Grzegorz Gortat
 


Mur

(fragment powieści)

 

 

Izaak Celnikier
Izaak Celnikier
Wczesnym popołudniem żołnierze przyjechali trzema furgonetkami. Odczekawszy do wieczora, sforsowali główne wejście wiekowego budynku, wpuścili do środka stado zdziczałych psów, które ze sobą przywieźli, potem starannie zabarykadowali wszystkie drzwi od zewnątrz, otoczyli gmach szczelnym kordonem i stali jeszcze czas jakiś, nasłuchując dobiegających ze środka odgłosów, aż nabrali pewności, że sprawy potoczyły się po ich myśli. Wtedy wsiedli do samochodów i odjechali.

Jest wtedy na miejscu – świadek tamtych wydarzeń. Z początku psy się rozdzielają, żeby wytropić najsłabsze sztuki. Potem łączą się w małe stada. Są głodne. Przywykłe do życia na wolności, źle reagują na zamknięcie. Widzi, jak biegają z kąta w kąt, w zdenerwowaniu pokazując pożółkłe zęby.

Żołnierze wrócili dopiero po pięciu dniach. Kiedy otworzyli drzwi, pośród zwalonych posągów świętych i wywleczonych z katakumb zbutwiałych trumien, w świetle wpadającym przez rozbite witrażowe okna z postaciami sprzed tysięcy lat, stał biskup La Malle w połatanej sutannie, przezroczysty niczym sama śmierć jak ją przedstawiają na obrazach dawnych mistrzów, wymizerowany i blady, ale wciąż żywy, stał i przemawiał do zasłuchanych psów.

Wyprowadzili La Malle’a pod osłoną nocy. Ale najpierw musieli powystrzelać psy. Nie próbowały uciekać.

Widzi, jak siedzą kręgiem przed klechą, nowi wyznawcy starej wiary. Jeden po drugim padają od pojedynczego strzału. Widzi krew na spękanej posadzce i na okopconych dymem od świec ścianach. Umierają bez skargi. La Malle nie przestaje przemawiać nawet wtedy, gdy przed sobą ma już tylko leżące pokotem truchła.

Lekkie pociągnięcie za łokieć i towarzyszący temu znajomy, nalegający głos – to wystarczyło, by obraz się rozmazał i zniknął. Mrugając powiekami, starałem się uzmysłowić sobie, gdzie naprawdę byłem.

Huknął strzał. Spojrzałem w stronę, skąd padł. Na końcu wielkiego stołu tworzącego półkole stał Kapitan i mierzył z pistoletu do zwisającej z żyrandola, wciąż nienaruszonej butelki. Pociągnął za spust – i kolejny raz spudłował. Goście zaczęli stukać nożami w kieliszki i buczeć, z sekundy na sekundę głośniej. Widziałem, jak Kapitanowi żyły na szyi nabrzmiewają. Wolną ręką rozpiął guziki munduru, starł pot z czoła, wycelował, strzelił. Szkło się rozprysło na podłogę. Rozległy się brawa. Kapitan się ukłonił. Zaraz też jął się domagać zawieszenia nowej butelki. Siedzący najbliżej niego mężczyzna w kremowym garniturze, o ciemnej cerze i czarnych włosach mieszkańca Północy, odwiódł go od tego pomysłu, rzucając mu gruby rulon banknotów. Kapitan schylił się po pieniądze, wsunął pistolet za pasek od spodni, zeskoczył na podłogę i podszedł do mężczyzny. Nie słyszałem, o czym rozmawiają, bo raptem wszyscy jakby odzyskali mowę i zaczął się rejwach.

Ostrzegałem, że to będzie długa noc, powiedział Sędzia. Musiał podnieść głos, żeby przekrzyczeć gwar rozmów. Wciąż trzymał mnie za łokieć, jakby w obawie, że znowu się zdrzemnę. Nie wolno ci niczego przespać.

Wcale nie spałem, tylko coś mi się śniło.

Sam sobie przeczysz.

Strażników i obozowych oficjeli łatwo dawało się odróżnić od przyjezdnych: zbici przy jednym końcu stołu, ubrani w wyjściowe mundury albo w starannie odświeżone garnitury, sztywni i nazbyt uroczyści, jakby sytuacja ich przerastała. Piątka gości objęła w posiadanie przeciwległy koniec stołu. Zachowywali się z hałaśliwą swobodą kogoś, kto zjawił się tylko na krótko, ale wszędzie czuje się jak u siebie w domu i patrzy na gospodarza z góry. Prym wiódł czarnowłosy w kremowym garniturze. Zacząłem mu się dyskretnie przypatrywać. Cechowała go pewność siebie, jakiej nie widywałem nawet u Sędziego.

Sędzia przychwycił moje spojrzenie. Nachylił się, że czułem na szyi jego oddech. Pan Cordet, szepnął mi do ucha. Najważniejszy z naszych kontrahentów. Pewnie cię nie zdziwi, jeśli powiem, że bankiet odbywa się na jego cześć...

Chciał coś jeszcze dodać, ale przerwało mu poruszenie po stronie gości. Cordet, wygodnie rozparty na krześle, krzyczał coś do Kapitana, akcentując słowa ruchem ręki i nie pozwalając sobie przerwać. Kapitan raz i drugi spojrzał na Sędziego. Próbował się odezwać, w końcu dał za wygraną. Wzruszył ramionami i podjął obchód wokół stołu, kierując się ku nam.

Sędzia siedział pośrodku, po wewnętrznej stronie stołu, zupełnie sam, jeśli nie liczyć mojej osoby. Zajmowałem najbliższe wolne krzesło po jego prawej ręce, od strażników dzieliło mnie kilka pustych krzeseł.

Kiedy Kapitan nachylił się nad Sędzią, nadstawiłem uszu.

Mamy problem, ekscelencjo, zameldował Kapitan szeptem. Upiera się, że dzisiaj on da występ.

Zdaje się, że już się zgodziłeś.

Kapitan poczerwieniał. Pieniądze zawsze mogę zwrócić!

Nie musisz. Spełnimy życzenie gościa.

Po minie Kapitana poznałem, że spodziewał się innej odpowiedzi. Ekscelencjo, to nie jest dobry pomysł.

Bo?

To żółtodziób. Nie poradzi sobie.

Wybierzmy mu odpowiednią sztukę.

Sędzia dźwignął się do połowy z krzesła i patrząc na Cordeta, skinął głową. Cordet wykonał gest, jakby zdejmował kapelusz, równocześnie wydymając wargi w parodii uśmiechu.

Niech rozleją wino, powiedział Sędzia do Kapitana. Ten przywołał jednego ze strażników, wydał mu instrukcje. Strażnik zniknął za otwartymi drzwiami sąsiedniego pomieszczenia i niezadługo pojawił się znowu, niosąc na okrągłej tacy wysoką butelkę. Podszedł do Cordeta, otworzył butelkę, napełnił stojący przed gościem kieliszek na wysokiej nóżce. Potem napełnił kieliszek Sędziego, na koniec postawił tacę z butelką obok Sędziego na stole.

Sędzia podniósł kieliszek i obejrzał jego zawartość pod światło. Senior Cordet, za kolejne lata naszych wspólnych interesów!

Pańskie zdrowie, ekscelencjo! Cordet małymi łyczkami opróżnił swój kieliszek, cmokając przy tym. Niezłe, skomentował.

Sędzia uśmiechnął się promiennie. Lepszego w życiu nie piłeś, brudny bękarcie, warknął pod nosem, choć nie przestawał się uśmiechać. Zakręcił kieliszkiem i głośno zawołał: Za nasze interesy! I za pański dzisiejszy występ! Wypił do dna, odstawił kieliszek na pokryty białym obrusem stół.

Spojrzał na mnie, potem przywołał strażnika. Strażnik przyniósł czysty kieliszek. Sędzia napełnił naczynie do połowy i postawił przede mną. Spróbuj.

Zamoczyłem usta i się otrząsnąłem. To nie woda!

Mam nadzieję! Trzymam je na specjalne okazje. Cordet będzie miał mi czego zazdrościć.

Kwaśne!

To wino, nie sok!

Wcale mi nie smakuje.

Nauczysz się doceniać dobre wino. Jakby sam siebie usłyszał, zmarkotniał i się zgarbił. Chociaż nie będziesz już miał ku temu zbyt wiele okazji. Tego zostało mi tylko siedem butelek, reszta to sikacze.

Wciągnąłem nosem powietrze. Rozejrzałem się, próbując zlokalizować źródło zapachu. Z otwartych drzwi, jeden po drugim, wyłaniali się strażnicy bez mundurów, na wojskowe koszule naciągnęli białe fartuchy, długie aż do kolan. Zanim rozeszli się wokół stołu, przez jakiś czas szli gęsiego, jak w uroczystej procesji, każdy z dużą tacą z czystymi talerzami i wypełnionym po brzegi półmiskiem, świadomi nagłej ciszy, czując na sobie dziesiątki par oczu.

Przed Sędzią postawili dwa półmiski. Kapitan przyciągnął krzesło i usiadł po jego lewej ręce. Sędzia poczekał, aż strażnik rozstawił talerze i sztućce, potem nałożył mi po kawałku z każdego półmiska.

Nachyliłem się nad talerzem. Intensywny zapach jednocześnie przyciągał mnie i odpychał.

Co to?, spytałem.

Befsztyk i jagnięca pieczeń.

Zachęcając mnie wzrokiem, sam odkroił sobie dużą porcję befsztyku, nadział na widelec i zapakował do ust.

Poszedłem w jego ślady. Ostrożnie wgryzłem się w jeszcze parujący kawałek. Był twardy, ale pod naporem zębów wydzielał soki i kruszał, zamieniając się w pachnący przyprawami miąższ. Smak nie był mi obcy.

Kapitan odłożył sztućce, chwycił kawał pieczeni w ręce i zaczął szybko ją pochłaniać. Językiem zlizywał spływający po brodzie tłuszcz.

Czyż nie jesteśmy zwierzętami, Nul?, wymamrotał Sędzia z pełnymi ustami. Więc to chyba normalne, że zjadamy inne zwierzęta.

Nieprawda!

A co dostajesz od pięciu tygodni? Kotlety z soi jak dawniej? Steki z wyhodowanych w laboratorium tkanek, zabarwionych sokiem z buraków? Naprawdę tak myślisz?

Uporał się z befsztykiem i zajął się drugim kawałkiem. Spróbuj jagnięcej pieczeni, Nul, zanim wystygnie.

Dlaczego tak mnie nazywasz?

Nul to nie imię. Nul znaczy zero. Zero czyli nic. Bez mnie nic nie znaczysz. Jesteś nikim. Coś jeszcze chciałbyś wiedzieć?

Skąd się wziąłem? Kim byli moi rodzice?

Sędzia wytarł ręce w serwetkę. Wstał i z butelką wina podszedł do Cordeta. Napełniając mu kieliszek, wdał się w krótką rozmowę. Musiał powiedzieć coś wesołego, bo Cordet się roześmiał. Sędzia wrócił na miejsce, nalał sobie wina i wysoko podniósł kieliszek, z ukłonem pod adresem gościa. Wypili.

Na to pytanie nie odpowiem. Jeszcze nie dzisiaj. Trzymając kieliszek za nóżkę, zaczął nim machinalnie obracać. Powiem ci za to o dwóch pokojach na końcu holu, o które wcześniej pytałeś. Z drzwiami zasłoniętymi ceratą, tuż za salami porodowymi. Pamiętasz?

Potwierdziłem ruchem głowy.

Powiem ci, dlaczego są zamknięte. I dlaczego zmuszony jestem tolerować taką gnidę jak Cordet.

Odstawił kieliszek. Otarł grzbietem dłoni usta, potem długo i starannie rękę wycierał w serwetkę.

Co sprzedajemy Cordetowi? Życie. Cordet to nasz najlepszy kupiec. A jeszcze pięć, sześć lat temu przepędziłbym bękarta gdzie pieprz rośnie.

Przerwał i odwrócił się do Kapitana. Nie słyszałem, co powiedział, ale Kapitan zaraz się podniósł i wyszedł.

Sędzia rozpiął kołnierzyk koszuli i powoli okręcił szyją w lewo, potem w prawo. Czoło miał lśniące od potu. Na ogromnej, łysej czaszce brązowiły się plamy. Bezskutecznie starałem się sobie przypomnieć, czy wcześniej już je widziałem. Zmęczonym ruchem przetarł czoło. Na grzbiecie dłoni dostrzegłem skupiska identycznych brązowych plam. Kiedyś mogliśmy przebierać w klientach, podjął. Zatrudnialiśmy doborowy personel medyczny. Mieliśmy na wyłączność dwóch lekarzy transplantologów z pierwszej dziesiątki na świecie. W rok stworzyli oddział przeszczepów nie ustępujący najlepszym w tej części świata. Najnowocześniejszy sprzęt, sprawdzone metody. Nie musieliśmy się reklamować. Wiedzieli o nas ci, którzy powinni wiedzieć. I byli w stanie zapłacić.

Sięgnął po czystą serwetkę, żeby otrzeć czoło. Kiedy się wyprostował, przez chwilę znów wydał mi się wielki i nieśmiertelny.

Zdradzę ci, na czym polegała nasza przewaga w stosunku do konkurencji. Mogliśmy się pochwalić niemal stuprocentową skutecznością zabiegów. A dlaczego? Bo mieliśmy w zasięgu ręki materiału pod dostatkiem. Nerki, serca, rogówki, wątroby. Marzenie każdego ośrodka transplantologii. Przeszczep dowolnego organu organizowaliśmy niemal z godziny na godzinę. Idealni dawcy, o których nikt nie zapyta i nikt nie zauważy ich zniknięcia. Ponadto stanowili materiał wszechstronnie przebadany pod kątem zdrowotnym. Do dzisiaj wszyscy żyjący w obrębie Muru są medycznie monitorowani przez okrągłą dobę. Naszej uwadze nie umknie nawet lekki katar. Zaśmiał się chropawo. Oczywiście, ogniska czy pojedyncze przypadki poważnych chorób eliminujemy z dnia na dzień. Wszak nasze cegielnie pracują przez okrągłą dobę.

Przeoczyłem moment, kiedy przed gośćmi i strażnikami postawiono butelki i kieliszki. Sami zajęli się rozlewaniem. Szurały krzesła, dźwięczało szkło. Kapitan wciąż nie wracał.

Siedząc teraz tak, że wzrokiem wymuszał moją uwagę, a jednocześnie obserwował Cordeta i jego kompanów, Sędzia mówił dalej: Jeśli usłyszysz, że przez ostatnie dziesięć, piętnaście lat świat zmienił się nie do poznania, to i tak nic ci to nie powie. Nie masz bladego pojęcia o świecie. Może to dla ciebie lepiej. Świat, który ja znałem, nie skończył się w miesiąc czy rok. Odchodził powoli. Porównałbym go do naczynia, z którego czerpiemy garściami, ale nic nie dokładamy, więc z czasem pokazuje się dno. Popyt na nasze usługi się nie zmniejszył, ale pacjenci nie byli w stanie zapłacić tyle co dawniej. Wprowadziliśmy oszczędności. Zredukowaliśmy personel techniczny, obniżyliśmy pensje. Lekarze zaczęli sarkać. Stało się to, co w tej sytuacji musiało się stać. Zmówili się i postanowili uciec. Nie mogliśmy do tego dopuścić. Zbyt dużo wiedzieli. Rozwiązaliśmy ten problem, ale tego samego dnia byliśmy zmuszeni zamknąć oddział.

Wrócił Kapitan. Za nim do sali wślizgnęły się cztery młode kobiety. Serce zabiło mi żywiej, bo przez chwilę uległem złudzeniu, że wśród nich jest dziewczyna z platformy. Odezwała się muzyka. Nie widziałem jej źródła, ciche dźwięki zdawały się napływać jednocześnie z różnych stron. Dominował bęben, wtórowały mu piszczałki, jazgotliwe a jednocześnie usypiające.

Poruszały się w rytm muzyki, wolno i hipnotyzująco. Półprzezroczyste seledynowe tuniki ledwo zakrywały im biodra. Miały nie więcej niż po piętnaście lat. Widziałem prześwitujące przez cienki materiał piersi i pośladki, widziałem bladość skóry, która nigdy nie ujrzy słońca, widziałem cień zarostu między szczupłymi udami, które będą się rozchylać dla mężczyzn.

Dwóch towarzyszy Cordeta poderwało się od stołu. Na chwiejnych nogach dołączyli do tancerek i nieudolnie próbowali imitować ich ruchy.

Uwierz mi albo nie, ciągnął Sędzia, z początku wcale nie chodziło o pieniądze. W każdym razie nie zysk był najważniejszy. Chcieliśmy dowieść reszcie świata, że Republika odnosi sukcesy w każdej dziedzinie. Nowe władze na każdym kroku utwierdzały naród w przekonaniu, że nowe porządki oznaczają świetlaną przyszłość. Siermiężna propaganda, choć do pewnego momentu skuteczna.

Sędzia zamyślił się i odniosłem wrażenie, że przebywa w innym świecie. Do jazgotu muzyki dołączyły teraz krzyki gości, oklaski i przytupywanie. Sędzia nie zwracał na to uwagi. Kiedy się ponownie odezwał, musiałem się nachylić, żeby w harmidrze słyszeć słowa. Gubi nas pycha, powiedział. Myślę, że Martens pod koniec życia był tego coraz bardziej świadomy. Pycha i zadufanie. Chcemy dokonać rzeczy z gruntu niemożliwych. Zrobić coś, czym zapiszemy się na zawsze w pamięci kolejnych pokoleń. Każdemu się wydaje, iż najłatwiej to osiągnąć poprzez odwrócenie zastanego porządku. To pozory. Białe zawsze pozostanie białe, a czarne czarne, choćbyśmy nie wiem jak się gimnastykowali, żeby nadać inne nazwy.

Przymknął oczy i gdyby nie to, że ręce równo ułożone na stole zaciskał w pięści, pomyślałbym, że śpi.

Chcemy uszczęśliwić ludzkość, podjął, a ostatecznie zostajemy komiwojażerami. Takim dzikusom jak Cordet sprzedajemy ludzi jak części zamienne.

Czemu mi to mówisz?

Otworzył oczy i wyraz jego twarzy nagle się zmienił. Odsunąłem się instynktownie, ale jego wzrok szedł za mną. Nie pochlebiaj sobie, durniu!, syknął Może mówię ci tylko to, co chcę, żebyś usłyszał?

Tancerki gubiły rytm, próbowały nie dać się złapać ludziom Cordeta. Jeden położył się na podłodze i turlając się, starał się łapać je za nogi. Przeskakiwały nad nim z piskiem.

Oho, psy zwęszyły suki!, skomentował Sędzia półgłosem. Zaklął, bo jeden ze strażników ruszył z groźną miną w stronę goniących tancerki gości. Kapitan w porę strażnika dopadł, okręcił nim jak zabawką i rzucił na podłogę. Ruchem głowy odesłał tancerki. Muzyka się urwała. Nastała nieznośna cisza. Dwaj kompani Cordeta popatrzyli po sobie i jednocześnie ruszyli na Kapitana. Ten zręcznie odskoczył i wyciągnął pistolet zza paska spodni. Stojąc na lekko ugiętych nogach, mierzył to w jednego, to w drugiego.

Cordet zaszczebiotał coś w swoim języku, przywołując obu do porządku. Wrócili na swoje miejsca przy stole. Wciąż mierząc z pistoletu, Kapitan zlustrował po kolei każdego z gości, wzrok zatrzymując na Cordecie. Wsunął broń za pasek i właśnie się odwracał, kiedy szurnęło krzesło. Cordet powoli wstał i się wyprostował.

Bardzo chciałbym się mylić, ekscelencjo, powiedział do Sędziego, choć nie spuszczał wzroku z Kapitana, ale odnoszę wrażenie, że pański adiutant chowa do mnie o coś urazę.

Sędzia oparł się prawym łokciem o stół, dłonią lewej ręki wykonał ruch, jakby się wachlował. To nieporozumienie, senior Cordet, zapewnił. Wyjaśnię je jeszcze dzisiaj z Kapitanem.

Z całym szacunkiem, ale sprawa dotyczy mnie i Kapitana i między nami powinna zostać rozstrzygnięta tu i teraz. Nie jestem butelką, żeby do mnie mierzyć z pistoletu.

Sędzia patrzył na swoje dłonie. Widziałem, jak żyłki na jego prawej skroni nabrzmiewają. Proszę mi pozwolić coś zaproponować, zaczął. Kapitan zwróci panu pieniądze. I przeprosi za porywczość.

Pan wie, że to nie jest kwestia pieniędzy.

Zatem?

Wierzę, że pański adiutant odebrał należyte wojskowe wychowanie. Wie, jak się w takich sytuacjach postępuje.

Kapitan spojrzał niepewnie na Sędziego. Ten go zignorował. Podniósł ciężkie powieki, żeby dobrze widzieć Cordeta.

To według mnie nieco staroświeckie, senior Cordet. Ale jeśli ma to pana usatysfakcjonować, Kapitan jest naturalnie do pańskiej dyspozycji.

Cordet napełnił kieliszek, opróżnił go dwoma łykami i odstawił. Obszedłszy stół, stanął na wprost Kapitana. Dzieliły ich dwa długie kroki. Skłonił się krótko, bez opuszczania głowy. Nie zdjął marynarki, tylko rozpiął mankiety koszuli gestem, jakby uwalniał się od guzików. Kapitan wykonał sztywny ukłon i zaczął zdejmować kurtkę munduru. Ręce miał jeszcze uwięzione w rękawach, kiedy Cordet jednym susem skrócił dzielącą ich odległość i jakby od niechcenia dźgnął go pięścią w żołądek. Kapitan zgiął się niczym kukła. Prostując się, łapał powietrze szeroko otwartymi ustami i jednocześnie dokonywał nadludzkich wysiłków, żeby uwolnić ręce. Cios od dołu w podbródek posłał go na deski podłogi.

Zanim Kapitan stanął na nogach, Cordet już siedział za stołem i szczupłe dłonie o długich palcach wycierał w serwetkę. Nadziawszy na widelec porcję jagnięcej pieczeni, oderwał zębami spory kęs i zaczął przeżuwać. Pańscy ludzie, ekscelencjo, wykazują nadmierne przywiązanie do etykiety, wymamrotał z pełnymi ustami. To błąd. Co przystoi dyplomacie, niekoniecznie sprawdza się u żołnierza, dodał.

Kapitan jest wdzięczny za naukę, jakiej mu pan udzielił, powiedział Sędzia uprzejmie. Mam rację, Kapitanie?

Kapitan rękawem próbował zetrzeć pot i rumieńce z policzków. Zapamiętam tę lekcję, zapowiedział, zwieszając głowę. Jeśli pan pozwoli, ekscelencjo, zajmę się ostatnimi przygotowaniami.

Kapitan się oddalił, a Sędzia wdał się z Cordetem w długą rozmowę. Mówili w obcym języku. Nie rozumiałem ani słowa; znudzone spojrzenia zarówno strażników jak i towarzyszy Cordeta świadczyły, że i oni słuchają wymiany zdań tamtych dwóch tylko z obowiązku. Wkrótce przestali udawać, że konwersacja w niezrozumiałej mowie przyciąga ich uwagę. Między dwoma końcami stołu zaczęli krążyć wysłannicy, z miną emisariuszy przekazujących drugiej stronie ważne rozstrzygnięcia. Z przyciszonych rozmów niewiele do mnie docierało poza jednym: przyjmowano zakłady. Czego dotyczyły i jakie ostatecznie poczyniono ustalenia, miałem się dowiedzieć niewiele później.

Pochwyciłem na sobie spojrzenie Cordeta. Słuchając wywodów Sędziego, pokręcił głową i się zaśmiał. Sędzia niezrażony perorował dalej i Cordet raptem spoważniał, spojrzał na mnie raz i drugi. Miałem wrażenie, że przygląda mi się, jakbym był towarem, którego wartość sam woli oszacować. Nie potrafiłem z wyrazu jego twarzy odczytać, co myśli. Poczułem lód na plecach.

Sędzia i Cordet rozmawiali dalej a ja, przymknąwszy oczy, próbowałem opanować drżenie dłoni i okiełznać myśli. Czułem, jak serce podchodzi mi do gardła. Wracałem we wspomnieniach do niedawnych dni, kiedy życie biegło ustalonym porządkiem i jeden dzień był bliźniaczo podobny do drugiego. Jeden do liczba idealna. Czy naprawdę trzeba czegoś więcej, by być szczęśliwym?

Z zamyślenia wyrwało mnie szuranie krzeseł. Otworzyłem oczy. Cordet, otoczony luźnym kręgiem swych towarzyszy, zdjął marynarkę i starannie ułożył ją na oparciu krzesła. Rozpiął i zdjął kamizelkę, na koniec rozebrał się z koszuli, zzuł buty, ściągnął skarpety i pozostał w samych spodniach. Przeciągnął się, jakby badał wytrzymałość kości i ścięgien, potem zrobił młynek rękami, aż zafurkotało. Był szczupłej budowy, ale kiedy się poruszał, pod śniadą skórą przesuwały się i napinały mięśnie, jakich pod ubraniem bym się nie domyślił.

Sędzia wstał i rękę oparł na moim ramieniu. Stał tak bez słowa. Ręka ciążyła mi niczym kamień i bił od niej chłód, nie miałem jednak śmiałości się uwolnić. Wreszcie puścił mnie i posuwistymi krokami ruszył w stronę drzwi, nie oglądając się, najwyraźniej pewny, że pójdę za nim. Poderwałem się z krzesła, nadal jednak tkwiłem w miejscu, jakbym naprawdę wierzył, że mam w sobie dość odwagi, by się zbuntować.

Towarzysze Cordeta, ustawiwszy się w pary, wzięli go na ramiona. Leżał na plecach, ręce krzyżując na piersiach, i kiedy, ostrożnie stawiając nogi, nieśli go do wyjścia, wyglądał jak nieboszczyk.

Patrzyłem, jak się ścieśniają, by z ciężarem na barkach ostrożnie przecisnąć się przez wąskie drzwi. Strażnicy podążali za nimi gęsiego. Zostałem sam. Lampy żyrandola jedna po drugiej zaczęły gasnąć niczym zdmuchiwane świece i otoczyła mnie ciężka ciemność, mącona mizerną poświatą wpadającą przez drzwi. Krzyknąłem, ale nikt nie odpowiedział. Oddychałem ciężko. Czułem, jak na piersiach zaciska mi się niewidzialna obręcz. Wziąłem głęboki oddech. Strach nie ustępował. Wtuliwszy głowę w ramiona, wybiegłem z sali. W kilka sekund zrównałem się ze strażnikami, którzy tworzyli tyły wolno poruszającego się pochodu. Choć rozmawiali półgłosem i w stukocie kroków słowa mi umykały, to ekscytacja w ich głosie i mnie zaczęła się udzielać. Nie próbowali protestować, kiedy pomagając sobie łokciami, przepchnąłem się przed nich. Kilka metrów dalej musiałem zwolnić, bo na wprost siebie miałem mur z pleców i głów. Wielonogi twór uparcie zanurzał się w głąb wąskiego tunelu, pociągając mnie za sobą. Rzadko rozmieszczone jarzeniówki rzucały mdłe światło, powietrze było ciężkie od potu, stukot kroków odbijał mi się echem w głowie.

Tunel raptem się poszerzył i zrobiło się widniej. Przybyło jarzeniówek. Pochód zwolnił, aż się zatrzymał. Dwóch strażników biegiem wysforowało się do przodu i usłyszałem zgrzyt metalu, jakby odsuwano masywną zasuwę, potem wyczekiwaną chwilę ciszy przerwało przeciągłe, wdzierające się pod czaszkę skrzypienie, które zdawało się nie mieć końca. Wreszcie hałas ustał. Twarz owiało mi chłodne powietrze. W górze obramowania wysokich drzwi tłoczyły się blade gwiazdy. Wiatr przywiał mieszankę zapachów. Nie potrafiłem ich nazwać, ale budziły niepokój.

Zapuściliśmy się w noc. Chudy, bladosiny księżyc oświetlał nam drogę. W jego świetle czarne włosy Cordeta błyszczały srebrzyście, jakby w kilka minut osiwiał. Skręciliśmy w lewo i przez jakiś czas wysoka, pochyła sylwetka Sędziego odcinała się na tle rozgwieżdżonego nieba, aż jego dolną połać i idące przodem postacie wchłonęła ciemna bryła budynku, który niespodziewanie wyłonił się po lewej stronie, długi i przysadzisty. Tam się zatrzymaliśmy.

Sędzia głośno perorował. Nie wiedziałem, z kim rozmawia, domyśliłem się tylko, że wydaje polecenia.

Rozbłysło ostre światło. Instynktownie zacisnąłem powieki. Dało się wyczuć drżenie ziemi pod nogami.  Kiedy otworzyłem oczy, doznałem wrażenia, że stoję przed ogromnym ekranem i oglądam scenę z archiwalnego filmu wygrzebanego z przepastnych zasobów Encyklopedii. Cztery wielkie reflektory oświetlały duży czworobok, wytyczony solidnym drewnianym ogrodzeniem i podzielony na dwie części, lewym bokiem częściowo przylegający do budynku, który okazał się znacznie dłuższy, niż początkowo sądziłem. W tyle czworoboku, oddzielonego od części przedniej wysoką przegrodą z desek, przesuwały się masywne kształty, leniwie pochylając potężne łby, od czasu do czasu jakby dla zabawy napierając rogami na drewniane pale ogrodzenia. Odszukałem wzrokiem Sędziego i właśnie zamierzałem do niego dołączyć, bo sytuacja domagała się wyjaśnienia, gdy raptem wrota budynku, które wychodziły na bliższą nam część wybiegu, otworzyły się i pokazał się Kapitan, prowadząc kolosa na czterech nogach. Zwierz człapał na pozór niemrawo, ale potężne rogi i masa ciała budziły respekt. Kapitan trzymał w ręku oba końce długiego łańcucha, przewleczonego przez gruby metalowy kolczyk osadzony w nozdrzach zwierzęcia.

Piękny okaz!, zawołał Cordet. Nie leżał już, ale siedział na ramionach towarzyszy, skąd wzrokiem ogarniał więcej. Źle pana osądziłem, ekscelencjo. Byłem pewien, że każe pan wypuścić do koralu jakiegoś cherlaka, a ten tutaj to prawdziwy toro bravo.

Sędzia otwierał usta, gotów wyjaśnić nieporozumienie, ale poszedł za spojrzeniem Cordeta i tylko zacisnął szczęki.

Stałem już na tyle blisko, że całą rozmowę Sędziego z Kapitanem, do której chwilę później doszło, słyszałem co do słowa. Oszalałeś, durniu?, syknął Sędzia, ustawiony plecami do Cordeta. Starał się nie podnosić głosu, jednak wyraz twarzy mówił sam za siebie.

Kapitan się nie speszył. Przecież chciał pan, żeby senior Cordet był zadowolony, mruknął. Coś źle zrozumiałem?

Byk dał się wprowadzić do ciasnego, niskiego boksu, przylegającego do ogrodzenia i zamykanego z dwóch stron ruchomymi przegrodami. Wzdrygnął się lekko i zamiótł ogonem, kiedy Cordet, zręcznie przeszedłszy z ramion towarzyszy na bok palisady, zsunął się na jego grzbiet. Kazał Kapitanowi wyciągnąć łańcuch.

Sędzia przesunął się tak, że stał dokładnie na wprost boksu. Dołączyłem do niego. Omiótł mnie spojrzeniem, ale głowy bym nie dał, że mnie widzi. Spojrzał na Cordeta. Senior Cordet, proszę tego byka nie lekceważyć. To harda sztuka.

Cordet wykonał dłonią gest, który mógł równie dobrze oznaczać podziękowanie jak i odesłanie do kąta. Pokazał w uśmiechu nierówne zęby. Ekscelencjo, to tylko duża porcja befsztyku na czterech nogach.

Dźgnął byka gołymi piętami. Ten powoli odwrócił łeb, jakby chciał intruzowi się przyjrzeć. Przez długą sekundę widziałem jego prawe oko: wielkie, aksamitne, wilgotne, emanujące spokojem, choć na czarnym dnie zaczynała się budzić niepewność.

Kapitan pomógł Cordetowi ubrać się w skórzaną uprzęż połączoną z pasem zaopatrzonym w dwie metalowe klamry; zwisające po obu bokach pasa długie rzemienie starannie przeciągnął pod brzuchem byka i mocno przywiązał do klamer. Sprawdziwszy wiązanie, wygramolił się z boksu i wysunął przednią przegrodę. Zwierz zastrzygł uszami, ale spokojnie stał.

Nie wiem, jak i skąd w ręku Cordeta pojawił się bicz. W każdym razie do czasu, aż zamachnął się i uderzył, byłem przekonany, że długi na pół metra przedmiot to rodzaj skórzanego bicza, jaki strażnicy noszą bardziej dla parady niż z potrzeby. Błysnęła stal. Byk z rykiem skoczył do przodu. Z rany na szyi zwierzęcia spływała krew. Kapitan zdążył uskoczyć przed kopytami, ale nogi mu się splątały i runął na ziemię. Niezdarnie się podniósł, po czym wcisnął się w kąt między tyłem boksu a ogrodzeniem i tam zakleszczony patrzył, chyba sam zdziwiony tym, co widzi.

Byk cwałem dwukrotnie okrążył przedni wybieg, co jakiś czas wybijając się w górę na czterech nogach niczym na sprężynach i próbując jeźdźca zrzucić. Zaczynał trzecie okrążenie i już się wydawało, że zaczyna znajdować w biegu bez końca jakąś perwersyjną przyjemność, kiedy raptem, z pochylonym łbem i wysoko zadzierając zad, tak raptownie zahamował, że kopytami wyrył bruzdy w trawie. Długo stał bez ruchu, najwyraźniej zaskoczony, że jeździec utrzymał się na grzbiecie. Ostrożnie okręcił łbem, jak gdyby chciał obejrzeć ranę na szyi. Wyobraziłem sobie, jak ciepła krew spływa mu po boku i zrasza ziemię. Podreptał na sam środek porytego kopytami placu i żałośnie zaryczał.

Cordet splunął i się zaśmiał. Wytarł nóż o nogawkę, wziął ostrze między zęby, wyjął z kieszeni spodni chustkę i obwiązał nią głowę. Odwrócił się w naszą stronę. Nie wiem, czy szukał wzrokiem Sędziego, czy Kapitana. Kiedy poczułem na sobie jego spojrzenie, szybko spuściłem oczy.

Kapitan korzystając z chwili spokoju przecisnął się między deskami koralu na naszą stronę. Ubranie miał pomięte i powalane ziemią. Nadrabiał miną, jednak chwiejny krok go zdradzał. Oddalił się na lewo i schował za strażnikami, schodząc Sędziemu z oczu.

Cordet, trzymając ostrze w zębach, wyciągnął się jak długi i lewą ręką objął byka za szyję. Drugą ręką wodził po okolicach rany. Kiedy tak leżał, niemal zrośnięty ze zwierzęciem, można było uwierzyć, że gładzi je pieszczotliwie i czułymi słowami zapewnia o dobrych zamiarach.

Sędzia stał do mnie bokiem. W sztucznym świetle twarz miał nienaturalnie bladą, nabrzmiałe żyłki na skroni przybrały barwę fioletu. Na policzku czerwieniła się szrama, której wcześniej nie widziałem. Podniósł rękę i najzupełniej bezwiednie przeciągnął paznokciami po policzku i na skórze wykwitła bliźniacza pręga.

Towarzysze Cordeta zawołali do niego w swoim języku. Odkrzyknął coś w odpowiedzi. Siedział wyprostowany, nóż trzymał w prawej ręce, ostrzem do ziemi. Zaczęli rytmicznie klaskać. Byk zastrzygł uszami. Cordet pochylił się w prawo, czubek noża przyłożył do szyi kolosa, po czym, energicznie się prostując, przeciągnął ostrzem od dołu do góry.

Nawet z miejsca, gdzie stałem, zobaczyłem krew. Cordet ponownie wygiął się do przodu i znów się zamachnął. Uderzył w szyję po lewej stronie. Nóż musiał uszkodzić tętnice, bo z obu ran krew lała się obficie. Pod bykiem ugięły się kolana. Zwierzęta po drugiej stronie zbiły się w stado i napierały na ogrodzenie, że pale trzeszczały pod naporem ich ciał.

Byk znieruchomiał z nisko opuszczonym łbem. Cordet przeraźliwie zagwizdał na palcach, potem na przemian wydawał drażniące okrzyki, gwizdy i cmoknięcia, zmieniając rytm i natężenie dźwięków. Skóra od tego cierpła.

Zwierz zdołał się wyprostować, po czym, wykręcając łeb w prawo, zaczął się w tym samym kierunku obracać, jakby uparł się pochwycić własny ogon, lecz poruszał się niemrawo i z kroku na krok wolniej. Cordet wściekle dźgał go bosymi stopami. Osiągnął tylko tyle, że byk się rozkraczył, porykując cicho i brocząc krwią.

Ludzie Cordeta zaczęli buczeć. Cordet okręcił się w lewo i splunął na ziemię. Spojrzał na Sędziego.

Zapamiętam to!, syknął. Dawno nikt mnie tak nie upokorzył.

Wziął nóż w obie ręce, podniósł na wysokość głowy i zamachnął się, mierząc w kark zwierzęcia. Chyba nie trafił tam, gdzie zamierzał, bo zaklął siarczyście, wyszarpnął ostrze z rany, i ściskając byka kolanami, uniósł się kilkanaście centymetrów, po czym, opadając całym ciężarem ciała, ciął od góry po skosie, z prawa na lewo.

Zanim senior Cordet zdążył wyprowadzić cios do końca, byk wybił się wszystkimi czterema kopytami nad ziemię, wyginając grzbiet w pałąk. Jeździec podskoczył jak wystrzelony z katapulty. Gdyby nie liny uprzęży, nie utrzymałby się na grzbiecie. Nie wypuścił noża i dźgał nim teraz gdzie popadnie. Byk wierzgnął tylnymi nogami z taką siłą, że stanął niemal pionowo. Cordet bezwładnie poleciał do przodu. Liny pod brzuchem zwierzęcia przesunęły się, ale nie puściły.

Byk zatrzymał się na wprost nas. Opuścił łeb i sprawiał wrażenie, że dokonuje przeglądu sytuacji.

Cordet, oparty łokciami o jego grzbiet, ciężko oddychał. Piersi i ramiona miał umazane krwią byka. Obejrzał się za siebie. Stado krążyło przy przegrodzie oddzielającej obie części koralu, jakby próbowało znaleźć w niej słaby punkt.

Byk zawrócił i ruszył truchtem wzdłuż palisady. Z każdym pokonanym metrem nabierał prędkości. W łuk zakrętu wszedł galopem i kiedy gnał w naszą stronę, miałem wrażenie, że prosto na nas toczy się z hukiem ogromny skalny głaz, znacząc swój szlak kępami wyrwanej trawy i bliznami zoranej ziemi.

Sędzia chyba pierwszy zrozumiał, co byk zamierza. Uczynił ruch, jakby chciał przeskoczyć ogrodzenie, chociaż już w tym momencie musiał zdawać sobie sprawę, że nie zdoła Cordeta ocalić. Byk przyhamował. Dzieliły mnie od niego metry. Zręcznie jak na swoją masę wykonał raptowny zwrot; mogło się wydawać, że tylko się otarł o ścianę boksu, ale usłyszałem trzask pękających desek i zaraz potem skowyt Cordeta. Lewa noga dyndała mu jak przyczepiony do biodra kawał drewna. Nogawka spodni nasiąkła krwią i nie podjąłbym się odróżnić, czy była to krew człowieka, czy zwierzęcia.

Zaraz potem zobaczyłem masywny zad, spod tylnych kopyt sypała się ziemia, kiedy byk galopem oddalał się wzdłuż ogrodzenia. Wyglądało na to, że zamierza zatoczyć koło, żeby powtórzyć niedawny manewr. Cordet musiał dojść do tego samego wniosku. Z bólu osłabł i byłem pewien, że nóż mu wypadnie, zdołał jednak wsunąć ostrze pod linę, tuż przy przytrzymującej ją klamrze u pasa.

Jakby wyczuwając intencje jeźdźca, byk w tym samym momencie zmienił kierunek, ścinając łukowaty zakręt; od nadwyrężonego boksu dzieliło go dwadzieścia metrów, gdy jeździec zdołał wreszcie przeciąć linę. Odpadł od grzbietu niczym kopnięta piłka, bezwładnie przekoziołkował po ziemi. Leżał i byłem pewien, że nie wstanie, zdołał się jednak w końca podnieść. Wlokąc za sobą sztywną nogę, z twarzą umazaną ziemią i mokrą od łez, kuśtykał ku ogrodzeniu.

Byk trącił go łbem jakby od niechcenia, ale to wystarczyło, by człowieka przewrócić. Ostrożnie przestąpił nad leżącym, po kilkunastu metrach zawrócił i z pochylonym łbem szykował się do szarży. Cordet tymczasem zdążył się dźwignąć. Podskakując cudacznie na jednej nodze, zdążył pokonać dwie trzecie dystansu dzielące go od ogrodzenia koralu, gdy dźgnięty rogami w bok, pofrunął wzdłuż palisady i spadł sześć metrów dalej. Podniósł się jeszcze, ale na nic więcej sił mu nie starczyło; stał zataczając się z boku na bok, z zamkniętymi oczami, jakby przymierzał się do długiego snu.

Ze zwinnością, jakiej bym się po nim nie spodziewał, Sędzia przeskoczył przez ogrodzenie koralu. Chwycił Cordeta pod pachy i wlokąc za sobą bezwładny ciężar, kierował się najkrótszą drogą do palisady. Obejrzał się na nas przez ramię; nikt nie kwapił się przyjść mu z pomocą.

Uciekaj!, krzyknąłem.

Prosto na niego toczyła się góra mięśni. Puścił rannego, żeby ratować się ucieczką. Byk z pochylonym łbem kontynuował szarżę i zwątpiłem, czy palisada go zatrzyma. Powinienem uciekać, ale nogi nie chciały mnie słuchać. Rozległ się huk i palisadą zatrzęsło. Kiedy odważyłem się spojrzeć, nad ogrodzeniem wystawała głowa Cordeta. Gdyby nie jego martwe spojrzenie, można by pomyśleć, że, lekceważąc niebezpieczeństwo, powodowany ciekawością zagląda na naszą stronę.

Pomóż mi!, usłyszałem ryk Sędziego.

Wspiąłem się na palce i spojrzałem. Byk przybił Cordeta rogami do palisady z taką siłą, że sam się zaklinował. Równocześnie przygniótł Sędziego, zakleszczając go między palisadą a ocalałą częścią boksu.

Nie mogę oddychać!, jęczał Sędzia.

Pokonałem ogrodzenie i zsunąłem się na zrytą kopytami ziemię. Byk na mój widok szarpnął się i spróbował się wyswobodzić, łypiąc na mnie okiem. Przednie nogi uginały się pod nim.

Uduszę się! Chyba mi złamał żebra.

Przykucnąłem, starając się nie patrzeć na pohańbione ciało seniora Cordeta. Byk oddychał szybko, napiętym brzuchem wstrząsały skurcze. Odór potu mieszał się z zapachem krwi.

Co mam zrobić?

Dobij go!

Nie mam czym.

Kłamiesz!

Sięgnąłem do tylnej kieszeni spodni i wymacałem znajomy przedmiot.

Podetnij tętnice na tylnych nogach, wtedy szybciej się wykrwawi. Pospiesz się!

Najpierw mi odpowiesz na jedno pytanie.

Co chcesz wiedzieć?

Nie jestem dzieckiem z laboratorium. Jak się nazywam i kim byli moi rodzice?

Zgodził się podejrzanie szybko. Zamiast jednak odpowiedzieć, zaczął mi sączyć do uszu słodką trucizną, przysięgając, że gotów jest wyjawić mi inną, bardziej jeszcze obchodzącą mnie tajemnicę. W kilku słowach wyjaśnił, czego dotyczy i kazał wybierać.

Uchwyciłem się nadziei jak tonący źdźbła trawy.

Kłamiesz, powiedziałem, choć czułem, że mówi prawdę.

Wiesz, że w takiej sprawie bym cię nie okłamywał.

Kiedy mu oznajmiłem, co wybieram, stary lis udał zaskoczenie, choć jestem pewien, że od początku wiedział, co postanowię.

Byk nie próbował walczyć. Lewe oko powoli zachodziło mgłą. Grzbietem dłoni pogłaskałem zwierzę po pysku. Skóra w tym miejscu była ciepła i aksamitna. Szeptałem mu do ucha, że będę z nim do samego końca, a tam, dokąd idzie, czeka go lepsze życie. Nie było to wierutne kłamstwo, bo sam bardzo chciałem w to wierzyć. Na lewej tylnej nodze odszukałem grubą pulsującą żyłę i powoli przeciągnąłem po niej ostrzem, potem przeciąłem żyłę na prawej nodze. Więcej nie mogłem dla niego zrobić. Usiadłem na ziemi, objąłem kolana rękami i patrząc, jak z toro bravo uchodzi życie, zadawałem sobie pytanie, czy nie wolałbym być na jego miejscu. Raz za razem ciałem kolosa wstrząsnęły dreszcze. Zachwiał się, zdołał jednak ustać. Kiedy wreszcie z dziwacznie wygiętą szyją osunął się na ziemię koralu, gdy przystąpili strażnicy i drągami zaopatrzonymi w metalowe haki odważyli się cielsko odciągnąć, gdy Sędzia, wyjąc jak potępieniec i chwytając się ogrodzenia, dźwignął się na nogi i krótkimi haustami chwytał powietrze, wstałem i cofnąwszy się kilka kroków, by całą scenę lepiej widzieć, zacząłem się zastanawiać, któremu z nich dwóch przyniosłem dziś prawdziwe wybawienie.

 

______________________________________________________________

Powieść pt. Mur powstaje w ramach stypendium MKiDN. Jeden z wymogów umowy stypendialnej stanowi, że w materiałach promocyjnych i informacyjnych (również w przypadku publikacji fragmentów) powinien się znaleźć zapis o stypendium w postaci logo Ministerstwa (wysyłam jako załącznik) oraz stwierdzenia: „Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego”. Będę wdzięczny za stosowne uwzględnienie tego wymogu w przypadku publikacji tekstu.

 „Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego".

Pin It