkliwego i źle ubranego brata. Kościół wznosił ku niebu , ponad Placem, swoją wieżę która oglądała świętego Ludwika i zdawała się wciąż jeszcze weń wpatrywać; pogrążając się wraz z jego kryptą w nocy Merowingów, gdzie pod mrocznym  sklepieniem unerwionym potężnie niczym  błona olbrzymiego, kamiennego nietoperza, prowadził nas po omacku Teodor wraz ze swoją siostrą, oświetlając płomykiem  świecy grobowiec wnuczki Sygoberta, na którego zaskorupiałej powierzchni widniało głębokie wgniecenie- jakby  ślad przejścia pradawnego zwierzęcia – wyżłobione, jak powiadają „ przez kryształową lampę, co to  w ów wieczór, kiedy  zamordowano frankońską księżniczkę, zerwała się sama ze złotych łańcuchów na których była zawieszona, w miejscu gdzie obecnie znajduje się absyda kościoła, i zanurzyła w kamieniu , ten zaś miękko ugiął się pod nią, ale ani kryształ się przy tym nie rozbił, ani  światło lampy nie zgasło”.

   Czy można naprawdę mówić o absydzie kościoła w Combray? Była  z gruba ciosana,  pozbawiona artystycznej wartości, a nawet  jakiejś bożej iskry. Od zewnątrz, ponieważ wychodziła na skrzyżowanie ulic, leżące niżej, jej gruby mur wznosił się na podmurowaniu z kamiennych bloków, w ogóle niewygładzonych, najeżonych drobnymi kamykami i nie miało to w sobie właściwie nic z kościoła; okna wydawały się przebite zbyt wysoko, a całość przypominała bardziej mury więzienia niż kościoła. I rzeczywiście, później, gdy wspominałem te wszystkie wspaniałe absydy które widziałem w życiu, nie przyszło mi nigdy do głowy porównywać ich z absydą z Combray. A jednak, któregoś dnia, wychodząc z za zakrętu małej, prowincjonalnej ulicy, naprzeciwko skrzyżowania trzech uliczek, zobaczyłem wypiętrzony, chropawy mur ze zbyt wysoko przebitymi oknami, mający tak samo asymetryczny wygląd  jak absyda z Combray. Toteż nie zastanawiałem się już więcej , tak jak w Chartres czy w Reims, na ile silnie zostały tutaj wyrażone uczucia religijne, lecz wyrwał mi się bezwiednie okrzyk: „ Kościół!”

   Kościół! Ten tak dobrze znany, graniczący  na ulicy świętego Hilarego, od strony swej północnej bramy z wejściem do apteki pana Rapin i z drzwiami  domu pani Loiseau, do którego przylegał  bezpośrednio ten zwyczajny obywatel Combray  co to  mógłby mieć nawet swój numer , gdyby ulice Combray były numerowane; wydaje się nawet że listonosz, przy porannym rozdzielaniu listów, mógłby przystanąć  tutaj, zanim wszedłby do pani Loiseau i wyszedł  od pana Rapin; a jednak , między kościołem a wszystkim co nim nie było, istniała linia graniczna , i jej moja myśl nigdy nie zdołała przekroczyć. Na próżno pani Loiseau hodowała przy oknie fuksje , mające  brzydki zwyczaj rozbiegania się na wszystkie strony ze zwieszonymi głowami a ich  kwiaty, gdy już dostatecznie urosły, nie miały nic lepszego do roboty jak chłodzić swe fioletowe i krwiste policzki o  mroczną fasadę kościoła, ale to nie uświęcało bynajmniej fuksji w moim odczuciu ; między kwiatami, a sczerniałym kamieniem o który się opierały ,  moje oczy nie dostrzegały wprawdzie dystansu,  lecz  w świadomości istniała między nimi przepaść.

   Dzwonnicę świętego Hilarego rozpoznawało się już z daleka; jej niezapomniana sylweta wpisywała się w horyzont, gdy  Combray jeszcze nie było widać;  w Wielkim Tygodniu , gdy przyjeżdżaliśmy pociągiem z Paryża, ojciec  śledził  jak przesuwała się kolejno przez wszystkie bruzdy  nieba,  migając to tu to tam swoim blaszanym kogutkiem , i oznajmiał:  „No to już, zbierajcie pledy, jesteśmy na miejscu”. Podczas jednego z najdalszych spacerów na jakie wypuszczaliśmy się z Combray, napotykaliśmy miejsce gdzie droga, zwężając się, otwierała się nagle na bezkresną równinę zamkniętą  na horyzoncie poszarpaną linią lasów , a nad nią górowało jedynie  cienkie ostrze dzwonnicy świętego Hilarego, jej iglica tak smukła i różowa, że wydawała się jedynie zadraśnięciem przez paznokieć powierzchni nieba  które chciało naznaczyć ten pejzaż, będący dziełem wyłącznie natury, lekkim  piętnem sztuki – jedynego znaku człowieka. Gdy podchodziło się bliżej, oczom ukazywały się resztki kwadratowej  i niższej, na wpół zrujnowanej wieży która przetrwała obok dzwonnicy i zwracało wówczas  szczególnie uwagę czerwonawo -  mroczne zabarwienie kamieni; kontemplując ten widok o mglistym, jesiennym poranku,  miało się wrażenie że owa purpurowa ruina, o barwie niemal dzikiego wina ,wznosi się nad burzliwym fioletem winnic.

   Często w drodze powrotnej ze spaceru, babcia zatrzymywała mnie na rynku, żeby spojrzeć na dzwonnicę. Okna na wieży, rozmieszczone parami jedne nad drugimi, cechowało trafne  i oryginalne wyczucie proporcji , zauważalne jedynie w ludzkich twarzach; dzwonnica, w regularnych odstępach czasu, wypuszczała z siebie chmary kruków które przez chwilę krążyły wokół niej z wrzaskiem, jakby te stare , nagle opustoszałe kamienie,  emanujące  z siebie ducha nieskończonego podżegania do niepokoju, uderzały je i odpychały, pozwalając im rozbijać się o swoją powierzchnię, jakby to ich nie dotyczyło. Później, gdy ptaki porysowały już we wszystkich kierunkach fioletowy aksamit wieczoru, powracały nagle uspokojone, wnikając z powrotem w wieżę, już nie złowieszczą , lecz gościnną , przysiadając to tu to tam, jakby znieruchomiałe, lecz być może chwytające  owada na szczycie jakiejś wieżyczki .niczym mewa na grzebieniu  fali,  zastygła w oczekiwaniu jak rybak.

   Nie wiedząc za bardzo dlaczego, babcia odnajdywała w dzwonnicy świętego Hilarego ów brak pospolitości, pretensjonalności, małości, który kazał jej kochać i wierzyć w bogactwo dobroczynnych wpływów  natury – właściwości tych nie posiadała ludzka ręka ( choćby nie zawsze udatna ogrodnika mojej ciotecznej babki) - i w dzieła ludzkiego geniuszu. Bez wątpienia, cała widoczna z daleka część kościoła. wyróżniała go na tle innych budowli jakimś zamysłem  dostrzegalnym w jego konstrukcji, ale przede wszystkim w kształcie dzwonnicy kościół zyskiwał świadomość samego siebie, utwierdzał się w swym indywidualnym, odpowiedzialnym istnieniu. To ona przemawiała w jego imieniu. Myślę zwłaszcza, że babcia odnajdywała w dzwonnicy z Combray to, co najbardziej ceniła: naturalność i dystynkcję. Nie orientując się w arkanach architektury, mawiała: „ Moje dzieci, kpijcie sobie ze mnie ile chcecie, ona może nie ma w sobie regularnego piękna , ale ten jej stary , dziwaczny kształt mi się podoba. Jestem pewna, że gdyby grała na fortepianie, nie grałaby oschle”. I spoglądając na wieżę, śledząc oczami łagodne napięcie widoczne w żarliwych pochyłościach kamieni zbliżających się do siebie w geście przywodzącym na myśl modlitewny gest wzniesionych dłoni, utożsamiała  się do tego stopnia  z wystrzałem  iglicy, że spojrzenie jej zdawało się wznosić, podobnie jak ona; a równocześnie uśmiechała się przyjaźnie do starych, zużytych kamieni ,  których już tylko szczytowe partie oświetlały promienie zachodzącego słońca i które z chwilą wejścia   w strefę nasłonecznioną  wydawały się złagodzone  światłem, unosząc się naraz  wysoko, coraz dalej ,  niczym śpiew  o emisji podwyższonej o całą oktawę.

   To dzwonnica świętego Hilarego nadawała wszystkim zajęciom mieszkańców  o każdej porze , wszystkim widokom miasta ich kształt,  zwieńczenie, uświęcając je swoją obecnością. Z mojego pokoju mogłem jedynie dostrzec jej dolną część, pokrytą łupkową dachówką, lecz kiedy w niedzielę, w jakiś ciepły, letni poranek , patrzyłem na nią rozpłomienioną, niczym czarne słońce, mówiłem sobie: „ Mój Boże! Już dziewiąta! Trzeba się przygotować do pójścia na mszę, jeśli chcę uścisnąć na czas ciocię Leonię” i wiedziałem dokładnie, jaki kolor przybierze plac w słońcu, czułem upał i kurz na rynku, cień, rzucany przez story sklepu z materiałami, gdzie mama zajrzy może jeszcze przed  mszą, wchodząc w zapach niebielonego płótna, by kupić jakąś chustkę, którą będzie jej pokazywał właściciel, przeginając się w pasie; dopiero co poszedł na zaplecze by przebrać się w niedzielny surdut i umyć ręce mydłem; zazwyczaj czynił to co pięć minut, nawet w okolicznościach przyprawiających o melancholię, zacierając ręce z miną przedsiębiorczą  i zadufaną.

   Gdy po mszy zachodziło się do Teodora powiedzieć mu by przyniósł słodką brioszę  większą niż zazwyczaj, ponieważ nasi kuzyni, korzystając z pięknej pogody mieli przyjechać z Thiberzy i zapowiedzieli się na obiad, widzieliśmy przed sobą dzwonnicę, co wypieczona i złota niczym największa słodka bułka  ze skórką i z bąbelkami słońca, kłuła swą ostrą iglicą błękit nieba. A wieczorem, gdy wracałem ze spaceru , rozmyślając o chwili, kiedy już niezadługo trzeba będzie powiedzieć dobranoc mamie i już potem jej nie zobaczyć, wprost przeciwnie, u schyłku dnia wyglądała tak łagodnie, jakby wpychała poduszkę z brązowego aksamitu w pobladłe niebo ustępujące pod jej naporem; uginało się teraz lekko pod jej ciężarem, wypływając po brzegach, a krzyki ptaków krążących wokół niej zdawały się pogłębiać milczenie  wieży, uwydatniać wystrzał iglicy, dając mu coś niewysłowionego.

   Nawet przy wypadach poza kościół, tam gdzie jej nie było już widać, wszystko wskazywało na związek z dzwonnicą, wyłaniającą się raz po raz między domami, może jeszcze bardziej wzruszającą, kiedy tak ukazywała się bez kościoła. Z pewnością jest wiele innych piękniejszych, oglądanych w taki sposób, ja sam pamiętam zarysy dzwonnic wyrastających ponad dachami, o odmiennym kształcie artystycznym niż to, co nadawało ton smutnym uliczkom w Combray. Nie zapomnę nigdy widoku z pewnego interesującego miasta w Normandii, sąsiadującego z Balbec , dwóch tamtejszych czarujących hoteli XVIII-wiecznych darzonych przeze mnie sentymentem i poważaniem , gdzie z perspektywy pięknego ogrodu schodzącego tarasami ku rzece ,  patrzyłem na wznoszącą się poza nimi gotycką strzałę kościoła, która jakby wykańczała, wieńczyła ich fasady, tak jednak przy tym odmienna, wytworna w swej błyszczącej różowości, zbudowana z kamieni ułożonych w pierścienie, że widziało się ,iż z tą swoją piękną, purpurową i karbowaną iglicą w kształcie muszli powleczonej emalią.,  nie przynależy do nich bardziej , niż do dwóch pięknych, okrągłych kamyków  znalezionych razem na plaży. Nawet w Paryżu, w jednej z najbrzydszych części miasta, znam takie okno skąd widać, przeskakując wzrokiem pierwszy, drugi i nawet trzeci poziom dachów zebranych z wielu ulic, pewną fioletową, niekiedy czerwonawą  dzwonnicę, niekiedy także – w najszlachetniejszej odmianie „obróbki” dokonywanej przez atmosferę – przechodzącą w rodzaj czerni , tonowanej odcieniem popiołu , dzwonnicę, która jest ni mniej ni więcej tylko kopułą kościoła świętego Augustyna, nadającą temu pejzażowi miasta charakter rzymskich widoków Piranesiego...Lecz w żadnej z tych rycin, choćby moja pamięć odtwarzała je z niejakim upodobaniem, nie odnajdywałem tego co od dawna utracone – uczucia, które każe nam traktować pewne rzeczy nie jak spektakl, lecz widzieć w nich  istoty nie mające w niczym innym odpowiednika, albowiem nic tak nie zawładnęło całą głęboką częścią mego życia, jak wspomnienie widoków na dzwonnicę w Combray z perspektywy ulic  za kościołem.. Obojętnie, czy widziana o godzinie piątej , kiedy to chodziło się po listy na pocztę,  parę domów od nas na lewo, wznosząca się raptownie samotnym wierzchołkiem  ponad linię dachów, czy też – idąc w odwrotnym kierunku – gdy wstępowaliśmy po wiadomości do pani Sazerat , a wtedy wzrok ześlizgiwał się na linię spadającą pod innym kątem, co oznaczało, że teraz trzeba będzie skręcić w drugą ulicę za dzwonnicą, czy to zapuszczając się dalej, gdy szło się na dworzec, ukazywała się z ukosa, demonstrując krawędzie i nowe powierzchnie, jak bryła przyłapana  w chwili nieoczekiwanej przemiany; innym razem, oglądana z brzegów Vivonne, muskularnie zbudowana i wyniesiona perspektywą absyda zdawała się wystrzelać z wysiłku dzwonnicy , by trafić swą strzałą w serce nieba; i to wciąż była ona, którą trzeba było przywoływać, wciąż ona górowała nad wszystkim, narzucając domom znienacka swój szczyt wzniesiony niczym palec Boga ukrytego w ludzkim tłumie -  chociaż ja bym go z nim  nie zmieszał..I jeszcze dzisiaj, w jakimś dużym mieście prowincjonalnym, lub w mało mi znanej dzielnicy Paryża zdarza się , że przechodzień  który „ naprowadził mnie na właściwą drogę”, pokazuje mi z daleka, jako punkt odniesienia, jakąś wieżyczkę szpitalną, czy dzwonnicę przy klasztorze wznoszącą szpic swego duchownego biretu  na rogu ulicy, tam gdzie powinienem pójść , wystarczy, że zamajaczy mi w pamięci jakiś rys podobieństwa do drogiej i utraconej postaci, a przechodzień, gdyby odwrócił się za mną ,  chcąc mieć pewność, że nie zabłądzę, dostrzegłby z niemałym zdziwieniem, że ja -  jakbym zapomniał o wyznaczonym celu przechadzki czy  zdążaniu do umówionego miejsca -  stoję nieruchomo przed dzwonnicą, wpatrując się w nią godzinami, usiłując sobie przypomnieć, czując jak z głębi mnie  podnoszą się nieznane lądy i osuszone, umocnione , odnoszą zwycięstwo nad zapomnieniem;  i z całą pewnością, jeszcze trwożniej niż przed chwilą , kiedy pytałem o drogę, wciąż jeszcze szukam mojej drogi, skręcam w jakąś ulicę , ale ona ... jest w moim sercu... ( ...)

 

 

   Niestety, musieliśmy gruntownie zmienić zdanie  co do Legrandina. Pewnej niedzieli –   po spotkaniu na Starym Moście, kiedy to ojciec musiał przyznać się do błędu w ocenie – gdy  msza miała się ku końcowi i wraz ze słońcem i odgłosami z zewnątrz coś tak mało świętego  wtargnęło do świątyni , a pani Goupil, pani Percepied ( wszystkie te osoby, które właśnie , w czasie mojego nieco spóźnionego dotarcia do kościoła trwały pogrążone w modlitwie, mogłem nawet przypuszczać, że nie zauważyły jak  wszedłem, gdyby ich stopy w tym momencie nie odepchnęły lekko ławeczki  utrudniającej  mi dostęp do krzesła), zaczęły  rozmawiać z nami głośno na tematy doraźne, jakbyśmy stali już na rynku, ujrzeliśmy na rozpalonym progu kruchty górującego nad pstrym zgiełkiem targowym, Legrandina : mąż owej damy, z którą go ostatnio spotkaliśmy, przedstawiał go właśnie żonie innego właściciela ziemskiego z tych stron. Twarz Legrandina była ożywiona, wyrażała jakiś nadzwyczajny zapał; wykonał głęboki ukłon połączony z odchyleniem się do tyłu, dzięki czemu jego grzbiet znalazł się nagle powyżej pozycji wyjściowej, zapewne nauczył go tego mąż jego siostry, pani de Cambremer. W tym nagłym ruchu, siedzenie Legrandina, nadspodziewanie mięsiste, zafalowało w jakimś ognistym, muskularnym tańcu i nie wiem czemu to falowanie czystej materii, ten przypływ cielesności bez domieszki czegoś duchowego i ta jego uniżona skwapliwość wzbijająca burzę w powietrzu, zrodziły w moim umyśle wizję Legrandina całkiem innego od tego którego znaliśmy dotychczas. Towarzysząca mu dama poprosiła  by coś powiedział jej stangretowi, i gdy zmierzał w stronę  powozu, wyraz nieśmiałej i nabożnej radości jaką akt prezentacji wywołał na jego twarzy, jeszcze na niej trwał. Uśmiechał się jakby w rozmarzeniu, po czym zawrócił pośpiesznie ku damie, a ponieważ kroczył szybciej niż miał to w zwyczaju, jego ramiona przechylały się śmiesznie z prawej strony na lewą i tak bardzo zapamiętał się w tym geście, nie dbając o całą resztę, że wyglądał jak bezwładna, mechaniczna zabawka szczęścia. Tymczasem my wychodziliśmy z kruchty i już mieliśmy przejść obok niego, gdy on, zbyt dobrze wychowany by odwrócić głowę, nagle utkwił wzrok nawiedzony przez głębokie rozmarzenie w tak oddalony punkt horyzontu, że nie mógł nas zobaczyć i nie musiał nas pozdrawiać. Twarz, uniesiona ponad swobodną i skromną marynarką, jakby zabłąkaną wbrew jego woli pośrodku znienawidzonego luksusu, zachowała wyraz niewinności. A fular w groszki powiewał na wietrze jak sztandar jego dumnego odosobnienia i szlachetnej niezawisłości.  Kiedy dochodziliśmy już do domu, mama spostrzegła że zapomnieliśmy o torcie Saint-Honoré i poprosiła ojca, żeby wrócił wraz ze mną i natychmiast go zamówił. Minęliśmy się przy kościele z Legrandinem, który szedł w odwrotnym kierunku, odprowadzając tę samą damę do jej powozu. Przeszedł tuż obok nas, nie przestając zwracać się do swojej sąsiadki,  kącikiem zaś niebieskiego oka dał nam znak, w jakiś sposób od wewnętrznej strony powiek, przy nieporuszonych mięśniach twarzy, tak że mogło to ujść całkowicie uwagi jego rozmówczyni; starając się jednak zrekompensować intensywnością uczucia zbyt wąskie poletko swojej ekspresji  w zwracającym się ku nam lazurowym kąciku rozniecił iskierki przychylności podszytej rozbawieniem i  cieniem złośliwości, sprowadził finezje uprzejmości do porozumiewawczych mrugnięć, półsłówek, niedomówień, do kulis tajnego porozumienia, by wreszcie przejść do płomiennych zapewnień o przyjaźni, czułych zaklęć, posuniętych do miłosnych wyznań, rozświetlających  sekretną tęsknotą – i w sposób całkowicie niewidzialny dla arystokratycznej towarzyszki – rozmiłowaną źrenicę na tle lodowatej twarzy.

   Właśnie poprzedniego dnia Legrandin poprosił rodziców, by  pozwolili mi przyjść do niego wieczorem na kolację:

-      Przyjdź, chłopcze, dotrzymać towarzystwa swemu staremu przyjacielowi – zwrócił się

do mnie -  to tak jak podróżny z krainy, do której się już nie wraca, przysyła wam bukiet, pozwól mi, z oddali twej młodości, odetchnąć zapachem tych kwiatów wiosennych, który pamiętam jeszcze z dawnych lat. Przyjdź z pierwiosnkiem, kanianką , kaczeńcem, przyjdź z rozchodnikiem – one składają się na bukiet balzakowskiej flory -  przynieś kwiat Zmartwychwstania Pańskiego,  buldeneżu  i stokrotki., których woń zaczyna rozchodzić się po alejkach ogrodu twej  ciotecznej babki, nim  ostatnie bryłki śniegu stopnieją  od wielkanocnych, zimnych deszczów. Przyjdź z lilią obleczoną w sławną szatę jedwabną godną Salomona, przyjdź  z wielobarwną emalią bratków i koniecznie przynieś mi jeszcze świeży podmuch ostatnich przymrozków. który parze motyli czekających od samego rana  u drzwi, rozchyli płatki pierwszej róży  jerychońskiej.

   Zastanawiano się w domu, czy powinienem iść mimo wszystko na kolację do pana

Legrandin. Ale babcia nie chciała uwierzyć, że mógł się okazać niegrzeczny ..„Przyznacie sami, że przychodzi tutaj ubrany całkiem zwyczajnie i nie wygląda na światowca.” Oświadczyła, że w każdym razie, nawet gdyby rzeczywiście tak się zachował, najlepiej udać że niczego się nie zauważyło. Prawdę mówiąc, nawet ojciec którego mocno zirytowało zachowanie Legrandina, żywił jeszcze cień wątpliwości , co by miało ono oznaczać. Miało ono cechy każdego zachowania czy uczynku w którym przejawia się ukryty głęboko charakter danej osoby:i nie wiąże się w żaden sposób ze słowami  jakie wcześniej wypowiadała, winny zaś nie przyzna się do niczego; jesteśmy więc w sumie skazani na świadectwo naszych zmysłów, od nich  – wobec niejasnego, odizolowanego od całej reszty wspomnienia – oczekujemy odpowiedzi, czy nie stały się przypadkiem igraszką złudzenia; i tak to tego rodzaju zachowania -jedynie one mające znaczenie - pozostawiają nam często wątpliwości na swój temat.

      Jadłem kolację z Legrandinem na tarasie, przy świetle księżyca;

-      Cudowna jest ta cisza, nieprawdaż? – rzekł – pewien  powieściopisarz, którego

przeczytasz trochę później, utrzymuje, że sercom zranionym tak jak moje, najbardziej odpowiada cisza i ciemność. I widzisz, moje dziecko, przychodzi w życiu taka pora – tobie do niej jeszcze bardzo daleko – że zmęczone oczy tolerują już tylko jedno światło -  przefiltrowane przez ciemność nocy tak pięknej jak dzisiejsza w której uszy mogą słuchać już tylko muzyki światła księżyca, granej na flecie milczenia.

    Słuchałem słów pana Legrandin , które robiły na mnie zawsze tak miłe wrażenie, lecz teraz mąciło je wspomnienie kobiety , zobaczonej niedawno przy nim po raz pierwszy, i myśląc – obecnie,  gdy już wiedziałem, że Legrandin  ma znajomości w kręgach  okolicznych arystokratów -  że być może zna także i tę osobę,  zebrawszy się na odwagę, zapytałem : „Czy zna pan panią... którąś z pań de Guermantes? – szczęśliwy także i dlatego, że wymawiając to nazwisko, zyskiwałem jakąś władzę nad nim  przez sam fakt  oderwania go od mojego marzenia i nadania mu tym samym obiektywnego i dźwięcznego istnienia.

   Lecz na sam dźwięk nazwiska „ Guermantes” w niebieskich  oczach. naszego przyjaciela  pojawiło się malutkie, brązowe wgłębienie, jakby od ugodzenia niewidzialnym ostrzem, podczas gdy reszta źrenicy wylewała w dalszym ciągu strumienie lazuru. Obwódka powieki poczerniała, obwisła.  Usta, naznaczone gorzką fałdą, opamiętując się szybko, uśmiechnęły się, lecz spojrzenie pozostało bolesne, niczym u pięknego męczennika, którego ciało najeżyło się strzałami.:

-      Ależ nie, nie znam  – odrzekł -  lecz zamiast wypowiedzieć informację tak zwyczajną

, udzielić odpowiedzi tak mało zaskakującej  w sposób naturalny i odpowiedni, wygłosił ją, akcentując poszczególne słowa, pochylając się do przodu, skłaniając głowę, z naciskiem koniecznym dla uzyskania wiarygodności nieprawdopodobnego stwierdzenia – jakby fakt, że się nie zna księstwa de Guermantes mógł wypływać jedynie z jakiegoś osobliwego przypadku – a także z emfazą na ustach kogoś, kto nie mogąc przemilczeć sytuacji dla niego przykrej , woli już  powiedzieć o niej głośno, by inni mogli pomyśleć, że to wyznanie przychodzi mu bez najmniejszej trudności, wprost przeciwnie – jest łatwe, przyjemne i spontaniczne, i że sama sytuacja – brak zwiążków z Guermantami – może nie być narzucona mu, lecz zgodna z życzeniem, wynikająca prawdopodobnie z jakiejś rodzinnej tradycji, zasady moralnej czy zgoła z mistycznego ślubowania, wzbraniającego mu bywania u księstwa de Guermantes.

-      Nie – podjął – nakładając na słowa swoistą intonację – nie, nie znam ich, nigdy nie

chciałem ich znać,  zależało mi zawsze na zachowaniu pełnej niezależności; w gruncie rzeczy siedzi we mnie jakobin, wiesz o tym. Sporo osób usiłowało wpłynąć na mnie, przekonując że nie mam racji nie chcąc się zadawać z Guermantami, że wychodzę w ten sposób na gbura, odludka. Ale mnie wcale nie przeraża tego rodzaju reputacja, bo taka jest prawda! W głębi ducha, cenię sobie wyłącznie na tym świecie kilka kościołów, dwie lub trzy książki, niewiele więcej obrazów, i to światło księżyca, kiedy podmuch twojej młodości przynosi mi zapach ogrodów których moje stare oczy już nie dostrzegają.

Nie rozumiałem za dobrze , dlaczego, aby nie odwiedzać ludzi których się nie zna, trzeba koniecznie troszczyć się o swoją niezależność i w jakiej mierze miało to komuś nadawać pozór dzikusa czy gbura. Zrozumiałem jednak, że Legrandin nie był całkowicie wiarygodny, mówiąc, że kocha wyłącznie kościoły, blask księżyca i młodość;  kochał się i to bardzo w ludziach z wysokich sfer i odczuwał w ich obecności tak wielką obawę że nie zyska ich aprobaty , iż  nie śmiał zdradzić się przed nimi z tym , że przyjaźni się z mieszczanami, synami notariuszy czy agentów giełdowych, wolał już, aby – jeśli prawda miała wyjść na jaw – wypłynęło to w czasie jego nieobecności, daleko od niego  i  „zaocznie”, był po prostu snobem. Z pewnością nie wypowiadał się nigdy o tym wszystkim w języku , który moi rodzice i ja tak bardzo u niego lubiliśmy. I na moje pytanie „ Czy zna pan księstwo de Guermantes”? -  Legrandin – causeur  odpowiadał::  „Nie, nigdy nie chciałem ich poznać”. Niestety, odpowiadał już  poniewczasie, ponieważ inny Legrandin,  ten skrywany głęboko,  nie ujawniony przezeń, gdyż on  wiedział wszystko o naszym Legrandinie, o jego snobiżmie, o kompromitujących go historiach, ten inny Legrandin już był udzielił odpowiedzi zranionym spojrzeniem, grymasem ust, przesadnym namaszczeniem w tonie odpowiedzi, tysiącem strzał  którymi poczuł się przeszyty niczym święty Sebastian snobizmu: „ Oh! Jak ty mnie dręczysz! Nie, nie znam tych de Guermantes, nie budź  we mnie wielkiego  cierpienia mego życia”. A że ów-Legrandin –enfant terrible, Legrandin – szantażysta nie potrafił wysławiać się tak pięknie jak ten pierwszy , miał za to na końcu języka słowo nieskończenie bardziej zwinne, na które składa się to, co nazywamy       „refleksem”, gdy Legrandin – causeur  próbował nakazać mu milczenie, ten drugi już był przemówił i nasz przyjaciel na próżno martwił się złym wrażeniem, jakie rewelacje jego alter ego mogły sprawić, co najwyżej mógł starać się je zatuszować.

   Oczywiście, to wcale nie znaczy, że pan Legrandin nie był szczery, kiedy grzmiał przeciw snobom. Nie mógł wiedzieć, przynajmniej od siebie, że sam nim był, ponieważ znane nam są jedynie namiętności innych, a jeśli zdołaliśmy się dowiedzieć czegoś o naszych własnych, to jedynie poprzez znajomość cudzych. Na nas oddziaływują one w sposób wtórny, poprzez wyobraźnię, która na pierwotne pobudki nakłada te bardziej przyzwoite. Snobizm Legrandina nie doradzał mu nigdy składania często wizyt jakiejś  księżnej. Wyobraźnia ukazywała mu  tę właśnie księżnę strojną we wszelkie uroki. Legrandin zbliżał się do niej , sądząc, że pociągają go walory jej ducha i cnoty, obce niegodnym snobom. Jedynie inni wiedzieli, że on sam  też  należy do snobów; niezdolni bowiem do połapania się w pośredniczącej pracy jego wyobraźni, dostrzegali jedynie  wszystkie jego  zabiegi w wielkim świecie , oraz ich pierwotną przyczynę.

   Obecnie w domu nikt nie miał już żadnych złudzeń co do  pana Legrandin i nasze stosunki z nim bardzo się rozluźniły. Mamę moją bawiło nieskończenie za każdym razem, gdy chwytała Legrandina na gorącym uczynku grzechu do którego się nie przyznawał, a który w dalszym ciągu nazywał niewybaczalnym, czyli na snobizmie Ojciec z kolei nie był skłonny traktować wielkopańskich tonów Legrandina równie beztrosko i swobodnie i gdy któregoś roku umyślono wysłać mnie na wakacje do Balbec z babcią, powiedział:

-      Muszę koniecznie oznajmić Legrandinowi, że jedziecie do Balbec, żeby zobaczyć, czy

zechce zapoznać was ze swoją siostrą.. Nie pamięta zapewne, że kiedyś powiedział nam, iż mieszka ona o dwa kilometry dalej.

 Babcia natomiast  uważała, że przebywając w nadmorskim kąpielisku, trzeba być od rana do wieczora na plaży by oddychać jodem  i nie powinno się tam znać nikogo, bo wizyty i spacery zajmują tylko czas, przeznaczony na korzystanie z morskiego powietrza, i wprost przeciwnie – prosiła, żeby nie wspominać Legrandinowi o naszych planach, już bowiem widziała jego siostrę, panią de Cambremer, wkraczającą do naszego hotelu w chwili gdy właśnie wybieraliśmy się łowić ryby i zmuszającą nas do pozostania w czterech ścianach podczas jej wizyty. .Ale mama śmiała się z tych obaw, myśląc sobie, że tego rodzaju niebezpieczeństwo nie zagrażało nam aż tak bardzo, że Legrandin nie będzie się kwapił, by  zapoznać nas ze swoją siostrą. Otóż stało się tak, że nie było potrzeby mówienia Legrandinowi o Balbec, gdyż on sam , nie podejrzewając nas o zamiar udania się w tamte strony, wpadł w pułapkę pewnego wieczoru, gdy spotkaliśmy go nad brzegiem Vivonne.

  -  Te wieczorne obłoki mają w sobie bardzo piękne odcienie fioletu i błękitu, nieprawdaż, przyjacielu ? – zwrócił się do ojca -  ten błękit ma więcej z kwiatów niż z powietrza, błękit cynerarii, zadziwiający na niebie. A ten różowy obłoczek, czy także nie ma barwy  kwiatu,  goździka  lub hortensji? Właściwie tylko nad La Manche, między Normandią a Bretanią, mogłem poczynić najwięcej obserwacji w związku z tym królestwem roślinnym w atmosferze. Tam właśnie, w pobliżu Balbec, niedaleko tych dzikich miejsc, znajduje się czarująca, słodka  zatoczka, gdzie zachód słońca w krainie Auge, zachód słońca czerwono-złoty – którego zresztą nie lekceważę – jest bez charakteru, właściwie bez znaczenia, lecz w tej wilgotnej i pełnej słodyczy aurze  rozkwitają wieczorem w jednej chwili owe  niebiańskie bukiety, błękitne i różowe, niezrównane,  i które godzinami trwają, nie więdnąc. Inne opadają  bardzo szybko, i to jest jeszcze piękniejszy widok: całe niebo usiane niezliczoną ilością płatków koloru siarki lub róży. W tej zatoczce, nazywanej opalową, złociste plaże wydają się jeszcze bardziej łagodne przez to, że niczym jasnowłose Andromedy przywiązane są do tych straszliwych skał na sąsiednim stoku, do tych cieszących się złą sławą brzegów, u których tyle statków się potopiło, i gdzie każdej zimy dużo łodzi ginie pod naporem morza. Balbec! Najbardziej starożytny geologiczny kościec naszej ziemi, prawdziwe Ar-mor, Morze  krańca ziemi, przeklęta kraina, którą Anatole France – ten czarodziej, którego powinien przeczytać nasz mały przyjaciel – tak dobrze opisał, okryta wiecznymi mgłami, prawdziwa  kraina Cymeryjczyków z Odysei. I jakaż to rozkosz, wyprawić się właśnie z  Balbec – gdzie buduje się już tyle hoteli na tej uroczej, starożytnej ziemi, nie naruszając jej  charakteru -  w te dzikie i tak piękne rejony, położone tuż obok!

  -  A czy zna pan może kogoś w Balbec? – zapytał ojciec. – Właśnie nasz mały wybiera się tam na dwa miesiące z babcią  i może nawet z moją żoną.

   Legrandin, zaskoczony tym pytaniem w chwili, gdy jego wzrok był utkwiony w mego ojca,  nie mógł go odwrócić, lecz wpijając się  oczami  coraz to bardziej intensywnie – ze smutnym uśmiechem – w swojego rozmówcę, z wyrazem przyjaźni i szczerości, bez obawy patrzenia wprost  przed siebie, zdawał się patrzeć przezeń - jakby  twarz ojca stała się nagle przeźroczysta-  a on wysoko ponad nią wpatrywał się w barwną chmurę, stwarzającą mu alibi mentalne, co pozwoliłoby mu stwierdzić, że w chwili gdy zapytano go  czy zna kogoś w Balbec, myślał o czymś innym i nie zrozumiał pytania. Zazwyczaj tego rodzaju  spojrzenia prowokują rozmówcę do zapytania : „ O czym pan myśli?”. Ale ojciec, dociekliwy, zirytowany i okrutny, podjął::

-      Czy ma pan przyjaciół w tych stronach? Pan, który tak dobrze zna Balbec?

   W ostatnim, rozpaczliwym wysiłku, uśmiechnięte spojrzenie Legrandina osiągnęło maksimum czułości, nieobecności duchem, szczerości i roztargnienia; doszedłszy jednak z pewnością do wniosku  że nie pozostaje mu nic innego jak odpowiedzieć, rzekł:

-      Mam przyjaciół wszędzie tam gdzie kępy drzew poranionych, lecz nie zwycięzonych

skupiły się, by wspólnie, z patetycznym uporem  błagać o zmiłowanie nie znające litości,  niemiłosierne niebo.

-      Nie o tym chciałem mówić – przerwał mu ojciec – równie uparty jak drzewa i

bezlitosny jak niebo. Pytałem, na  wypadek, gdyby cokolwiek  stało się mojej teściowej i aby nie czuła się  jak na bezludnej wyspie, czy ma pan tam znajomych?

-      Tam, jak i wszędzie, znam wszystkich i nie znam nikogo – odpowiedział Legrandin ,

który tak szybko się nie poddawał -  znam wiele rzeczy i bardzo mało osób. Ale tam same rzeczy wydają się osobami, osobami rzadko spotykanymi, o delikatnej naturze, zawiedzionymi przez życie. Czasami jest to zameczek wzniesiony na stromej skale i na skraju drogi  gdzie przystanął, konfrontując swój smutek z jeszcze zaróżowionym wieczorem, gdy po niebie wędruje złoty księżyc w świetle którego wracają do przystani łodzie, prując wielobarwne wody, wznosząc na masztach jego płomień i strojąc się w jego barwy; niekiedy jest to zwyczajny, samotny dom, raczej brzydki, o nieśmiałym lecz romantycznym  wyglądzie, skrywający przed oczami wszystkich jakiś niezniszczalny sekret szczęścia i rozczarowania. Ta nierzeczywista kraina – dorzucił z jakąś makiaweliczną subtelnością –  kraina czystej fikcji, nie nadaje się dla dziecka jako lektura, i ja na pewno nie wybrałbym jej  ani nie doradzał mojemu małemu przyjacielowi, już i tak skłonnemu do smutku, z jego sercem tak bardzo wrażliwym. Klimaty miłosnych wyznań i daremnych żalów nadają się raczej dla starego , zgorzkniałego sceptyka  takiego jak ja, ale są zawsze niezdrowe dla osobowości jeszcze nie ukształtowanej. Proszę mi wierzyć – podjął z naciskiem – wody tej zatoki, już na wpół  bretońskiej, mogą oddziaływać kojąco, co zresztą jest dyskusyjne, na serce już naruszone, serce, którego uszkodzenie jest nieodwracalne.. W twoim wieku, chłopcze, są absolutnie niewskazane.   - Dobranoc, sąsiedzi – dodał, odchodząc nagle w odruchu ucieczki, jak to miał we zwyczaju, i obracając się ku nam ze wzniesionym palcem, niczym lekarz, sprowadził całą konsultację do: „ Żadnego Balbec przed pięćdziesiątym rokiem życia, a i to jeszcze w zależności od stanu serca !” – krzyknął na odchodnym.

     Ojciec powrócił do tematu w czasie naszych późniejszych spotkań, zadręczał go

pytaniami, ale wszystko na próżno:  niczym uczony oszust, co to  na sfabrykowanie  fałszywych palimpsestów zużywa cały swój trud i wiedzę której setna część wystarczyłaby by mu zapewnić życie w większym dostatku i uczciwe, pan Legrandin, gdybyśmy jeszcze dalej przyciskali go do muru, opracowałby w końcu raczej całą etykę pejzażu i geografię nieba dolnej Normandii, niżby miał się przyznać do tego , że w odległości dwóch kilometrów od Balbec mieszka jego rodzona siostra i  czuć się zobligowany do zaopatrzenia nas w list polecający, co nie napawałoby go aż takim przerażeniem, gdyby mógł być absolutnie pewien – a powinien był mieć taką pewność w oparciu o znajomość charakteru mojej babci – że z niego nie skorzystamy.

 

                               Przełożyła  Krystyna Rodowska.


Pin It