Lech Brywczyński

 

 

Markiza

 

 

 

Fot. Paweł Kęska
Fot. Paweł Kęska
MOTTO:

 

Nadzieja oczy piękne ma, lecz zwleka wciąż.

 

Eurypides, Fenicjanki

 

 

OSOBY:

 

Książę d'Argenson

 

Pani d'Estrades

 

Kawaler Dubois

 

Wolter

 

Hrabina de Choiseul

 

 

 

 

 

 

 

SCENA PIERWSZA

 

Pałac królewski, gabinet księcia d'Argenson. Książę wolnym krokiem przechadza się po sali, co jakiś czas stając na moment i spoglądając z niepokojem na drzwi; kawaler Dubois podąża za księciem, zatrzymując się tam, gdzie on. Pani d'Estrades siedzi na sofie, trzymając w drżących dłoniach złożony wachlarz. Wszyscy są w strojach z epoki, odpowiednich do swego stanu.

 

Ruchy całej trójki bezwiednie podporządkowują się dźwiękom menueta, słyszalnym w tle.

 

Książę d'Argenson: - (spoglądając na drzwi) Minęły już dwie godziny. Zaraz powinna tu wrócić.

 

Muzyka stopniowo cichnie, aż przestaje być słyszalna.

 

Pani d'Estrades: - Cóż za napięcie! (wzdycha głęboko) Martwię się o naszą drogą Charlottę... Czy sobie poradzi?

 

Książę d'Argenson: - Na pewno da z siebie wszystko. To w końcu nasza wspólna szansa. Jeśli się nie uda, to na następną okazję przyjdzie nam długo poczekać... (do kawalera) Co się mówi w pałacu?

 

Kawaler Dubois: - Udało się zachować sprawę w tajemnicy. Pojawiły się jakieś niejasne pogłoski, ale ci, co je rozpowszechniają, sami nie wiedzą, o co chodzi. (zaciera ręce) To będzie zaskoczenie, kiedy sprawa wyjdzie na jaw! Pani Pompadour osłupieje...

 

Pani d'Estrades: - (w rozmarzeniu) I zaraz potem będzie musiała pakować manatki, bo król ją odprawi!

 

Książę d'Argenson: - Oby! Ale jeszcze zaczekajmy. Było kilka prób wysadzenia jej z siodła, ale markiza jakoś wszystkie przetrwała.

 

Kawaler Dubois: - (z  uśmiechem) Z siodła! Wasza książęca mość raczył użyć nader pikantnego określenia...

 

Pani d'Estrades: - (zniesmaczona) Ależ, kawalerze... (rozkłada  wachlarz, chłodzi się nim przez chwilę)  Teraz mamy rywalkę, godną markizy...

 

Kawaler Dubois: - To ważne dla nas wszystkich.

 

Książę d'Argenson: - (potakując) Przede wszystkim dla państwa! Dla kraju, który...

 

Książę milknie, bo ktoś bierze za klamkę; wszyscy troje zamierają w bezruchu. Drzwi się otwierają, do gabinetu swobodnym krokiem wchodzi elegancko ubrany Wolter.

 

Wolter: - Moje uszanowanie... (zamyka drzwi, zdejmuje kapelusz, kolejno kłania się obecnym) Pani... Mości książę... Kawalerze... (z niepokojem spogląda na milczącą trójkę) Czy coś się stało?

 

Książę d'Argenson: - (wzdryga się) Jeszcze nie... To znaczy, nie tutaj...

 

Kawaler Dubois: - Oby się stało!

 

Pani d'Estrades: - Spodziewaliśmy się raczej pewnej damy... Czekamy tu na nią.

 

Książę d'Argenson: - (odchrząkuje) Mamy pewne nadzieje, ale jeszcze nie wiemy... (podchodzi do stołu, sięga po kielich, drugi wskazuje Wolterowi)

 

Wolter: - Nic nie rozumiem! Jesteś dziś, mości książę, bardzo zagadkowy... (niedbałym ruchem rzuca swój kapelusz na najbliżej stojący fotel, a potem podchodzi do księcia i bierze swój kielich) Zaszedłem tu przypadkiem... Wracam od markizy.

 

Kawaler Dubois: - Od markizy? (zaskoczony, z wrażenia siada obok pani d'Estrades) Jak się miewa?

 

Wolter: - Nie najlepiej, głowa ją boli... Migrena. Musiałem ją odwiedzić, bo obiecałem, że przeczytam mój najnowszy wiersz, jej dedykowany. (z uśmiechem) Bardzo wszystkich przepraszam, że nie jestem damą.

 

Książę d'Argenson: - Nie mamy panu  tego za złe. Tym bardziej, że jest już z nami dama i to wyjątkowa - pani d'Estrades... (szarmanckim gestem wskazuje panią  d'Estrades)

 

Pani d'Estrades: - (skromnie spuszczając oczy) Jesteś dla mnie zbyt łaskaw, książę... Hrabina Charlotta... To znaczy ta, na którą tu czekamy... Ona jest bardziej wyjątkowa...

 

Wolter: - (z udanym oburzeniem) Bardziej? Pani, pozwól sobie powiedzieć, że to niemożliwe!

 

Książę d'Argenson: - Wspominał pan o wierszu. Lubię poezję...

 

Wolter: - Nie mam pewności, czy można to nazwać poezją. To raczej wierszyk okolicznościowy, którego celem było poprawienie markizie humoru... (recytuje z pamięci) Pani, ty swoją osobą jednoczysz sztuki, gusta i talenty ery: Pompadour, jesteś ozdobą Dworu, Parnasu i Cytery. Radości wszystkich, skarbie jednego, niech los nam zawsze strzeże cię od złego!

 

Książę d'Argenson: - Brawo! (klaszczą wszyscy poza Wolterem) Całkiem kształtna strofa... (z uśmiechem) I końcowe życzenie jak najbardziej na czasie. Tym bardziej, że wśród dworaków krążą też całkiem inne wierszyki...

 

Kawaler Dubois: - Jak choćby ten! (półgłosem, ale z gestykulacją) Córka pijawki i pijawka sama, Pompadour, arogancka dama! Bez cienia wstydu po Wersalu hula, za mienie ludu i na hańbę króla.... (śmieje się głośno)

 

Wolter: - (zaskoczony) Wybacz waćpan, ale... Do tej pory słyszałem takie paszkwile tylko od pokojówek albo paziów, nigdy od osób z towarzystwa... Czyżby coś się zmieniło?

 

Pani d'Estrades: - Być może...

 

Wolter: - Cóż... Jako filozof, zdaję sobie sprawę z nietrwałości spraw świata tego. Ale nie lubię zmieniać przyjaciół.

 

Książę d'Argenson: - To cecha godna szacunku. Bardzo jej panu zazdrościmy.

 

Wolter: - Markizę znam od lat. Ile poematów o niej napisałem, trudno zliczyć... Zresztą, nie ja jeden. (do pani d'Estrades) Pamięta pani ten wierszyk, ułożony przez któregoś dworskiego poetę? Markiza wyzdrowiała tego samego dnia, kiedy zdarzyło się krótkotrwale zaćmienie słońca... (recytuje) Dobry Pan Bóg, co ma w pieczy każdy ziemski stwór, oddał nam słonko zza chmur. I Pompadour!

 

Pani d'Estrades: - (cierpko) Nie pamiętam. Jest zbyt kiepski, żeby warto go było pamiętać.

 

Wolter: - Swego czasu wszyscy się nim na dworze zachwycali. (po chwili, do księcia) Hrabina Charlotta? Nie widziałem nikogo takiego na dworze! (półgłosem) Kim ona jest? Umieram z ciekawości!

 

Książę d'Argenson: - A ja z pragnienia. Wypijmy! (obaj wznoszą w gorę kielichy, piją) Ciekawość bywa niebezpieczna.

 

Wolter: - Będę milczał jak grób!

 

Książę d'Argenson: - Wierzę. Jest pan przyjacielem markizy, ale nie dba pan o profity i nie uczestniczy w politycznych rozgrywkach...  (nie odstawiając kielicha odchodzi na stronę, gestem zapraszając Woltera, by stanął obok niego. Wolter podchodzi, także z kielichem w dłoni) Dlatego możemy mówić otwarcie. (znacząco) Jak wszyscy wiemy, nasz król ma swoje potrzeby...

 

Wolter: - O, tak! Temperament króla rośnie wraz z wiekiem. To zadziwiające...

 

Książę d'Argenson: - I z pewnością godne pozazdroszczenia. Wielka szkoda, że jego królewska małżonka od dawna nie nadąża za owymi potrzebami...

 

Wolter: - Tak... Królowa po urodzeniu dziesiątego dziecka do cna straciła ochotę na amory. Nie przestała kochać męża, ale zdrowie już nie to... (zbliża kielich do nosa, wącha) To wino ma przepyszny bukiet! (pije) Więc nasz jurny Ludwiczek musi szukać pocieszenia gdzie indziej.

 

Pani d'Estrades: - (wachlując się intensywniej) Biedna królowa!

 

Książę d'Argenson: - I stąd się biorą jego kolejne, oficjalne kochanki, faworyty.

 

Wolter: - Obecnie mamy erę markizy Pompadour... Najjaśniejsza pani już dawno się z tym pogodziła.

 

Kawaler Dubais: - Nie miała innego wyjścia. Sam słyszałem, jak kiedyś powiedziała o markizie: - Skoro ktoś taki musi istnieć, może to być równie dobrze ta, jak inna...

 

Pani d'Estrades: - (wachlując się intensywniej) Biedna królowa!

 

Wolter: - Można było trafić gorzej. Markiza jest nie tylko piękna, ale i mądra. Rzadkie połączenie...

 

Książę d'Argenson: - (potakuje) Ma otwarty umysł, interesuje się problemami państwowymi, ale nie wtrąca się w sprawy, na których się nie zna. Ministrowie już się do niej przyzwyczaili. Wobec królowej zachowuje się z szacunkiem i uniżonością... (spogląda na drzwi) A król ma dzięki niej trochę intymności, odpoczywa od dworskiej etykiety, może być sobą.

 

Wolter: - Osobliwe! Król, żeby być sobą, musi zdradzać żonę. Kochanka przysparza mu człowieczeństwa!

 

Książę d'Argenson: - Jest jednak sporo kobiet, które mogłyby zastąpić panią Pompadour w tej roli. (mruga porozumiewawczo) Zadanie mamy ułatwione, bo z powodu podupadającego zdrowia markiza nie może tak często zabawiać króla, jak on by tego chciał...

 

Wolter: - Rzeczywiście, król ostatnio rzadko z nią sypia. Bardzo to ją martwi. Ale udało się jej zostać przyjaciółką króla, skoro już nie mogła być jego kochanką...

 

Książę d'Argenson: - O tak, bardzo się starała! Szukała dla króla rozrywek, nawet zorganizowała w swoich apartamentach prywatny teatrzyk... (śmieje się) Razem z zaprzyjaźnionymi damami występuje na scenie, śpiewa, deklamuje! Na widowni tylko król i kilku jego najbliższych przyjaciół. Nasi arystokraci walczą o zaproszenia na te występy, jak lwy! Każdy chciałby usiąść choćby na dostawionym krzesełku...

 

Wolter: - Ciekawa sytuacja - i królowa, i faworyta  mają dość miłosnych zapałów króla, a równocześnie boją się, że zostaną zdradzone. Nie chcą jeszcze jednej rywalki.

 

Książę d'Argenson: - Na szczęście nasz monarcha zdaje sobie sprawę z dwuznaczności swej sytuacji. Dlatego okazuje obu paniom swego serca wszelkie przejawy szacunku... Daje im prezenty, chociaż królowa otrzymuje je rzadziej.

 

Kawaler Dubois: - Niedawno dał królowej na urodziny kosztowną tabakierę, wysadzaną szlachetnymi kamieniami. Tabakiera była przeznaczona dla matki pani Pompadour, ale skoro matka markizy właśnie zmarła, to król... (z ironicznym uśmiechem) Cały dwór śmiał się z tego po kątach, tylko naiwna królowa cieszyła się z prezentu jak dziecko!

 

Pani d'Estrades: - Bo mąż od lat nie dawał jej takich podarków. (wachlując się intensywniej) Biedna królowa!

 

Wolter: - Przypuśćmy, książę, że ta wasza Charlotta zdobędzie serce króla. Co dalej?

 

Książę d'Argenson: - Markiza natychmiast opuści dwór. Jednych ministrów się tylko wyrzuci, paru innych trzeba będzie zamknąć w Bastylii.

 

Wolter: - Zamknąć? Za co?

 

Książę d'Argenson: - (z uśmiechem) Ależ mój drogi! Nie ma ludzi, sprawujących władzę, których nie byłoby za co zamknąć!

 

Wolter: - Pod warunkiem że tę władzę stracą.

 

Książę d'Argenson: - Otóż to! Wtedy zajmą się nimi sądy. Niechże się wreszcie prawo na coś przyda! (po chwili) Trzeba uzdrowić państwo. Źle się dzieje, kiedy kobieta, która ma zaszczyt zaspokajać lwią część królewskich popędów, nie ogranicza się do miłosnych igraszek, ale sięga po udział we władzy. Markiza jest za...

 

Wolter: - Za mądra?

 

Książę d'Argenson: - Można to tak ująć. Dlatego musi odejść.

 

Wolter: - Nie obawiasz się, książę, że hrabina Charlotta będzie ją naśladować? Że będzie wykorzystywała swoją pozycję w polityce?

 

Książę d'Argenson: - (ze śmiechem) Ona? Rozmawiałem z nią przez pół godziny i to mi wystarczyło, żeby wyrobić sobie opinię. Jest na tyle piękna, by zainteresować króla, a zarazem na tyle pusta, żeby nie wywierać politycznego wpływu. Jest idealna! Będzie się zajmowała głupiutkimi, dworskimi intrygami i załatwianiem beneficjów dla członków swojej rodziny.

 

Wolter: - Pozostaje mi pogratulować kandydatki!

 

Książę d'Argenson: - (zniża głos, wskazując wachlującą się damę) To zasługa pani d'Estrades. Jej zadaniem było wyszukanie odpowiedniej kobiety -  arystokratki z prowincji. A potem sprowadzenie jej na dwór. I oto jest - hrabina Charlotta de Choiseul. Z Langwedocji. Umówiliśmy Charlottę z królem, jest teraz w jego apartamentach.

 

Wolter: - Król lubi wszystko, co nowe... (półgłosem, dyskretnie wskazując na kawalera) Ten młodzieniec też jest we wszystko wtajemniczony?

 

Książę d'Argenson: - Oczywiście. To zdolny, młody człowiek, mój sekretarz i powiernik. Jest uparty, zawsze dotrze tam, gdzie trzeba. (żartobliwie) Kiedy się go wyrzuca drzwiami, wraca oknem...

 

Wolter: - To cenna umiejętność, zwłaszcza tu, w królewskim pałacu...

 

Książę d'Argenson: - (szeptem, pochylając się do ucha Woltera) Poza tym, pani d'Estrades jest moją kochanką. (odchrząkuje)Wziąłem ją po to, żeby mieć nad nią większa kontrolę...

 

Wolter: - Przyjemne z pożytecznym?

 

Książę d'Argenson: - Tak jest najlepiej. Na dwór dostała się trzy lata temu dzięki markizie, jako jej przyjaciółka.

 

Wolter: - Nie ma jak przyjaźń...

 

Książę d'Argenson: - Wypijmy za to. Za prawdziwą przyjaźń.

 

Obaj piją do dna, a potem odstawiają kielichy na stół.

 

Wolter: - (po chwili, rozbawiony) Jak pomyślę... Pańska ozdrowieńcza strategia zostanie zrealizowana tylko wtedy, jeżeli ta mała dobrze się sprawi w królewskim łożu. Wówczas zostanie wielką damą, jedną z najważniejszych person w państwie. (odchrząkuje) Świat schodzi na psy. Rana nakłada się na ranę, a każde nowe wydarzenie wydaje się gorsze od poprzedniego...

 

Kawaler Dubois: - Chyba nie jest aż tak źle? Ja myślę, że istnieje jakaś opatrzność, która czuwa nad światem.

 

Wolter: - Porządek, harmonia, opatrzność... Do mnie to nie przemawia. Mnie interesuje fatalizm ludzkiej egzystencji - to, co człowieka boli i nie daje mu spokoju. Wszystko inne jest mało istotne.

 

Pani d'Estrades: - Chyba pan przesadza. Modlitwa przynosi ukojenie.

 

Wolter: - Proszę mi wybaczyć szczerość, ale... Ja jestem, jak mówią, bezbożnikiem. A wy?  Grzeszycie, a potem się spowiadacie, ot i cała wasza religia. Wiem, miło jest wierzyć, że istnieje miłosierny Bóg-Ojciec, który się o nas troszczy... Że jest kilka prostych zasad, spisanych w pewnej mądrej książce... Wątpienie, stawianie sobie pytań, wymaga odwagi.

 

Książę d'Argenson: - (śmieje się bezgłośnie) Widzę, że i tym razem wykład nas nie ominął... (dobrodusznie klepiąc Woltera po ramieniu) Ciągle waćpan narzekasz na nasze czasy. Może powinieneś zostać pustelnikiem i spędzać całe dnie na medytacjach?

 

Wolter: - Chciałbym być jak ów starożytny mędrzec, który mieszkał w małym mieście i nie wyjeżdżał z niego, żeby nie stało się  jeszcze mniejsze. (rozkłada ręce) Ale nie potrafię. Ciągnie mnie blichtr tego świata, splendor władzy, blask królewskiego majestatu... (po chwili) Zasiedziałem się trochę... Jestem zmuszony cię pożegnać, książę.

 

Książę d'Argenson: - Nie zaczeka pan z nami na rozwiązanie zagadki?

 

Wolter: - Nie. Markiza to moja przyjaciółka. Byłem po jej stronie wtedy, kiedy była u szczytu  powodzenia, więc nie opuszczę jej w chwili próby.

 

Książę d'Argenson: - Spodziewałem się takiego stanowiska z pańskiej strony i szanuję je.

 

Wolter: - Dziękuję. (sięga po swój kapelusz. wolnym krokiem rusza w kierunku wyjścia)   Pozwólcie państwo, że was pożegnam... Pani... Mości książę... Kawalerze... (kłania się wszystkim po kolei,  a potem rusza w kierunku wyjścia)

 

Drzwi otwierają się niespodziewanie i do gabinetu wchodzi młoda kobieta, olśniewająca i urodą, i strojem. Włosy ma zmierzwione, odzież w nieładzie. Wolter zatrzymuje się, pozostali rzucają się ku przybyłej.

 

Kawaler Dubois: - (do księcia, wskazując na hrabinę) Jest potargana, odzież w nieładzie... Wygraliśmy!

 

Hrabina de Choiseul: - (uradowana i podekscytowana) Król mnie kocha! Był taki majestatyczny, taki... męski! (popycha drzwi, które zamykają się z hukiem) Dał mi złoty pierścionek! (macha dłonią, pokazując pierścionek) Markiza zostanie odprawiona, król mi to obiecał!

 

Pani d'Estrades: - (rzuca się hrabinie na szyję, tuli ją, całuje) Kochana Charlotto, jesteś wreszcie! Cieszę się razem z tobą!

 

Wolter: - (do Księcia, półgłosem) To już nie mogliście podstawić królowi lepszej kandydatki? Wygląda na taką, która jest gotowa się sprzedać za kawałek placka.

 

Książę d'Argenson: - (szeptem, porozumiewawczo uśmiechając się do  Woltera) Bo tak jest w istocie. (uśmiecha się szeroko, a potem wita się czule z hrabiną) Moje gratulacje, droga hrabino! To dopiero początek! Wspólnie spełnimy nasze wielkie plany... (po ojcowsku całuje Charlottę w czoło)

 

Kawaler Dubois: - Niech i ja mam zaszczyt pani pogratulować... (podchodzi do hrabiny i szarmancko całuje jej dłoń) Co za triumf!

 

Wolter powoli zbliża się do hrabiny i coraz uważniej jej się przygląda.

 

Wolter: - Zaraz, zaraz... Ja chyba tę damulkę gdzieś widziałem... (wolnym krokiem chodzi wokół hrabiny, nie spuszczając wzroku z jej twarzy) I chyba już nawet wiem, gdzie! Tak! To prostytutka. (zapada cisza. Książe, pani d'Estrades i kawaler zastygają w bezruchu) Na mieście nazywają ją Lulu, Mała Lulu. Ma nienaganne, arystokratyczne maniery. Dlatego, że była kiedyś guwernantką dzieci księcia Kondeusza... (zatrzymuje się, gładzi hrabinę po policzku) Pamiętasz mnie, ślicznotko?

 

Hrabina de Choiseul: - Pewnie, że pamiętam... Też nie miał się kiedy przypętać, łachmyta jeden! Tak mi dobrze szło!

 

Książe, dama i kawaler gwałtownie odsuwają się od hrabiny.

 

Wolter: - (do księcia, żartobliwym tonem) Z tymi jej manierami to może trochę przesadziłem. Zachowuje się wytwornie tylko wtedy, kiedy jest w humorze...

 

Książę d'Argenson: - (oszołomiony i zdenerwowany) Co takiego? Wysłaliśmy do króla zwykłą ulicznicę?  (do pani d'Estrades) Pani, odpowiesz mi za to! Zaufałem ci, a kogo przyprowadziłaś? To prowokacja!

 

Pani d'Estrades: - (wstrząśnięta) Ależ książę, ja nie wiedziałam! Myślałam, że... Co teraz z nami będzie! (podbiega do hrabiny, chwyta ją za włosy i na oślep okłada pięściami. hrabina nie pozostaje dłużna, obie przewracają się na podłogę) Ty oszustko! Ty przeklęta wywłoko, jak ci pokażę! Ja ci zaraz wybiję z głowy hrabinę, zobaczysz! Ja ci dam Landgwedocję...

 

Damy szamocą się wściekle przez dłuższą chwilę, aż, na znak księcia, Wolter i kawaler rozdzielają je i stawiają na nogi. Obie panie poprawiają suknie i fryzury.

 

Hrabina de Choiseul: - A w czym to niby jestem od was gorsza? (do księcia, wskazując panią d'Estrades) Ten babsztyl mi naopowiadał, jak to trzeba zabawić króla, więc się podjęłam. Zrobiłam dokładnie to, co ona mi kazała! A że wzięła mnie za hrabinę, to i nie dziwota. Brakuje mi czego, czy jak? Swój fach znam... (uśmiecha się lubieżnie) Nie powiem, było miło... Lepszy król, niż jakiś pijany żołdak, bez grosza przy duszy... Jak opowiem dziewczynom, że byłam z królem, to pękną z zazdrości!

 

Pani d'Estrades: - Jak cię walnę, szmato jedna, to sama pękniesz! I od razu wylądujesz w tym swoim burdelu! (próbuje rzucić się na hrabinę, ale kawaler Dubois zastępuje jej drogę)

 

Hrabina de Choiseul: - I kto to mówi? Najbardziej nikczemna i rozwiązła baba, jaką w życiu spotkałam! (do księcia) Ta wasza Pompadour, to też zwykła mieszczka  -  w królewskiej sypialni załatwiła sobie tytuł markizy! Niby dlaczego ja nie mogę?

 

Książę d'Argenson: - (do hrabiny, ostro) Milcz, nikczemna! (podchodzi do Woltera i serdecznie ściska jego dłoń) Jestem waćpanu niezmiernie zobowiązany. Co by to było, gdybyśmy oficjalnie przedstawili tę ladacznicę na dworze, tytułując ją hrabiną! Taki skandal my mnie zniszczył! (wzdryga się) Ocalił mnie pan przed kompromitacją. Jak to dobrze, że pan ją zdemaskował!

 

Wolter: - (żartobliwie) To dzięki temu, że czasem odwiedzam paryskie burdele... Gdybym wiedział, książę, że będzie to miało tak zbawienne skutki, odwiedzałbym je jeszcze częściej.

 

Książę d'Argenson: - Raz jeszcze dziękuję. I obiecuję, że nie będzie pan długo czekał na dowody mojej wdzięczności. (odwraca się do kawalera) Zabierz pan stąd tę dziwkę i wywieź za miasto. A na odchodnym możesz jej pan wpakować kulę w łeb, albo powiesić!

 

Wolter: - (pojednawczo) To może lepiej ja się zajmę tą panią? Nie cierpię przemocy! (do księcia, uspokajającym tonem) Zabiorę ją stąd. Mogę cię zapewnić, książę, że więcej o niej nie usłyszysz.

 

Książę d'Argenson: - Ręczysz pan, że ona nigdy więcej nie pojawi się na dworze? (Wolter potakuje) Doskonale... (podchodzi do biurka, wyciąga z szuflady pękatą sakiewkę) To dla pana, na potrzebne wydatki... (wręcza sakiewkę Wolterowi) Jeżeli król będzie o nią pytał, to powiemy, że musiała wyjechać na prowincję, do ...Langwedocji. Na pogrzeb ojca. A gdyby kiedyś pytał znowu, powiemy że zmarła na zarazę.

 

Wolter: - Przednia myśl! Ja tymczasem zabawię się z nią trochę, a potem wsadzę na okręt. (klepie hrabinę w tyłek, aż ta podskakuje) Odpłynie do Nowego Orleanu. Mam tam kuzyna, on jej załatwi jakieś lokum.

 

Pani d'Estrades: - Niech załatwi jej miejsce w tamtejszym burdelu.

 

Hrabina de Choiseul: - Czemu nie? Takiej jak ty nawet tam by nie przyjęli! (do wszystkich) A pierścionka nie oddam!

 

Książę d'Argenson: -  Niech pan już idzie. Zwłoka może być niebezpieczna. Król może ją wezwać i wtedy...

 

Wolter: - Oczywiście, książę! (Wolter ciągnie hrabinę za rękę, kierując się ku drzwiom) Dam panu znać, kiedy wszystko będzie załatwione. Żegnam! (kłania się wszystkim po kolei) Pani... Mości książę... Kawalerze...

 

Oboje wychodzą, Kawaler Dubois zamyka za nimi drzwi. Na dłuższą chwilę zapada cisza.

 

Książę d'Argenson: - (do Pani d'Estrades, szorstko) Pani, daję ci ostatnią sposobność zmazać swoje przewiny i znaleźć naszemu władcy inną damę do towarzystwa. Może tym razem nie z burdelu... Trzeba  zabawić czymś króla, żeby jak najszybciej zapomniał o tej aferze...

Pani d'Estrades: - Zajmę się tym! Nie zawiodę! A na razie pójdę do siebie. (chwyta się za głowę) Muszę się pozbierać po tym wszystkim... Migrena... (wychodzi)

 

Książę d'Argenson: -  Pan niech natychmiast pójdzie do markizy de Pompadour i w moim imieniu zapytaj ją o zdrowie. Staraj się pan zrobić na niej przychylne wrażenie Prześlij jej też ode mnie bukiet kwiatów.

 

Kawaler Dubois: - Oczywiście, mości książę! Już idę! Twoje decyzje jak zwykle trafiają w sedno! (kłania się księciu i wychodzi spiesznym krokiem)

 

Książę oddycha głęboko, podchodzi do biurka i wyciąga z szuflady fajkę. Bez pośpiechu nabija fajkę, przypala. Potem podchodzi do fotela i rozsiada się na nim wygodnie.

 

Książę d'Argenson: - (sam do siebie, w zadumie) Tak... Ta bitwa została przegrana. Ale będą następne...

 

Cicho gwiżdże menueta, co jakiś czas pociągając dym z fajki. Gabinet stopniowo pogrąża się w ciemnościach, słychać tylko pogwizdywanie...

 

 

KURTYNA

Pin It