ANDRZEJ TCHÓRZEWSKI

 

IMPROWIZACJA OSZMIAŃSKA

(FARSA W DWÓCH AKTACH )


Filip Wrocławski
Filip Wrocławski
AKT I: dzieje się we wrześniu 1918 roku podczas próby „Wyzwolenia” w ludowej świetlicy, gdzieś na środkowej Litwie; grupa zawodowych aktorów przygotowująca spektakl czeka na przybycie reżysera.
Osoby aktu I /w kolejności pokazywania się na scenie/:

 

 

 

 

1. Pianista
2. Aktor I
3. Aktor II

4. Reżyser
5. Aktor III
6. Dziedzic
7. Szofer Dziedzica- Litwin

/Aktorzy- stosownie do potrzeb- grają również: Zlękników, Bolszewików, Jeńców, Sejm, Córkę Szofera, Modernę, Cara i Cysorza/.

AKT II: oczywiście w Paryżu. Szpital psychiatryczny i Salon Dziedzica.



Osoby aktu II:

1. Dziedzic- czut’ czut’ ten sam co z Aktu I, ale mniej pewny siebie
2. Była cesarzowa Meksyku- od 30 lat u czubków
3. Francuski poeta „kubistyczny”
4. Polski poeta „kubistyczny”
5. Polski poeta z ducha narodowego i na mleku „mąk” wyrosły
6. Dramaturg, który chce być litewskim ambasadorem
7. Reżyser II /z aspiracjami politycznymi, ale powierzchownością
przypomina Reżysera I/


Sztuka musi być grana „na luzie”, ale tak, aby widz odniósł wrażenie, że poza sceną, gdzie przeważają błazenady i duperele, dzieją się sprawy ważne, zębiaste, epokowe.



AKT I

/Scena a raczej podium w świetlicy wiejskiej. Po prawej napis: „Towarzystwo Teatrów Ludowych”. Po lewej, nad fortepianem czytamy: „Żołnierzom niezłomnym w Beniaminowie, Rastattcie i Szczypiornie”. Od prawej wchodzi PIANISTA/.


PIANISTA:

No, tak. Jak zawsze. Że oni do ciężkiej cholery nigdy nie nauczą się punktualności. Na wszystko z półgodzinnym opóźnieniem. A tak, panie dzieju: brygadier niezłomny, wola, wspólnota, Król- Duch.

/do publiczności/
Jestem wolny człowiek. Ja tu nie muszę przychodzić. I zawsze się przywlokę pierwszy.

/monologująco/
A wystarczy po Reżyserze. Nic tu nie mam do roboty. Żeby ciemny motłoch wieszcza lepiej pojął, żeby się nim zaraził. Do trzewi, do bebechów, do płucek. I na sztyki poszedł.

/wykrzykuje/
Wielka sprawa. Myśl nieokrzepła. „Akropolis”, „Sędziowie”, „Skałka” i... Kaukko Jahmaleinem, mój Sankt- petersburski przyjaciel.

/wyjmuje zza surduta manierkę/
Drogi przyjacielu, twoje zdrowie. Macie szczęście: Księstwo, całkowita autonomia, język, szkoły ludowe, socjaldemokracja. A my- naród obrieczionyj. Zresztą może i dobrze, że wcześniej, lepiej się będzie grało.

/wypija łyk/
Co właściwie robię w tej sztuce? A-kom-pa-niu-ję. Sam! Bez kompanów. I całe zło stąd. Jak w dowcipie o Piłsudskim: Da, da, gaspodin Piłsudskij, wy prawy, wsio zło ot Gutienberga. Sowierszenno.


/ Siada przy fortepianie. Kilka taktów „Warszawianki” dla wprawy. Gra cały utwór.
Gra i podśpiewuje. Gra świetnie, lecz śpiewa fatalnie. W śpiewie fałszuje/.

O Francuzi, czyż bez ceny
rany nasze dla was są
spod Marengo, Wagram, Jeny,
Drezna, Lipska, Waterloo
/opuszcza parę słów, bo nie pamięta/

Bracia myśmy krew przelali
a wy dla nas nic prócz łzy.

/ „Na” ostatnich słowach po cichu wchodzi Aktor I/

AKTOR I:

Fuł konspirejszyn. Zamkną nas wszystkich za te patriotyczne śpiewy. I premiery nie będzie. Mówiliśmy na ostatniej próbie! Nie? Leciutki motyw, aluzja, trawestacja. A ty- na całość, bez osłonek.

PIANISTA / spokojnie/:

Boisz się?

AKTOR II /wbiegając/:

Tak, panocku, boim się. My som Zlękniki.

AKTOR I /podchwytując ten żartobliwy ton/:

My som biezeńcy od huku armatniego. I chleba trocinnego.

AKTOR II:

Ergo, Zlękniki.

OBAJ AKTORZY:

Opuściliśmy sioła,
osady, przysiółki,
wsie i sadyby
bo gdyby nastała
Polska...

PIANISTA:

Przestańcie się wygłupiać, do licha!

REŻYSER /wchodząc/:

A właśnie, że nie. A właśnie, że nie. Pan, panie Kula nie jesteś Artysta.

PIANISTA /wstaje i wyciąga rękę/:

Kula, do usług.

REŻYSER:

I nigdy pan nim nie zostaniesz. „Artysta” to za duże słowo na pana. Brzdąkacz, ot co.



PIANISTA /postępując kilka kroków naprzód/:

Brzdąkacz? Ty, ty... idioto zasmrodzony.


REŻYSER /wzruszając ramionami/:

A niezasmrodzony idiota ma być lepszy?

PIANISTA /groźnie/:

Panie, myślisz Pan, że jak Pan z Warszawy to... ludziom można ubliżać.

/płaczliwie/
Ludziom ubliżać,

/histerycznie/

ludziom, Panie! Na prowincji też są ludzie.

/wymachując Reżyserowi pod nosem/
I sztuka kwitnie!... U nas, to nawet Moniuszko się urodził... w naszym powiecie.

AKTOR I:

Ba! Zawsze ktoś się gdzieś musi urodzić.

REŻYSER/ do PIANISTY/:

Pańska w tym zasługa? Moniuszko to talent, może geniusz. Musiał się narodzić. I stanowi dziś własność całego narodu. I Wielkopolan i Wilniuków.

AKTOR I /do PIANISTY/:

Pan narodowi tego Moniuszkę zmachał, co? Nie ma się czym chwalić, u nas w Powiecie kulturalni ludzie, sam Moniuszko tu na świat przyszedł. I co z tego? Słyszałeś Pan, co Reżyser powiedział? A od siebie dodam- trzeba samemu lepiej grać. Na poziomie. I uważnie, żeby mi na przykład nie wchodzić w kwestię w drugim akcie jak o ogniu mówię. Tu słowo musi zabrzmieć a nie jakiś partacz.

AKTOR II /z przekąsem/:

To powinien mówić Artysta.

REŻYSER:

Artysta! Artysta! Modernistyczna maniera. Aktor- narzędzie sztuki odtwarzającej. Jak u Craige’a. Bez młodopolszczyzny. Panowie! Teatr dzisiejszy to teatr reżysera.



AKTOR I:

Bileterki.


AKTOR II:

Szatniarki.

AKTOR III /wpadając jak huragan/:

I... !

REŻYSER:

O, nareszcie w komplecie. Możemy grać. Proszę, zaczynamy. Muzyka! Nie, nie! Tyle razy mówiłem Panu, panie Kula, że ta za bardzo przypomina „Borje, carja chrani”.

PIANISTA:

To fińska melodia.

REŻYSER:

Fińska nie fińska, ale się publiczności nie spodoba.

AKTOR I /głupkowato/:

Finom może car do gustu przypadł i strawestowali.

AKTOR II:

Pewnie, chłopski naród to im się wydaje.

PIANISTA /oburzony/:

A my, co? Nie, chłopski?

AKTOR I:

Może Pan.

AKTOR II:

Jeśli chodzi o mnie...

REŻYSER:

Dość tych pogaduszek o Finach i pochodzeniu społecznym. Bierzemy się do roboty.
/klaszcze/

AKTOR I /wcielając się w Konrada z „Wyzwolenia”/:

Idę z daleka...

/ Reżyser macha ręką, ale ten gest nie jest odebrany przez Aktora I/


Nie wiem, z raju czyli z piekła.
Błyskawic gradem.
Drży ziemia, z której pochodzę
We krwi. Brodzę,
Nazywam się Konradem.


REŻYSER /aż skacząc/:

No, nie Panowie. Słowo daję, już nie mogę. Co wczoraj ustaliliśmy?

PIANISTA:

Że o spektaklach decyduje Pan.

AKTOR I:

Że my obaj jesteśmy śmierdzące beztalencia.

AKTOR II:

Że powinniśmy w szopce występować, a nie grać Wyspiańskiego.

PIANISTA:

Że...

REŻYSER /do PIANISTY/:

Przede wszystkim, że Pan jako Prologus wypowiada całą kwestię przewidzianą dla Dekoracji. Proszę się nie uśmiechać ironicznie. Ja, za wszystko odpowiadam. Ja rozumiem Craige’a, Tairowa, Rejhardta i... Wyspiańskiego.

AKTOR I /przerażony/:

I Wyspiańskiego?

PIANISTA:

Dekoracja ma gadać?

REŻYSER:

No właśnie.

AKTOR II:

A przecież dekoracji właściwie nie ma.

REŻYSER:

I słusznie. Bo po pierwsze: brak scenografa. Po drugie: warunki polowe. Musimy się liczyć z tym, że po świetlicach, po obozach jenieckich przyjdzie występować. I po trzecie a najważniejsze: moja propozycja stanowi właściwie odczytanie Wyspiańskiego. Wyspiański to człowiek Logosu, Święty Jan naszej dramaturgii. W romboidalnej perspektywie jego intersubiektywna funkcja supraparcjalnej scenografii luminescencyjnej da się sprowadzić do ludycznej podmiotowości skategoryzowanych struktur klajmeksowych, gdzie odtwórca przestaje być podmiotem gry a niknie w Id przyjętym od rozwarstwionego ego.

/WSZYSCY BARANIEJĄ Z OSŁUPIENIA. W tym momencie niepostrzeżenie wchodzi Dziedzic/

WSZYSCY:

Prosimy, prosimy.

DZIEDZIC / „na stronie”/:

„Docent Freud ponoć z Galicji jest rodak”.

REŻYSER:

Wyspiański, jak zapewne wiecie, był również scenografem.

DZIEDZIC:

Po co przypominać, jak wiedzą?

REŻYSER /zauważając Dziedzica/:

A? Witam, witam brata Karmazyna.
Już tyle czasów, kopę lat?
Cóż tam? Są aktorzy?
Jedziemy po...

DZIEDZIC:

Cyt!

AKTOR I:

Fuł konspirejszyn.


REŻYSER:

Dobrze, już. Skończmy z jednym. Był scenografem. I mógł scenografię zaprojektować. Ale nie chciał.

AKTOR II:

Mógł, ale nie chciał.

REŻYSER:

Słusznie.... Bo wolał teatr bez scenografii. Starczył mu opis. Nagi teatr. Teatr słowa.

AKTOR III:

Jest więc coś, czego nie ma.

REŻYSER:

Słusznie. I dialektycznie.



/do PIANISTY/
Dlatego Pan musi wystąpić w Prologu.

PIANISTA:

Z całą kwestią dekoracji?

/po chwili/
Wielka scena otworem,
przestrzeń wokół ogromna,
jeszcze gazu i ramp nie świecono...

REŻYSER:

No nie, panie Kula. Zupełnie do kitu. Trzeba pamiętać: jest dekoracja, której właściwie nie ma. Pan to musi wyrazić słowami. Proszę zapamiętać. Jest i nie ma. Dialektycznie.

DZIEDZIC /oburzony/:

Panie!.... Tylko bez bolszewizmu. Teatr popieram. Sprawę narodową też.

AKTOR I /cicho, złośliwie/:

I oświaty kaganiec

/wymachując Aktorowi II przed nosem/
Panie, znamy takich. Pan jest degenerat. Z narodowych ambicji się naigrywasz.


REŻYSER: /pojednawczo/:

Chodzi mi tylko o odświeżanie języka.


DZIEDZIC:

Co? Znów pijaństwo. A ja na was darmozjadów...

REŻYSER:

O odświeżanie języka, formy. Ekspresji. Treści mogą być dawne. No, wszystko w porząsiu. Treści dawne , niezmienione, ale szata nowa. I wszystko jest o’key. Pan, myśl, praca od podstaw, dziedzictwo wieszczów.

AKTOR II:

Na okrągło trajlować nie można. Ciągle to samo i to samo.

/groźnie/
Pan jest postępowym człowiekiem.

DZIEDZIC /zadumany, jakby do siebie/:

I po co was brałem?

REŻYSER:

To proste. Ostatecznie wywodzą się z tej warstwy społecznej i mogą zrozumieć.

DZIEDZIC:

Z tej samej. Familia znacznie gorsza.

REŻYSER:

Moja? Jak śmiesz. Ty... łobuzie przyssany do wielkiej sprawy.

DZIEDZIC:

Boziewicz w takich przypadkach...

/słychać pisk opon, wchodzi szofer/

SZOFER:

Znowu się wielmożny Pan o drzewo ginekologiczne kłóci.

/do REŻYSERA/
Chciałem powiedzieć coś z czego niewątpliwie będzie Pan ogromnie niezadowolony. Chlebodawca w teatry, w sprawy narodowe inwestuje, a ja muszę pożyczać 200 tysięcy marek do niedzieli.

/ciszej, bardziej poufale/


REŻYSER:

Dureń.

DZIEDZIC:

Serio. Pożyczanie to jego hobby. Przedstawiciel nacji na dorobku. Z początku zawsze się pożycza.

AKTOR I:

Jak to! Pan narodowiec. Rzecznik wieszczów, dubeltowy Król- Duch i trzymasz nie-Polaka.

DZIEDZIC:

Dobrze auto prowadzi. Zazdroszczą mi w okolicy takiego szofera.

REŻYSER:

Zdrajca! Myśl językowi kłamie.

SZOFER /do REŻYSERA/:

... Do niedzieli!

REŻYSER:

A odczepże się Pan z takimi propozycjami! I temat rozmowy powoli zmieniamy.

SZOFER /pogardliwie/:

Pewno, golec zawsze woli mądrego udawać.

/wychodzi/
REŻYSER:

Nie! Ja już dłużej tego nie zniosę. I pracuj człowieku! W dobrej intencji.

/opanowuje się/
Panowie, do roboty!

PIANISTA /nieśmiało/:

Chciałem przypomnieć...

REŻYSER:

A przypominaj pan sobie, byleby prędko.


PIANISTA:

Nie sobie, a wam. Wam wszystkim. Ja tu od brzdąkania tylko, ale za pięćdziesięciu robić nie zamierzam. Prosty człowiek jestem, nie prestidigitator.

AKTOR I:

I słusznie. Miał chór.

/do Dziedzica/
Co z amatorami do chóru?

DZIEDZIC:

Kółko dramatyczne obiecało...

AKTOR III:

I Erynie potrzebne.

PIANISTA:

Nie mogę być pianistą, kompozytorem, kierownikiem muzycznym, trzema Eryniami, chórem, Prologiem i Robotnikiem.

AKTOR II:

Obiecało! Jakbyś pan porobił w teatrze to byś pan wiedział, że życie składa się z niespełnionych obietnic.

REŻYSER:

Silentium! Silentium!

/do Dziedzica/
Kiedy przyjadą?

AKTOR I /w roli Konrada/:

Ledwo powiedział co, a już się stało,
Już dekorację znoszą całą;
Już ustawiają, piętrzą, ładzą,
Aktorzy rzeszą się gromadzą

/słychać stłumione chichoty/

REŻYSER:

Bez głupich śmiechów!

/przerywa, zwraca się do Aktora I/




Nie tak ma być. Całe odwrócenie sytuacji. To przemów do wyobraźni internowanych żołnierzy. Pamiętajcie, premiera jest w obozie.

AKTOR II:

W podrzędnym obozie.

REŻYSER:

Bez niepotrzebnych złośliwości. Obóz to gra, to symbol. Gehenna. A najgorsza bezczynność. I życie w nim zaczyna się z chwilą naszego przyjazdu. Od kultury. Od sztuki. Efekt psychologiczny: żołnierze poczują się potrzebni. I o to właśnie chodzi. Dlatego wybraliśmy tę sztukę.
/do Aktora I/
Inaczej mów: z ekspresją, z uczuciem, ale na zniżonym tonie. Ach te fatalne nawyki Stanisławszczyzny.
/do wszystkich AKTORÓW/
Panowie, wiecie, że jestem zdecydowanym przeciwnikiem pierieżywania i odczuwanija. Proszę mi nie wjeżdżać z bebechami na scenę. Spokojnie i trochę wizyjnie. Nasz narodowy ton, odrębność nasza w tej wizyjności.

/próbuje powiedzieć kawałek kwestii KONRADA/
Teatr narodu, sztuka, polska sztuka!
Chcemy go stroić, chcemy go malować,
Chcemy w teatrze tym Polskę budować!

DZIEDZIC:

Protestuję! Nie można utożsamiać Polski z teatrem.

REŻYSER:

Ja utożsamiam? Wyspiański. Sam się pan zdeklarowałeś jako wielbiciel Wyspiańskiego. Ani słówka nie zmieniłem. Inni reżyserowie tną tekst: Konfucjusza ożenią z Gorkim, Musseta z Czechowem. Ja tam do nich nie należę. Chciałeś, Asan, Wyspiańskiego.

AKTOR II:

Wypada choć i troszkę znać swoich ulubieńców

DZIEDZIC:

Panie. Komedianty też muszą mieć rozum. Pan mi niewiedzę zarzucasz, a ja to wszystko finansuję, ja mam pieniądze.

AKTOR II:

I Rusin też.

AKTOR I:

Rusin chyba więcej.



DZIEDZIC:

Litwin.
/do REŻYSERA/
Powiem jeszcze coś: pan nigdy artystą nie zostaniesz. Za dużo tych awangardowych eksperymentów. Za mało „szacunku do naszych nieszczęść, wiary w nasze ideały i już całkowity brak przekonań i intuicji”.

REŻYSER:

Mam w dupie Bergsona i jego groszowych popularyzatorów.

DZIEDZIC:

Zrywamy umowę.

TRZEJ AKTORZY /jednocześnie, z żalem/:

Już?

REŻYSER:

Oczywiście, zrywamy, bo niczego pan nie załatwił. Najprostszej sprawy, najgłupszej sprawy. Z paroma babami trudno się panu dogadać, a o senatorskim krześle się marzy.

/klaszcze/
Światło!

PIANISTA /wcielając się w Muzę/:

„A w czyim ręku pochodnia?”

AKTOR I:

„Polska współczesna!”

PIANISTA:

„Tłumaczysz się jasno”.

REŻYSER:

Dość tej parodii!

PIANISTA:

Bo nie mogę za wszystkich robić.

REŻYSER:

Mieliśmy zacząć od Prologu, który wypowiada Kwestię Dekoracji.


PIANISTA:

Ja tylko gram, jak wolicie brzdąkam.

/bierze kilka akordów/
Moje miejsce przy instrumencie. I nie będę nikogo zastępować. Jako człowiek z ludu mam określone prawa.

DZIEDZIC /ironicznie/:

I żadnych obowiązków.

PIANISTA:

A żebyś pan wiedział, żadnych.

REŻYSER /do PIANISTY, pojednawczo/:

Oczywiście! Wytłumaczę w czym rzecz. Chodźmy!

/wychodzą/
AKTOR I /do DZIEDZICA/:

Fortunacie!

DZIEDZIC:

Ordynat!

AKTOR II:

I jak z tymi matronami będzie, co?

DZIEDZIC:

Obiecały, że jutro.

AKTOR II:

A ładne?

AKTOR I:

Tekst znają? Nie mamy czasu na naukę.

DZIEDZIC:

Ze dwie- trzy, znają. Te na wieszczach karmione. Reszta- nic. Szczerze mówiąc: sztuka w naszym powiecie, a niech sobie poczciwiec Kula mówi co chce, nigdy nie była zbyt popularna. Uprawa lnu. Kury, gęsi- zgoda.


AKTOR I:

To czemu nas do tego grajdoła wepchnął pan?

DZIEDZIC:

Zaprosiłem.

AKTOR III /chodząc/:

„Słowa, słowa, słowa” Zaprosił czy wepchnął, jakie to ma znaczenie. Ważne: czemu nas?

DZIEDZIC:

Tanio braliście. A ja wbrew pozorom nie jestem zamożny. Tonę w długach.

AKTOR III:

A ja wbrew pozorom nie jestem utalentowany.

AKTOR I:

A reżyser wbrew pozorom nie jest...

AKTOR II:

I żołnierze nas nie oczekują. Znam się trochę na tym. Żołnierze czekają na kobiety. Sam byłem internowany- to wiem. Poklepać po tyłku. W krzaki zaciągnąć, jeśli okazja.

DZIEDZIC:

Toż to damy z towarzystwa!

AKTOR I:

Żołnierze z nudów w salonowca grają.

DZIEDZIC:

W salonowca?

AKTOR II:

Po naszemu: w dupnika.

DZIEDZIC:

Sprawa się wyjaśnia.

AKTOR I /do AKTORA II/:

Zagramy w Cygana?



/AKTOR II niezdecydowany/
To w cysorza?

DZIEDZIC:

Nie znam takich gier.

AKTOR I:

Toż nikt panu nie proponuje.

AKTOR II:

Zgoda w cysorza. Ale ab ovo, od rekruta.

/trzej aktorzy ustawiają się w rząd. Idą naśladując marsz
kolumny wojska/.
Kom- pa- nia! Śpiew!
W Ołomuńcu na ćwicz-placu,
Gdy do wojska Josiek szedł,
Gdy do wojska Josiek szedł.

Wszyscy mu się, kurwa, dziwowali,
Sam się cesorz, kurwa, śmioł. bis

Tę chusteczkę coś mi dała
Na onucki ja żem wziął bis

Żebyś ty se, kurwa nie myślała,
Że ja ciebie w sercu mioł.
/nieoczekiwanie pierzchają, padają na scenę, udają rannych,
jęczą/

Jakeśmy szli do ataku
Wiał przed nami każden wróg.
Dziś mendoli mom kurwa w pierony,
Ale za to nie mom nóg. bis

DZIEDZIC:

Veto! Zabraniam. Antypatriotyczna piosenka. Bezmyślna, pijacka...

AKTOR I:

No i z wyrazujami.

AKTOR III:

A prawda jak jest?... Już widzę, że się nasza śpiewogra o cesorzu nie spodoba. Po introdukcji sądząc. Dalej- jeszcze gorzej.



DZIEDZIC:

Panowie, to jakiś wygłup. Nie pojmuję tej maniery...

AKTOR II /do AKTORA I/:

Proaustriacka orientacja.

AKTOR III:

Kiep z Waści! Na sztuce się nie znasz. A maniera zwyczajna. Nowoczesna. Panie!

/łapie Dziedzica za klapy surduta/
Pan na pewno myślisz, że aktor to małpa, która się przebiera w różne suknie, papuga skrzecząca odmiennymi głosami, antologia grymasów. Ćwok! Głupol... Ma pan wnętrze?

DZIEDZIC:

Co za wnętrze?

AKTOR II:

No, duszę, psyche, serce. Obojętnie jak to się nazwie. W każdym razie: nie- zegarek i nie- pomyślunek.

DZIEDZIC:

Chyba tak.

AKTOR III:

I ja i koledzy na pewno. W stu procentach. Ale my musimy grać z wnętrza. Wchodzić w różne role od środka. Bez tego nie ma sztuki.

AKTOR II:

Przynajmniej naszej.

AKTOR III:

Wchodząc trzeba pozbyć się zadr, tego co w nas, co nas boli.

AKTOR I:

Postępujemy odmiennie niż Czarniecki.

AKTOR II:

I stąd te wygłupy. Najpierw wyprztykać się ze swego, z codziennego, z wszelkich trosk i fobii. A później swobodnie- gram.


DZIEDZIC:

Rozumiem. On wam pozwala grać. I dlatego go popieracie.

AKTOR II:

Ma niespójne teorie teatru.

AKTOR I:

Siano w głowie.

AKTOR III:

Ale wie po czym się najlepiej gra. I pozwala nam na wygłupy, na zgrywę.


AKTOR I:

Drwinę, okrucieństwa.

AKTOR II:

Jesteśmy Polakami.

AKTOR III:

Podobnie jak Waćpan.

AKTOR I:

Ale nie ma wolnego polskiego theatrum bez wolnego aktora.

/do AKTORA III/
Zagramy Cara?

AKTOR III /jako CAR/:

Wy buntoszczyki niegodne całować sapogów, plemię gadzie, wraże, Wam z miłosierdzia Cytadelę wzniosłem, a wy mnie kultem maryjnym dźgać chcecie.

AKTOR II /wyjaśniająco, do DZIEDZICA/:

Fragment tragedii „Margrabia Wielopolski”.

DZIEDZIC:

Dziwaczne to jakieś.

AKTOR I:

Top- moderne.



/do AKTORA II/
Zagramy Modernę?

AKTOR II /jako MODERNA/:

O Wy, plugawe, płaskie groszoroby
Czyż zrozumiecie myśl buńczuczną, hardą,
Która przychodzi kakać Wam na groby
I się w marmurach odciśnie pogardą....

DZIEDZIC:

Znam ten ton, znam ten ton.

AKTOR I:

Dobrze, to zaśpiewajmy.

/Aktorzy wspólnie śpiewają/

W czarnych pelerynach w biały świt
Szła gromadka z kawiarni Wurzela
I nie sterczał ponad nimi nikt
Jeno jeden, najwyższy ideał.

Bohema, hej bohema,
Pustka w duszy, w kieszeni wiatr.

Dziś już nie ma, po prostu nie ma
Takich ptaków niebieskich jak bohema. bis


/KURTYNA/






/Nawet po najsłabszych oklaskach na scenę po kolei wchodzą wszyscy grający w I akcie i na końcu Córka Szofera. Są rozluźnieni. Rozmawiają swobodnie./

AKTOR I /do PIANISTY/:

I wytłumaczył?

PIANISTA /wymijająco/:

No, długo rozmawialiśmy.

AKTOR I:

Ale czy skutecznie?

PIANISTA:

Dostałem po pysku.

AKTOR II /do AKTORA I/:

Przyjadą lalunie?

AKTOR I:

A bo ja wiem. Reżysera spytaj.

REŻYSER:

Wszystko da się zrobić. Wyspiański był prawdziwym człowiekiem teatru. Jeden aktor może grać kilka ról. Byleby kwestie nie nachodziły na siebie.

PIANISTA /płaczliwie/:

I znów ja.

AKTOR III:

Innego wyjścia nie ma. Chyba, Dziedzic dał wyraźnie do zrozumienia, że boją się wypaść ze swoich ról Matek- Polek.

DZIEDZIC:

I po co ja was wynająłem? Taki blamage!

SZOFER:

Bo nie ma pan pieniędzy. I ubzdurało się panu, że najtaniej wyjdzie mit podeprzeć. A po micie senatorskie krzesło, jak już wam Dowbór w darz- bór się zamieni.

REŻYSER /do SZOFERA/:

Skąd to oryginalne hobby pożyczania?

SZOFER:

Widzisz pan, jestem prosty człowiek. Nie biedny, ale przy skromnych środkach. Oszczędny. I z zasady nie znoszę długów.

AKTOR I:

No, no, ciekawe.

SZOFER /kontynuując/:

A jak nie chcę z kimś rozmawiać- to przecie mu nie powiem, że nie chcę. I wtedy trzeba powiedzieć coś, co mu nie smakuje. Z pożyczką to je dobre: czasy niepewne, nikt pożyczać nie chce i już dali rozmowa się nie klei.

AKTOR I:

A dlaczego nie rozmawiać?

SZOFER:

Z panem gadam, chlebodawcą znaczy się. I też sensu nie ma . Ja swoje, on swoje.

/sentymentalnie/
Ze dwieście lat temu rozeszły się nasze drogi...

/dostrzega córkę/
Co tu robisz? Do domu!

AKTOR I /podbiega do CÓRKI SZOFERA/:

Chodź, poszukamy księdza.

/do SZOFERA/
Wiem, wiem. I gwiżdżę na to: samostanowienie, poczucie odrębności, egzogamia. Hasła, słowa, kwestia- a my się kochamy, o czym jako przyzwoity ojciec dowiadujesz się pan ostatni

/odchodzą. Pozostali swobodnie rozmawiają improwizując/



KURTYNA

Koniec Aktu Pierwszego


AKT II



Dziedzic II /czytając gazety/:

Rząd Tymczasowy Republiki Polskiej.
Tres bien! Dobrze, że tymczasowy.
W trwalszym może mniej socjałów będzie.
Kto? Powiadają: Piłsudski. Dowbór.
U nas wodzami zawsze dzieje płużą.
Założę niebieski mundur.
Wrócę. A jaki mi folwark zabiorą?
A jak mnie na śmierć zacałują?...
Bolszewicy konie chcą poić w Tamizie.
Chaos w Niemczech.
Habsburg abdykował.
I ciągle nie widać tego cholernika.
Z literatami się umawiaj!
Co? W Rosji ciągle kierenki?
Włast’ szybko zmienisz a banknot- powoli.
Lenin mówią z Polaków, ponoć syn zesłańców.
Stąd ci Polacy przy nim! E, tam, różnie plotą.
Sukces ma tysiąc matek.
Klęska- żadnej.
Kto mówi o klęsce?
Francja zwycięska.
Jak zawsze.
Żeby choć trochę służby, familiantów.
Sam na paryskim bruku.
Cioteczno- stryjeczny wnuk Adama
Po mieczu oraz po kądzieli
Odegram swoją rolę w tutejszej diasporze.
Polska z wieszczów powstała
Jak dęby z pioruna.
Zaborami zszarpana,
Do taczki przykuta.

POLSKI POETA NARODOWY:

Wasze o taczkach mówisz, czy też o taczankach?

DZIEDZIC:

Papiery rappersvilskie?

POLSKI POETA NARODOWY:

Sprawdzone, do ostatniej kropli atramentu.
DZIEDZIC:

I ?

POLSKI POETA NARODOWY:

Wyszło, żeś nie Adama a Odyńca krewniak.

DZIEDZIC:

Odyńca przez Putramentów.
Linia wstępująca.
Wiedziałem.
Co z Adamem?

POLSKI POETA NARODOWY /wyciągając rękę, mówi powoli/:

Przez ostatnią żonę, Xawerę
Może byłeś spowinowacony,
Lecz tego trzeba dowieść.

DZIEDZIC:

Masz Wasze za znoje.

POLSKI POETA NARODOWY /”na stronie”/:

Antenaci fałszywi,
ale złoto moje
prawdziwym blaskiem łaski
w czas dogodny zerka.

DZIEDZIC:

Co mówisz?

POLSKI POETA NARODOWY:

E, nieważne.
Mówię, że Xawera
w świetle ostatnich badań
wpływ przemożny miała
na ambicje i sprawy nie tylko Adama.

/wychodzi/

DZIEDZIC:

Ten Adam mi się przyda.
Dobra jest mieć wieszcza,
którego pół narodu hołubi czy wielbi.
Ten Adam mi się przyda!
Senatorskie krzesło
można przez to osiągnąć.
I... zstąpić do głębi!


/ KURTYNA/


O D S Ł O N A 2

/ Wnętrze szpitala psychiatrycznego w przerobionym budynku poklasztornym, słychać śpiew kobiety/

Dołkiem, dziewczyno, dołkiem
Co nosisz za padołkiem.

...................................................

A gdybyś przedać miała
Co ty byś za to kciała.
Cztery koniki wrone,
Dwa rubelki czerwone.

/Przy ostatnich słowach wchodzą dwaj poeci „kubistyczni”. Polak słysząc słowa bądź co bądź naszej piosenki ludowej jest zdumiony i jakoś „nowocześnie” wzruszony. Oczywiście, stara się nie okazywać swoich uczuć./

FRANCUZ:

To będzie interesujące doświadczenie. Prawdę mówiąc znam już wyniki. Automatyzm pracy mózgu. Mózg uszkodzony.

POLAK:

Mózg w stanie dzikości, trawestując naszych krytyków,

FRANCUZ:

E, imbecyle.

/Chce jeszcze coś powiedzieć, ale spostrzega, że uwagę jego
przyjaciela pochłania słuchanie śpiewu. Słychać wyraźnie słowa piosenki,
„Boli mnie noga w biodrze,
Nie mogę chodzić dobrze,
Ale tańcować mogę
Bom kulawa na nogę”/

Nic z tego nie rozumiem. Jakieś indiańskie pieśni.

POLAK / sceptycznie/:

A może żartobliwe, czy frywolne...

FRANCUZ /wpada w zadumę, po chwili/:

Może i racja. Humor schizofreników... Ciekawy problem. Wy, Słowianie, od razu wyciągacie wszystkie tajemnice świata. I to mi się podoba. Ale żadnej nie rozwiązujecie. I tego w was nie znoszę. Mówię zupełnie szczerze. A może wiesz o czym ona śpiewa? Ten motyw często się powtarza. Chyba z osiem razy słyszałem.

POLAK / wymijająco/:

Nigdy nie byłem w Meksyku. Opowiadałem ci przecież.

FRANCUZ:

Tak. Azja, Jakuci, Chińczycy. Charbin. Inny Montemarte.

POLAK:

Indiańskich języków nie znam. Mam nawet trudności ze zrozumieniem waszego.

FRANCUZ:

Naszego? Języka, którym mówią mieszczanie, nasza burżuazja, kołtuństwo. Tego języka ja też nie rozumiem i nie chcę rozumieć. Ale znasz argot. Znasz język sztuki.

POLAK:

Argot? Trochę. Język sztuki? Może.

FRANCUZ:

Jesteśmy międzynarodową awangardą. Świadomymi robotnikami jutra i niech mnie licho porwie, po co ta fałszywa skromność?

/buńczucznie/
Trzeba nam pychy, włoskiej buty i jak najwięcej marinettich.

POLAK /zaczepnie/:

A w nas mieszka fałszywa skromność. Kneble i kajdany. Totalne stłumienie osobowości...

FRANCUZ:

Aż tak źle nie jest. Wczoraj trochę przesadzałem. Celowo. A ten wczorajszy wiersz. Człowieku!
/do rozmawiających niespodziewanie podbiega EX-Cesa-
rzowa Meksyku, obecnie stara wariatka, udająca damę dworu/

CESARZOWA:

Panie, wariaci, nie kłócić się, bo spadnie deszcz. Deszcz spadnie. Zmyje wasze grzechy.
Z węża pierzastego.

FRANCUZ /szeptem/:

Cudowne! Wspaniałe.

GŁOS:

Jej Cesarska Mość proszona jest do sali audiencyjnej. Przybyli posłowie zaprzyjaźnionych potęg.

CESARZOWA /zalotnie do FRANCUZA/:

Pojedziemy w góry, będzie dużo czerwonej ziemi, wyrośnie nam kaktus.

GŁOS:

Jej Cesarska Mość proszona jest do sali audiencyjnej.

POLAK / stanowczo/:

No, rusz się, stara.

CESARZOWA /zalotnie do POLAKA/:

Cesarzową proszą, ale damy dworu nie muszą iść.

POLAK /nie wiadomo dlaczego gniewnie/:

Muszą, wszyscy muszą!

CESARZOWA / wybiega, krzycząc/:

Zaraz, zaraz, Maksymilianie!

/nastaje kłopotliwa „cisza”/

FRANCUZ / po chwili/:

Nie musiałeś na nią wrzeszczeć. Poskarży się dyrektorowi.

POLAK:

Nie wiem co mnie napadło.
FRANCUZ / podchwytliwie/:

Zdarzyło ci się kiedyś, że spacerowałeś z kobietą?

POLAK:

Ba!

FRANCUZ:

I ona się potknęła, a ty chciałeś ją uderzyć i byłeś na nią wściekły, i powiedziałeś jej coś nie-
przyjemnego, ale nie o potknięciu, tylko w pierwszej lepszej sprawie, o której mówiliście, coś obraźliwego, złośliwego, wrogiego.

POLAK /zaskoczony/:

No, tak.

FRANCUZ:

Normalne. Ludzkie. To się nazywa przeniesienie. Rozumiesz, podświadomość pracuje. I teraz uważaj, bo to moja najważniejsza myśl, moje odkrycie. Tego nie znajdziesz ani u Freuda, ani u Ranka. Otóż twierdzę, że istnieje zbiorowa podświadomość.

POLAK:

Niby my, Polacy zbiorowo nienawidzimy cesarzy. I, że to nam zostało po zaborach.

FRANCUZ:

Tak. W zbiorowej podświadomości. A królów kochacie? I Republikę...

/do siebie/
Niebezpieczny dualizm.
/Jakby zachwycony własnym pomysłem/
Czy wszystkich królów?

POLAK:

Głównie- konstytucyjnych.

FRANCUZ:

Bo wasi byli konstytucyjni, no nie? Ni to Republika, ni monarchia, chyba dobrze pamiętam, tak?

POLAK /nieśmiało/:

Zdumiewająco dobrze.

FRANCUZ /kontynuując swój wywód/:

To dlatego i królów kochacie i Republikę. Cóż za silne poczucie identyfikacji! Jaki zdrowy naród. Kochacie po prostu siebie.

POLAK /zaskoczony/:

Trening. 137 lat niewoli.

FRANCUZ:

Tylko zazdrościć. Ale to chyba dłużej dłużej trwało.

POLAK:

Chyba dłużej.

FRANCUZ:

Kiedyś mówiłeś, że 137 lat, 245 dni, 2 godziny i siedem sekund.

POLAK:

Masz świetną pamięć. I jaką orientację w naszych sprawach.

FRANCUZ:

Lubię precyzję.

POLAK:

Właściwie powinieneś wykładać na Sorbonie historię Europy Wschodniej. Ty, a nie ten mój rodak ciągle szperający w papierach po Mickiewiczu. I w dodatku grafoman.

FRANCUZ:

Sorbona to intelektualny śmietnik. Zresztą, te wasze sprawy, wasze zawiłości, które są zwy- czajną gmatwaniną. A ja lubię sztukę.

/Wchodzi CESARZOWA udająca damę dworu/
CESARZOWA:

Panowie czekają na Jej Cesarską Wysokość.

OBAJ /zdziwieni/:

Właściwie... tak.



CESARZOWA /do siebie/:

Hm, kłopotliwa sytuacja.

/głośno/
Czy panowie czekają na przyjęcie przez Jej Cesarsko- Aztecką Wysokość?

POLAK:

Oczywiście.

CESARZOWA:

Panowie są posłami?

POLAK:

Tak.

CESARZOWA:

Jakich mocarstw?

FRANCUZ:

Republiki Francuskiej.

POLAK:

Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej.

CESARZOWA:

Jak się miewa prezydent Wilson?

POLAK:

Dziękuję, dobrze.

CESARZOWA:

A politycznie?

POLAK:

Bez zarzutu... To znaczy są kongresmani, którzy...

CESARZOWA:

Życzeniem cesarzowej jest, aby Stany Zjednoczone zwróciły nam zagrabione terytoria.
POLAK:

Jakie?

FRANCUZ:

Nevada, Nebraska, Arizona, Kalifornia, Texas, Nowy Meksyk. Sporo tego.

CESARZOWA:

Widzę, że pan się lepiej zna na polityce niż pański kolega.

FRANCUZ:

Ja... My, tzn. Republika, po prostu nie mamy nic do oddania.

CESARZOWA:

Republika? Cesarzowa mówiła, że pretenduje również do tronu Francji. A pan mówi, że we Francji Republika.

FRANCUZ:

Trudno, czasy się zmieniają.

CESARZOWA:

Ach, rozumiem: cesarzowa jest z bocznej linii i we własnym kraju się nie liczy, ale na obczyźnie może pretendować. W dodatku wśród takiej dziczy. Wie pan, co oni mówią jak chodzą do ubikacji?
„Porzuć myśli o sikaniu
Zrozum ile z tego piany”
To hołota! Przepraszam. Uniosłam się. Ale ja tu żyję już 42 rok.

POLAK:

Biedactwo.

CESARZOWA /dumnie/:

Jestem rodowitą paryżanką.

POLAK:

Z Królestwa Kongresowego.

CESARZOWA:

Czyżby Kongres oderwał się od prezydenta. Utworzył własne królestwo? Gratulacje.

/karcąco/
A mówił pan, że prezydent ma się dobrze.

POLAK /zakłopotany/:

Nie, z Królestwa Kongresowego w Europie.

CESARZOWA:

Dokonaliście inwazji. To świetny kierunek- Europa.

/wybuchowo/
Ale od Meksyku- wara!

FRANCUZ /niby błagalnie, z właściwym wyczuciem gry/:

Wasza Cesarska Mość!

CESARZOWA:

Już mówiłam, że nie jestem żadną cesarzową, tylko patriotycznie nastawioną frejliną.

FRANCUZ:

Co z Cesarzową?

CESARZOWA:

I w tym kłopot... Nie przyjmie was. Nie może...

/szybko i cicho/
Spodziewa się dziecka, ot co.

/ucieka/
/FRANCUZ wybucha śmiechem. POLAK jest ciągle zdziwiony/

FRANCUZ:

Stary chwyt. Nie ma to jak stare ograne chwyty.

GŁOS:

Audiencja skończona. Listy uwierzytelniające prosimy zostawić w szatni.

FRANCUZ:

Ha, ha, ha. Dobry jest ten dyrektor... Wiesz, co, podejrzewam, że i on ma trochę... No wiesz, kłopoty z sufitem. Ale za bardzo przejmuje się rolą.


POLAK:

Dziwne są te twoje eksperymenty.

FRANCUZ /zapalczywie/:

Poznać mechanizm chorego mózgu. Niezmienniki i karykatury. Oto cel przyszłej sztuki, aby mogła się mienić współczesną. L’ecritur antomatique. Dyktat podświadomości jak powiedzia- łem wczoraj. A ty się ze mną zgodziłeś. I co?

POLAK:

Nie miałem racji.

/jakby do siebie/
Skąd to dziwne upodobanie do chorób, do anomalii?

FRANCUZ:

Po prostu ojciec był wariatuńcio, wyrastał niejako pod moim okiem

/Rozmowa przechodzi w swobodny dyskurs, w którym dominują wspomnienia z dzieciństwa/


K U R T Y N A


O D S Ł O N A 2


/Podobnie jak w odsłonie 1- paryskie mieszkanie DZIEDZICA/


DZIEDZIC /do POLSKIEGO POETY „KUBISTYCZNEGO”/:

A czy ja jestem temu winien, że pan tu nie ma odpowiedniego mieszkania? Dodatkowo: obraca się pan w niewłaściwym towarzystwie. Kubiści; surrealiści, inni- aliści. Po prostu sama swołocz. Jesteśmy ambasadorami świeżo odzyskanej niepodległości. Mamy skłonić naród francuski do udzielenia nam kredytów. Słyszysz pan: naród a nie swołocz, którą naród ten głęboko gardzi.

POLSKI POETA „KUBISTYCZNY”:

Rodaku, ratuj!

POLSKI POETA NARODOWY:

Teraz do rodaków. A kto Mickiewicza włączył do tego parszywego „Katalogu Prekursorów”?



POLSKI POETA „KUBISTYCZNY”:

Nie ja, słowo daję. Sami Francuzi.

POLSKI POETA NARODOWY:

Czy masz pan przed sobą ciemniaków, jełopów skończonych. I komu takie bajki opowiadać?
Francuzi znają Mickiewicza. Słyszeli coś o Mickiewiczu. Panie, ja jestem ekspert i ja sobie ciemnoty nie dam wciskać.

DZIEDZIC:

Bujać, to my... !

POLSKI POETA „KUBISTYCZNY” /pojednawczo/:

Nie wiem jak było z Mickiewiczem. Słowo honoru. Przecież ja ani linijki nie przeczytałem.

/płaczliwie/
Zupełnie nie znam twórczości naszego wieszcza.

DZIEDZIC /udobruchany/:

To pasuje do pana.

POLSKI POETA „KUBISTYCZNY”:

To jak mógłbym doradzić?

DZIEDZIC:

Dobrze, już dobrze. Wynajmę ten salon. Ale i ja mam swoje plany. Lojalnie uprzedzam. Wynajmuję bezpłatnie ze względu na osobę ucznia. Poczobutis. Nazywał się zwyczajnie. Poczobutis. Nie powiem, dobra szlachta. I teraz fiksum- dyrdum, panie dziejku dostał. Litwin!

POLSKI POETA „KUBISTYCZNY”:

Chce się uczyć litewskiego. Mówi, że zostanie ambasadorem. Zrozumcie, jaka to dla mnie gratka. Wszystkie długi spłacę!

POLSKI POETA NARODOWY:

Języka może się uczyć i na poddaszu.

DZIEDZIC:

Ja bym tam Poczobutta do ciemnej nory nie ciągnął.



POLSKI POETA „KUBISTYCZNY”:

Dzięki, stokrotne dzięki. W gruncie rzeczy zawsze wierzyłem w solidarność narodową.

/głośno/
Monsieur Poczobutis, zaczynamy lekcję litewskiego!

/Wchodzi DRAMATURG/
DRAMATURG:

Laba diena.

/DZIEDZIC i POETA „NARODOWY” milczą/

POLSKI POETA „KUBISTYCZNY”:

Panowie, wybaczą, ale mój uczeń nie mówi po polsku.

/do DRAMATURGA/
Moi sekretarze. Przepraszam, hrabio, za te minuty czekania. Musiałem wydać dyspozycje odnośnie ważnych spraw majątkowych.

/Piorunujące spojrzenia DZIEDZICA i POETY NARODOWEGO/

POLSKI POETA „KUBISTYCZNY” /Delikatnie wypycha ich za drzwi/:

Dziś będziemy odmieniać rzeczownik vyturys, io.

DRAMATURG:

A nie Vytis, eio?

POLSKI POETA „KUBISTYCZNY”:

Pogoń, godło państwa litewskiego. Panu śpieszno, hrabio, do zaszczytów. Ale drugą deklinację już przerabialiśmy. Teraz kolej na trzecią. Zna pan paradygmat?

/Dialog przechodzi w naukę gramatyki/
Poczytamy trochę. Proszę.

DRAMATURG:

Prarakas Jezaiosius?

POLSKI POETA „KUBISTYCZNY”:

Oczywiście.

DRAMATURG /czyta/:

Taip sako Ponas Dievas, laikykite prova ir darykite teisybe.

POLSKI POETA „KUBISTYCZNY”:

Bez polonizmów, panie hrabio. Znaki diakrytyczne przy samogłoskach to nie nosówki, jak w polskim, ale długie samogłoski. Proszę powtórzyć „provas” i „teisybeee”.

DRAMATURG:

Provaa.

POLSKI POETA „KUBISTYCZNY”:

Dobrze. Jeszcze trzecią deklinację.

/słuchać dzwonek/
DRAMATURG:

Kas gi?
/wchodzi REŻYSER/

REŻYSER /do DRAMATURGA/:

Jak to dobrze, że się udało. Szukam pana wszędzie. Zakładamy polski teatr. Pan jak dramaturg i poeta piszący po francusku zainauguruje sezon. Musimy trafić do tutejszej publiczności z naszą słowiańską duszą.

POETA „KUBISTYCZNY”:

A pan kto?

REŻYSER:

Reżyser.

DRAMATURG:

Po pierwsze pan nie zna mojej twórczości, a z takimi nie rozmawiam. Po drugie: jestem Litwinem. I może mnie interesować litewski teatr. Dobry z pana reżyser.

REŻYSER:

Mam wiele referencji, recenzje- o, proszę.

DRAMATURG:

A ile pan zarabia?

/REŻYSER nieśmiało wymienia jakąś odpowiednio niską kwotę/

DRAMATURG:

U mnie zarobisz pięć razy tyle, pełne utrzymanie i co sobotę wolne.

REŻYSER:

A co gramy? Pana?

DRAMATURG:

Będziemy grać sztuki litewskie.

REŻYSER:

Są takie?

DRAMATURG:

Panie profesorze: czy jest litewska dramaturgia?

POLSKI POETA „KUBISTYCZNY”:

Aktualnie- nie wiem, pewnie coś tam istnieje. Stary naród, dawna kultura, iloczas, prawie sanskryt, pewnie coś mają, ale nie wymienię ani jednego nazwiska. To z przepracowania. Ale stary naród, dawna kultura, prawie sanskryt.





K U R T Y N A

Pin It